Nastolatka przez niemal dwa miesiące zmagała się z uporczywym kaszlem. W końcu trafiła do lekarza, a ten zlecił jej prześwietlenie płuc. Wynik badania zaskoczył nawet medyków, bowiem okazało się, że serce 19-latki znajduje się po drugiej stronie klatki piersiowej.19-latnia Claire Mack podzieliła się swoją historią z użytkownikami TikToka. Dziewczyna zmagała się z kaszlem, który nie ustępował pomimo przyjmowania leków. Nie spodziewała się jednak tego, co wykryło badanie płuc.
We wtorek 15 czerwca o godzinie 5:45 w Solcu nad Wisłą doszło do tragicznego zdarzenia. Nastolatka, która przygotowywała się do zajęć lekcyjnych, znalazła nieprzytomną babcię na podłodze. Dziewczyna zadzwoniła pod numer alarmowy. Lekarze mieli stwierdzić zgon seniorki przez telefon.Stan 66-latki dotychczas określany był jako dobry. Zdiagnozowano u niej cukrzycę i nadciśnienie, ale pozostawała pod opieką lekarzy. Kobieta była sprawna, dlatego utrata przytomności była dla mieszkającej z nią wnuczki zaskoczeniem.
Niedawno głośno zrobiło się o szpitalu w Oleśnicy, którego personel zaapelował do pacjentek w ciąży, by dbały o sylwetkę, bowiem ich otyłość utrudnia lekarzom pracę. Grażyna podzieliła się swoją dramatyczną historią z jednej z porodówek w Zabrzu z redakcją serwisu kobieta.wp.pl. Przez błąd lekarza kobieta omal nie straciła dziecka, bowiem medyk był przekonany, że jej waga jest tylko i wyłącznie winą jej obżarstwa.Grażyna urodziła sześć lat temu w jednym z zabrzańskich szpitali, jednak do dziś z przerażeniem wspomina tamte chwile. Kobieta w trakcie ciąży przytyła 30 kilogramów, a lekarz prowadzący zlecił jej badania, które nie wykazały nieprawidłowości.
Po intensywnych opadach gradu i deszczu Szpitalny Oddział Ratunkowy w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie - Prokocimiu funkcjonuje w trybie awaryjnym. Kilka oddziałów zostało zalanych. Konieczne okazało się przeniesienie pacjentów.Rzeczniczka krakowskiego szpitala Katarzyna Pokorna-Hryniszyn przekazała, że w wyniku intensywnych opadów gradu i deszczu w ubiegły weekend, dach pokrywający jeden z budynków Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego został uszkodzony.
Na oficjalnym profilu instagramowym oddziału położniczo-ginekologicznego Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy opublikowano apel do pacjentek. W poście poruszono kwestię kobiet, które przybierają na wadze w czasie trwania ciąży. Internauci są oburzeni tym, w jaki sposób lekarze potraktowali ciężarne kobiety. Lekarze zaapelowali do kobiet, by dbały o swoją sylwetkę również w czasie ciąży, ponieważ ułatwią życie „i sobie i nam”. Pod kontrowersyjnym apelem medyków z Oleśnicy pojawiły się setki oburzonych komentarzy.
Carissa Rill udała się na badanie USG, by sprawdzić, czy jej bliźniacza ciąża rozwija się prawidłowo. Dzięki technologii 4D mogła zobaczyć na ekranie monitora coś niesamowitego. Rozwijające się w jej brzuchu dzieci przytulały się i były ułożone w taki sposób, jakby dawały sobie buziaka. Obraz trafił do mediów i zyskał ogromną popularność.Bohaterka tej historii odkąd zaszła w ciążę, nie mogła się doczekać, aż zostanie matką. Gdy dowiedziała się, że urodzi bliźnięta, ucieszyła się jeszcze bardziej. Będąc w 24. tygodniu udała się na kontrolne badanie USG. Dzięki technologii 4D mogła zobaczyć, jak rozwijają się jej pociechy.Będąca w ciąży kobieta nie spodziewała się, że na ekranie monitora zobaczy tak niesamowity obraz. Choć nie było to pierwsze badanie USG lekarza, nawet on był zaskoczony widokiem. Dzieci Carissy Rill ułożyły się w taki sposób, że wyglądały, jakby się obejmowały i dawały sobie buziaka.
W niedzielę 4 lipca na plaży pojawili się ratownicy, którzy otrzymali zgłoszenie jednej z nadmorskich restauracji. 35-letni pracownik lokalu gastronomicznego doznał poważnego poparzenia. W okolicach latarni morskiej wylądował śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, którym medycy przetransportowali rannego do szpitala.Niedzielni plażowicze byli świadkami akcji ratowników, którzy lądowali śmigłowcem na plaży w Kołobrzegu. Wcześniej fragment wybrzeża został przygotowany do przeprowadzenia szybkiej akcji służb medycznych. Jeden z pracowników nadmorskiej restauracji musiał zostać pilnie przetransportowany do szpitala.Ratownicy wylądowali na kołobrzeskiej plaży 4 lipca przed południem. Akcja rozpoczęła się od zgłoszenia poważnego poparzenia. Obrażeń doznał pracujący w jednej z nadmorskich restauracji 35-letni kucharz. Mężczyzna miał poparzyć się wrzątkiem.
Wczoraj pod Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym na ulicy Koszarowej we Wrocławiu doszło do zatrzymania jednego z sanitariuszy karetki, która przez kilka godzin woziła po mieście martwą pacjentkę. Sierżant sztabowy Krzysztof Marcjan z biura prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu potwierdził, że 31-latek był pod wpływem substancji odurzających.Zatrzymania 31-letniego sanitariusza dokonali policjanci z komisariatu Wrocław-Psie Pole, którzy zostali wezwani do szpitala po tym, jak karetka po raz kolejny przywiozła na izbę przyjęć odesłaną wcześniej pacjentkę.
Do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu przywieziono pacjenta zakażonego bakterią New Delhi. To superbateria odporna na antybiotyki, która stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia i życia. W opolskiej placówce wprowadzono ograniczenia w przyjmowaniu chorych na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii.Pacjent zakażony niezwykle groźną superbakterią przebywa w izolatce, a jego stan jest bardzo ciężki. New Delhi to inna nazwa bakterii Klebsiella pneumoniae, czyli pałeczek zapalenia płuc, które należą do grupy bakterii jelitowych.
50-letnia pacjentka była przekonana, że przytyła, dopóki nie zbadał jej lekarz ze Szpitala św. Rafała w Krakowie. Doktor Paweł Gruszecki przeprowadził operację, podczas której usunął kobiecie guza o wadze 15 kilogramów. Specjalista zaapelował, by nie lekceważyć badań profilaktycznych, ponieważ łatwo zignorować zmiany nowotworowe.Lekarz z krakowskiego szpitala opublikował na Facebooku szokujące zdjęcie, na którym widać, jak stoi przy stole operacyjnym i trzyma ogromnego guza. Zmiana nowotworowa ważyła aż 15 kilogramów. Pacjentka, którą operował, początkowo była przekonana, że po prostu przybrała na wadze.W związku z tą sytuacją lekarz Paweł Gruszecki przypomniał, jak istotne są badania profilaktyczne Polaków. Specjalista położnictwa, ginekologii i ginekologii onkologicznej ze Szpitala św. Rafała w Krakowie zauważył, że wiele zmian nowotworowych łatwo jest zbagatelizować, ponieważ rzadko wywołują ból.
Przez wtorkowe burze i ulewne deszcze, które przetoczyły się m.in. nad Poznaniem, został zalany tamtejszy Szpital Kliniczny. W związku z tym szef Ministerstwa Obrony Narodowej, Mariusz Błaszczak, skierował do placówki żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej.Szef MON jeszcze wczoraj informował, że grupa żołnierzy zostanie skierowana właśnie do Poznania. Trwają prace porządkowe, pacjenci są przenoszeni pomiędzy oddziałami.
Pan Krzysztof został sam z 12-letnim synem. Ukochana żona, 43-letnia Agnieszka, zmarła w Dzień Matki, zaledwie trzy godziny po wypisaniu z wejherowskiego szpitala. Lekarze mieli uznać, że nie wymaga hospitalizacji i zdecydowali o jej powrocie do domu.27 czerwca para świętowałaby 12. rocznicę ślubu, towarzyszyłby im ukochany syn. Niestety, wszystko potoczyło się nagle i nieoczekiwanie, ratownikom nie udało się wygrać walki o życie pani Agnieszki.
Do tragedii doszło w poniedziałek, 14 czerwca, w szpitalu przy ulicy Batorego w Wałbrzychu. Z okna na pierwszym piętrze wypadła lub wyskoczyła 50-letnia pani Renata. Prokuratura bada na razie dość niejasne okoliczności jej śmierci.Bliscy 50-latki starają się wyjaśnić, jak dokładnie doszło do wypadku i co działo się tuż przed nim. Gdy kobieta trafiła do szpitala, prosili personel, aby zwrócili na nią szczególną uwagę.
Rodzina Cristiny Rosi od miesięcy modliła się o to, aby kobieta w końcu ocknęła się ze śpiączki. Na szczęście ten dzień w końcu nadszedł, a 37-latka w końcu wróciła do żywych. Jej mąż ujawnił, jakie były jej pierwsze słowa po odzyskaniu świadomości.Młoda Włoszka przeszła w ostatnim roku przez tragiczne chwile. Na początku bardzo cieszyła się ze swoim mężem z tego, że zostanie mamą. Kiedy już byli w 100% przygotowani na narodziny dziecka, wydarzyło się najgorsze.Będąc w 7. miesiącu ciąży, dokładnie w lipcu zeszłego roku, Cristina miała zawał serca. Sytuacja przedstawiała się bardzo źle, a lekarze robili co mogli, aby uratować zarówno mamę, jak i dziecko.Pozostała część artykułu pod materiałem wideoNatychmiastowo podjęto decyzję o cesarskim cięciu, jednak okazało się, że nie będzie to koniec problemów. Maluszek musiał trafić pod specjalistyczną opiekę lekarską, gdyż stwierdzono u niego niedotlenienie.Nie lepiej było z Cristiną, która odniosła poważne obrażenia mózgu. Medycy nie mieli innego wyboru, jak tylko wprowadzić ją w stan śpiączki, który podwyższy jej szanse na przeżycie.Po 10 miesiącach walki 37-latka została wybudzona ze śpiączki. W pierwszych chwilach po odzyskaniu świadomości zdołała spojrzeć na stojącą przy łóżku rodzinę i wypowiedzieć tylko jedno słowo: "mama".- W ogóle się tego nie spodziewaliśmy. To był prawdziwy cud, po tym całym cierpieniu, które nas spotkało - słowa Gabirele Succi podaje dalej BBC.
Do zadziwiających scen doszło w Szpitalu Specjalistycznym im. Floriana Ceynowy w Wejherowie. Rodząca kobieta została odesłana do domu, ponieważ lekarz nie wierzył, że poród faktycznie się zaczął.Kobieta stawiła się w szpitalu ze skurczami pojawiającymi się średnio co 8 minut. Warto również zaznaczyć, że jeszcze w domu odeszły jej wody. W takim przypadku nie miała wątpliwości, że poród już się zaczął.
Georgie Swallow jest popularną twórczynią internetową. Dzięki interesującym wpisom, które publikuje na swoim blogu, zyskała popularność i grono oddanych fanów. Niedawno postanowiła wykorzystać zasięgi, by ostrzec innych przed poważną chorobą.27-latka od dłuższego czasu uskarżała się na uciążliwe swędzenie skóry. Wkrótce na jej ciele pojawiła się delikatna wysypka, która przypominała zwykłe wypryski, egzemę lub reakcję alergiczną. Prawda okazała się znacznie mniej prozaiczna.
Do szokujących scen doszło wczoraj na SOR w małopolskim szpitalu w Miechowie. 25-letni mężczyzna zdemolował oddział, a straty szacuje się na około 100 tysięcy złotych. Do sieci trafiło nagranie z placówki.Na kanale „Dziennik Śledczy” w serwisie YouTube opublikowano nagranie z wczorajszej demolki na oddziale SOR w szpitalu w Miechowie, gdzie 25-letni pacjent placówki wpadł w szał i spowodował straty sięgające nawet 100 tysięcy złotych.Mężczyzna zgłosił się na SOR z bólem kręgosłupa szyjnego. W czasie oczekiwania na badanie wpadł w furię i zaczął demolować oddział. Zniszczył drzwi, sprzęt komputerowy oraz urządzenia medyczne, a także lampę zabiegową.
Pacjent zdemolował oddział SOR w szpitalu w Miechowie w województwie małopolskim. Z ustaleń dziennikarzy wynika, że straty mogą sięgać nawet 100 tysięcy złotych.
Pielęgniarki mają już dość dramatycznych warunków pracy oraz rządowych obietnic, które nie zostają spełniane. O proteście poinformowała przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Krystyna Ptok.
O wstrząsających wydarzeniach w gdańskim szpitalu opowiedział dziennikarzom „Interwencji” m.in. syn jednak z pacjentek placówki. Jego mama zmarła, choć była już przygotowywana do wypisu. Mężczyzna postanowił głośno opowiedzieć o tym, w jaki sposób personel placówki traktuje swoich pacjentów.
W związku z rosnącą liczbą zakażeń koronawirusem przed kilkoma dniami Narodowy Fundusz Zdrowia - na polecenie ministra zdrowia - wysłał do szpitali pismo, w którym zaleca, by ograniczyły planowe badania i operacje. Działania mają na celu oszczędzanie środków, sprzętu i członków personelu potrzebnych do walki z pandemią.
Do staruszka uskarżającego się na problemy zdrowotne wysłano wóz strażacki. Funkcjonariusze przez ponad godzinę prowadzili reanimację, czekając na przyjazd karetki pogotowia. 80-latek doczekał się przyjazdu ratowników, ale wkrótce zmarł.
Pan Lech trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Konieczne okazało się wprowadzenie go w stan śpiączki farmakologicznej i podłączenie do respiratora. W tym samym czasie jego żona przebywała w placówce tymczasowej na Stadionie Narodowym. Lekarze zalecali im, by pożegnali się przez telefon.
Z danych przekazanych przez Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach wynika, że w całym regionie dostępne są 4333 łóżka dla pacjentów z COVID-19. Zajętych pozostaje w tej chwili aż 3567 z nich. Krytycznie jest szczególnie w przypadku miejsc respiratorowych - tych pozostaje do dyspozycji zaledwie 27.
Pracownik szpitala w Bogatyni wracając z nocnej zmiany dokonał wstrząsającego odkrycia. W samochodzie zaparkowanym na parkingu obok szpitala znajdowała się martwa kobieta. Sprawą zajęły się już odpowiednie służby. Rzecznik Prasowy Prokuratury Okręgowej udzielił nam informacji na temat przerażającego zdarzenia.
Portal Business Insider dotarł do nagrań z karetek pogotowia ratunkowego, które wydają się przerażającym potwierdzeniem tego, co słyszmy od dłuższego czasu – w szpitalach nie ma już żadnych miejsc dla pacjentów z COVID-19.Sytuacja wydaje się jedną z najbardziej dramatycznych, z jakimi do tej pory mogła mieć do czynienia służba zdrowia. Szpitale w Warszawie są praktycznie pełne, a zespoły ratunkowe muszą niejednokrotnie jechać do oddalonych o niemal sto kilometrów pobliskich Kozienic czy Siedlec.We wszystkich rozmowach powtarza się w kółko parę kwestii: „dokąd jechać?” i „nie ma miejsca”. Smutna rzeczywistość staje się tym bardziej druzgocąca, że pacjenci dosłownie umierają w oczekiwaniu na jakąkolwiek pomoc.Wielu ratowników ma nadzieję na to, że zwolni się jakieś miejsce i będzie dostępne dla ich pacjenta. Niestety, w przypadku zwolnienia respiratora są dwie możliwości – albo komuś pomógł i ta osoba już go nie wymaga albo nastąpił zgon. Czasami zdarza się, że kogoś przetransportowano do innej placówki – np. do szpitala na Stadionie Narodowym.
Sytuacja epidemiologiczna w Polsce pogarsza się coraz bardziej. Oczy wszystkich są zwrócone w stronę województwa śląskiego, a na Mazowszu, w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku również nie wygląda to dobrze. W ciągu doby na Śląsku przybyło aż 6092 nowych przypadków zakażeń. Konieczne było podjęcie decyzji, która ma ograniczyć transfer koronawirusa.
Śląskie szpitale od dłuższego czasu znajdują się w krytycznej sytuacji. Ratownicy medyczni z Żywca i Bielska-Białej spędzają godziny na poszukiwaniu placówek, które zdecydują się na przyjęcie ciężko chorych pacjentów. Wiele przypadków dotyczy duszności, zasłabnięć i zatrzymań krążenia. W przypadku braku wolnych karetek, pomagają strażacy.