Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Daniel Arciszewski
Daniel Arciszewski 07.05.2026 08:00

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Fot. Inspektoria Wrocławska Towarzystwa Salezjanskiego /; br. Karol Kliszcz

Istnienie dziewczynki którą miał handlować dyrektor salezjańskiej podstawówki, potwierdzało każde urządzenie odnalezione w jego pokoju. Wiedzieli o tym też śledczy, którzy dzień po zatrzymaniu obiecali rozpoczęcie poszukiwań ofiary nagranej w domu zakonnym. Wnosząc o trzymiesięczny areszt dla ks. Grzegorza O., śledczy ostrzegali przed jego „eskalującymi skłonnościami dewiacyjnymi” – u podejrzanego znaleziono bowiem materiały z torturowanymi kilkulatkami. Sąd zgodził się jednak tylko na dwa miesiące aresztu zamiast trzech. Może miał to być sposób na zmotywowanie śledczych do intensywniejszej pracy? 

Część 4. cyklu „Co się stało z dziewczynką z Domu Zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu" – 

KLIKNIJ TUTAJ by przejść do części 1.


Wtedy jednak stało się coś dziwnego. Podobnie jak wcześniej w katechetę i w Kościół, tak i w konstytucyjne organy RP wstąpiło nagłe zwątpienie. I tak jak Karol K. nigdy z własnej inicjatywy nie zgłosił się na policję, tak teraz ani instytucje państwowe, ani Kościół z własnej woli nie zająkną się o samotnej dziewczynce nagranej w pokoju Grzegorza O.


Interesy, ambicje i lęki świata dorosłych po raz kolejny postawiono ponad dobro dziecka, którego tożsamości nie udało się ustalić do dziś. W kolejnych tygodniach jedyne poszukiwania, w jakie zaangażowała się lubińska policja, dotyczyły ofiar kradzieży rowerów.

Może przynajmniej w tej sprawie stanęli na wysokości zadania.

Rower1.PNG
Poszukiwania dziewczynki, a nawet fakt zatrzymania dyrektora szkoły podstawowej za posiadanie materiałów pedofilskich, został całkowicie zingnorowany przez oficjalne kanały lubińskiej policji]

***

Czwartkowe zatrzymanie Grzegorza O. utrzymano w tajemnicy do soboty 20 sierpnia. O dyrektorze salezjańskiej szkoły podstawowej "przy którym znaleziono materiały o treściach pedofilskich" nie poinformowała aktywna w social-mediach lubińska policja. Zrobił to Tomasz Jóźwiak, dziennikarz portalu zmiedzi.pl

Niestety. Ktokolwiek przekazał newsa, przyczynił się do tego, że dziewczynka zaczęła znikać już na oczach całego kraju.

Zamiast akapitu z informacjami mogącymi pomóc lokalnej społeczności w ustaleniu tożsamości dziecka szykowanego na seks z pokoju księdza, Jóźwiak wspomina aferę sprzed 10 lat.

Ksiądz-poprzednik

We wrześniu 2012 r. ksiądz Marcin Kozyra zafundował dzieciom traumę.

Pierwszoklasistów salezjańskiego gimnazjum oznaczono farbą (namalowano im słowo "kot" na twarzach), a później kazano im się czołgać w kierunku fotela z dyrektorem.

Przed czekającym w rozkroku księdzem musiano już klęczeć. Na nogach miał krótkie spodenki, a na owłosionych kolanach – dużo śmietany.

Potem kazał całować. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Otrzęsiny w salezjańskim gimnazjum w Lubinie, 2012 r./Towarzystwo Salezjańskie Inspektoria Wrocławska

Dzieci nie mogły zetrzeć tego z ust, dopóki nie skończono robić im zdjęć. A gdy stojący w rozkroku ksiądz pasował szczotką od mopa dzieci z białą substancją na buziach, otrzęsiny były ostatnim skojarzeniem, jakie nasuwało się oglądającym tę skandaliczną sesję.

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
ks. Marcin Kozyra jako dyrektor salezjańskiego gimnazjum, 2012 r./Towarzystwo Salezjańskie Inspektoria Wrocławska

Skandal

Zdjęcia trafiły do internetu. Opisała je lokalna telewizja TVL Odra i wybuchł skandal, skutecznie podsycany postawą szkoły oraz Inspektorii Towarzystwa Salezjańskiego we Wrocławiu.

Zakonnicy nie dostrzegli w zdjęciach niczego o podtekście seksualnym ani uwłaczającego godności uczniów. Nie poczuwali się więc do przeprosin, a tym bardziej do wyciągania konsekwencji wobec dyrektora i jego świty.

Broniąca otrzęsin społeczność szkolna przekonywała, że był to jedynie „niewinny hołd” oddany w „radosnej atmosferze”. Kuriozalnym dowodem na tę niewinność miał być fakt, że dzieci wcale nie całowały bitej śmietany (choć na zdjęciach widać jej puszkę), lecz grubą warstwę pianki do golenia.

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Fragment bloga ks. Marcina Kozyry, antybohatera "salezjańskich otrzęsin"

Refleksji próżno było szukać u głównego sprawcy. W apologii księdza zatytułowanej "Czysta zabawa i brudna interpretacja” opublikowanej w katolickiej rozgłośni legnica.fm, dyrektor gimnazjum powtarzał: – "Do tej pory, a od wydarzenia minęły już ponad 2 tygodnie, nikt nie przyszedł ani do mnie, jako dyrektora ani do wychowawców ze skargą na niewłaściwą formę zabawy".
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Salezjanie nie kryli się z wykorzystywaniem dzieci do szokujących czynów na 10 lat przed aresztowaniem dyrektora salezjańskiej podstawówki/Towarzystwo Salezjańskie Inspektoria Wrocławska

Odmienne zdanie mieli eksperci. "Ewidentnie doszło do seksualnego wykorzystania dzieci", mówiła dr Beata Jarosz, psycholog specjalizująca się w edukacji seksualnej dzieci. "Z pewnością granice przyzwoitości i akceptowalnych form kontaktu cielesnego zostały przekroczone", wtórował Rzecznik Praw Dziecka.

Sprawę zaczęto badać w kuratorium oświaty i na prokuraturze. Otrzęsiny u lubińskich zakonników miała zbadać dobrze nam znana Prokuratura Rejonowa w Lubinie. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Za pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lubińskiego księdza odpowiadała lubińska prokuratura

Do śledztwa podeszła z rozmachem. W końcu przyglądała się jej cała Polska.

Od września do grudnia przesłuchano 110 (!) świadków i przebadano liczną dokumentację.

Zdjęcia i zeznania nie wystarczyły by stwierdzić czy dzieci padły ofiarą "innej czynności seksualnej" zakonników, za co groziło wówczas od 2 do 12 lat więzienia.

Kluczowa miała okazać się opinia biegłego. Orzekać miał 69-letni wówczas prof. Zbigniew Lew-Starowicz. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Czy lizanie śmietany z nagiego ciała księdza było seksualne? Orzec miał ekspert lubińskiej prokuratury

CCzarnek nauki o seksie

Niestety. Ekspert słynący z niekonwencjonalnych twierdzeń i niejasnej metodologii ("Mężczyźni mający skłonności do pedofilii często są zniewieściali, gdyż jako dzieci mieli dominujące matki, warto uczulać na tę kwestię rodziców, by wzmacniać cechy męskie chłopców", mawiał prof. Zbigniew Lew-Starowicz), jednoznacznie wykluczył "seksualny bądź popędowy charakter" otrzęsin.

Sprawę można było umorzyć, pouczając tylko szkołę, aby nie organizowała w przyszłości gier i zabaw "budzących niepotrzebne skojarzenia i kontrowersje".
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
ks. Marcin Kozyra,  pierwszy od prawej źródło" Młodzież Salezjańska/Facebook

Dziesięć lat później ta sama prokuratura dysponowała nagraniami stręczonego dziecka. Zarejestrowano je w pokoju księdza pełniącego funkcję dyrektora salezjańskiej szkoły podstawowej.

Przez trzy miesiące Komenda Powiatowa Policji w Lubinie przesłuchała nie stu dziesięciu, lecz zaledwie trzech świadków.  A przed wypuszczeniem z aresztu pedofila, u którego zabezpieczono sadystyczną pornografię z udziałem niemowląt, nie poproszono o opinię nawet prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza.

                                                                                  ***

Szok i niedowierzanie

Delegat ochrony nieletnich Towarzystwa Salezjańskiego ks. Piotr Lorek nie był zdziwiony aresztowaniem kolegi.

– Oswoiłem się z tą myślą. Ja odsłuchiwałem nagranie i według mnie była tego duża wiarygodność. Spodziewałem się, że może być taki środek ze względu na uniknięcie zacierania śladów, tym bardziej że były próby umawiania się (z dziewczynką) – zeznawał 6 października salezjański rzecznik praw dzieci.

Policja niestety nie zapytała, dlaczego 21 sierpnia 2022 r. także Towarzystwo Salezjańskie zataiło fakt nagrania dziewczynki na terenie domu zakonnego.

Wydanie oświadczenia było niestety konieczne. Lubińscy salezjanie znów znaleźli się w centrum ogólnopolskiej afery pedofilskiej.

Rzecznik prasowy zakonu ks. Jerzy Babiak, przekazał wyrazy ubolewania i poinformował, że aresztowany ksiądz został bezzwłocznie odwołany z pełnienia funkcji.

"Nikt wcześniej nie wysuwał żadnych oskarżeń wobec osoby tego kapłana", podkreślał rzecznik. (Ks. Babiak mógł coś wiedzieć na ten temat – Grzegorz O. jako wicedyrektor wrocławskiego liceum odpowiadał przed dyrektorem Babiakiem – medialnym salezjaninem, który w 2014 r. sam trafił na czołówki gazet po zorganizowaniu licealnej wycieczki do Afryki Zachodniej w chwili wybuchu epidemii Eboli).  

 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Gdy ks. Babiak był dyrektorem wrocławskiego liceum, wicedyrektorem był ks. Grzegorz O.

Babiak zapewniał jednocześnie o "pełnej współpracy zakonu z policją i prokuraturą w celu rzetelnego wyjaśnienia całej sprawy", a dalszą dyskusję zamknął stwierdzeniem, że:

"Do udzielania jakichkolwiek informacji oraz wypowiadania się w tej sprawie upoważniona jest jedynie kancelaria adwokacka reprezentująca księdza Grzegorza".


 

Podwójny agent

Ksiądz Babiak zataił najważniejszą informację. Tę samą kancelarię – adwokata Dariusza N. z Lubina – wynajął bowiem sam zakon.

Przyznał to delegat ds. ochrony nieletnich: – "Powołaliśmy adwokata, który jednocześnie reprezentuje Inspektorię oraz Grzegorza O., tj. adwokata Dariusza N. z Lubina".

Czy informację zatajono by uniknąć pytań o konflikt interesów? Tego zakon nam nie mówi.

Nie mówi też, dlaczego 21 sierpnia 2022 r. przemilczano fakt poszukiwań ofiar Grzegorza O., że do zatrzymania doszło po nagraniu księdza z dzieckiem w jego pokoju oraz że nie wiadomo było, czy wśród dzieci z multimediów znalezionych u aresztowanego księdza, nie ma uczniów salezjańskich szkół (a na co wskazywały m.in. tytuły filmów z seksualnym wykorzystywaniem dzieci).

Zakon nie chce odpowiedzieć, dlaczego nie zaapelował do wiernych o informowanie śledczych o wszelkich podejrzeniach względem wieloletniego pracownika.

Do chwili wydania oświadczenia, informacje o potrzebie identyfikacji ofiar oraz wspólników aresztowanego, adwokat Grzegorza O. mógł zobaczyć we wniosku o tymczasowy areszt, a następnie mógł donieść o tym kierownictwu zakonu, któremu służył równolegle.

Z akt śledztwa wynika, że pełnomocnictwo do obrony zatrzymanego księdza, przedstawiciel Towarzystwa Salezjańskiego (w osobie dyrektora domu zakonnego w Lubinie), podpisał dla kancelarii Dariusza N. już 19 sierpnia. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Z akt postępowania wynika, że pełnomocnictwo do obrony Grzegorza O. podpisał nowy dyrektor salezjańskiego domu zakonnego ks. Tomasz R.źródło: Facebook/Młodzież Salezjańska

Konflikt interesów?

Do dziś nie wiadomo, czyim adwokatem był Dariusz N.

Czy był mecenasem salezjanów publicznie deklarujących chęć "rzetelnego wyjaśnienia sprawy wraz z policją i prokuraturą", czy salezjanów dla których "rzetelne wyjaśnienie sprawy" mogło oznaczać większy wyrok dla współbrata i kłopoty prawne dla samego zakonu.

Nie wiemy też, kto za niego płacił. Zakon zignorował wszystkie pytania na temat adwokata. Także te o możliwości przekazywania zakonnikom informacji z akt, o pośredniczenie w wymianie wiadomości między kierownictwem inspektorii a aresztowanym, jak i te o oczywiste wykluczanie się strategii obrony oskarżonego w postępowaniu karnym, z deklarowaną chęcią ustalenia pełnej skali pedofilskiej działalności salezjańskiego pedagoga. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Ksiądz Bartłomiej Polański – szef zakonu publicznie deklarującego chęć wyjaśnienia afery pedofilskiej, który niewygodne fakty po prostu pomija

Od 2022 r. kierownictwo zakonu się nie zmieniło i nie zmieniła się polityka publikowania półprawd i niedomówień.

Po publikacjach Gońca, zakon także wydał oświadczenie. Nie odniesiono się w nim do ani jednej konkretnej informacji podanej w artykułach.

Inspekcja podała przy tym, że "nie miała wpływu na sposób prowadzenia śledztwa".

W kontekście zatrudnienia jednego adwokata dla siebie i Grzegorza O., brzmi to jak kolejna manipulacja teflonowego zakonu. Adwokat (zapewne opłacany przez zakon) mógł przecież podważać każdy element postępowania czy negocjować układy z prokuraturą.

Dziwny charakter podwójnej roli (oraz sugestię kto płaci jego rachunki) obnażył sam adwokat przemawiając na rozprawie przed lubińskim sądem: – "Tu wcale nie chodzi o interes oskarżonego, ale chodzi o ważny interes zgromadzenia salezjańskiego", przekonywał Dariusz N. w uzasadnieniu wniosku o utajnienie przewodu dla mediów.

Zresztą od kłamstwa postanowiono rozpocząć oświadczenie po naszych publikacjach: – "Zdarzenia z udziałem byłego księdza i byłego salezjanina, które miały miejsce w 2022 w Lubinie zostały zakończone prawomocnym wyrokiem sądu z 2023", twierdzą wrocławscy salezjanie.

Niestety. Postępowania związane z pedofilskimi rozmowami Grzegorza O. w Domu Zakonnym Towarzystwa Salezjańskiego w Lubinie, zakończyły się 22 maja 2025 r. umorzeniem śledztwa prokuratury.

Organom nie udało się ustalić tożsamości dziewczynki, której ciałem handlował salezjanin. 
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Po naszych materiałach zakon wydał oświadczenie; nie odniósł się jednak do żadnego z konkretnych przykładów manipulacji i bierności widocznych w aktach postępowania

To tylko zdjęcia, nie naszych dzieci

W sierpniu 2022 r., od wewnątrz sprawy wyglądały równie mętnie.

24 sierpnia zakon zorganizował spotkanie kierownictwa z fakultetem szkoły i rodzicami. Zatajono fakt nagrania i poszukiwania dziewczynki nagranej w pokoju Grzegorza O. oraz o próbach śledczych zmierzających do ustalenia innych ofiar i wspólników aresztowanego pedofila.

Wręcz przeciwnie. Jak zezna 6 października pracownik salezjańskiej podstawówki – jeden z trzech przesłuchanych po aresztowaniu Grzegorza O. świadków – na nadzwyczajnym spotkaniu zapewniano rodziców i pracowników, że "w szkole żadne dziecko nie padło ofiarą przemocy seksualnej. (...) mówiono że Grzegorz O. miał tylko zdjęcia i przyznał się do winy".

Pracownik nie mówi, jakim cudem zakon zdążył ustalić że poszukiwana dziewczynka nie była uczennicą Salezjańskiej Podstawówki w Lubinie. 24 sierpnia 2022 r. wiedzę o tym mógł mieć tylko Grzegorz O.

Poszukiwań dziecka nie rozpoczęła nawet policja – dopiero 25 sierpnia zabezpieczona zostanie pierwsza partia nagrań z monitoringu domu zakonnego.

Co do "posiadania tylko zdjęć", to we wniosku o areszt prokuratura wyraźnie napisała o licznych filmach z gwałtami na dzieciach poniżej 10 roku życia, z najmłodszym gwałconym dzieckiem mającym roczek.

Zakon kłamał, że wiedział że nie ma wśród nich salezjańskich dzieci. Tożsamości dzieci z nośników Grzegorza O. również nigdy nie ustalono.

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Szef zakonu ks. Polański oraz jego delegat ds. ochrony dzieci ks. Lorek - kierownictwo wrocławskich salezjan już 24 sierpnia mówiło, że nie ma żadnych ofiar księdza wśród szkolnych dzieci, choć wtedy nie mogła tego wiedzieć nawet policja

Po 4 latach Prokuratura Okręgowa w Legnicy informuje nas, że wobec zakonu nigdy nie było żadnych podejrzeń o matactwo.

Pytana o obowiązkowy plan śledztwa, w które dochodzenie przemieniło się dzień po zebraniu, prokuratura milczy jak zakon. 
 

Milczenie dobrem śledztwa

W sierpniu 2022 r. organy również nie zdradzały swych planów.

Ówczesna rzecznik legnickiej prokuratury od razu zastrzegła, że "ze względu na dobro śledztwa" nie udzieli informacji, jak dowiedziano się o podejrzeniach wobec księdza.

Nie poinformuje też, że lubińska prokuratura szuka dziewczynki nagranej w domu zakonnym oraz wspólników aresztowanego o "eskalujących tendencjach dewiacyjnych".

"Widać wówczas oceniono, że była taka potrzeba", komentuje nowe kierownictwo prokuratury.

Może gdyby w 2022 r. poinformowano o dziewczynce, sprawie baczniej by się przyglądano i w trzy miesiące też by przesłuchano  110 świadków?

Dziś wiadomo jedynie, że dla "dobra śledztwa" niewiele zrobiono w samym śledztwie.
                                                                   ***

Wstępna opinia 

Komenda Powiatowa Policji w Lubinie. Dzień po zatrzymaniu Grzegorza O., gotowa jest "wstępna" opinia biegłego informatyka.

Zawiera szczątkowe dane 4 z 13 nośników – telefonu Samsung (55 plików "mogących być potencjalnie istotnymi dla sprawy"), telefonu Huawei (3 pliki), komputera Acer (3 pliki) oraz dysku Western Digital 120GB (tego z demoniczną zawartością – 141 potencjalnie istotnych plików).

Opinia nie zawierała nielegalnych materiałów usuniętych, a możliwych do odzyskania oraz metadanych licznych multimediów, których nie sposób już było odzyskać.

Do opinii biegły załączy pendrive'a, lecz nie opisze co na nim się znajduje. Policja nie otworzy go aż do grudnia.

Zawartość opinii zawierającej liczne poszlaki łączące materiały z seksualnym wykorzystywaniem dzieci z osobą księdza, dziewczynką nagraną w jego sypialni oraz z Salezjańskimi Szkołami, opisywaliśmy w poprzednim odcinku.

Policja nigdy nie zaprotokołuje otwarcia korespondencji z opinią, a prowadzący postępowanie młodszy aspirant M.K. zaznajomi się z nią dopiero 28 grudnia – 131 dni od daty jej wytworzenia.

Robi tak, mimo że paragraf 78 "Wytycznych nr 3 Komendanta Głównego Policji w sprawie wykonywania niektórych czynności dochodzeniowo-śledczych przez policjantów" jednoznacznie wskazuje, że "policjant jest obowiązany zapoznać się z opinią biegłego niezwłocznie po jej uzyskaniu", a kodeks postępowania karnego nakłada obowiązek protokołowania otwarcia korespondencji, przesyłek i odtworzenia zapisów.

Ani policja ani prokuratura nie odnoszą się do tych faktów.
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Papierologia to codzienność pracy w policji, służąca naszemu bezpieczeństwu źródło: policja.pl

Urwany film

Z akt nie wynika by policja spieszyła się by odnaleźć dziecko innymi sposobami.

Dopiero 23 sierpnia – pięć dni po zdobyciu nośników danych uwiarygodniających nagrania ze stręczeniem dziewczynki – prokurator E.W. podpisze nakaz wydania monitoringu z domu zakonnego.

Pełna realizacja nakazu zajmuje policji kolejne 14 dni.

Pierwsze podejście ma miejsce 25 sierpnia po południu. Funkcjonariusze mieszczą się w rekordowych 48 godzinach od wydania postanowienia.

Nakaz realizuje aspirantka wydziału kryminalnego lubińskiej policji M.J. – to ta, dla której chowanie dowodów przestępstwa podczas przeszukania nie wyczerpuje znamion utrudniania czynności.

Na parafii M.J. odkryje fakt, który powinien wstrząsnąć śledczymi.

Okazuje się, że dom zakonny Towarzystwa Salezjańskiego w Lubinie zatrudnia własnego "administratora monitoringu".

To oznacza, że zatrudniany przez zakon profesjonalista już 5 lipca mógł zabezpieczyć monitoring z nocy z 12 na 13 czerwca (noc, gdy dziewczynkę usłyszano na nagraniach). 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Dom zakonny Towarzystwa Salezjańskiego w Lubinie

Przypomnijmy. 5 lipca katecheta Karol K. odważył się powiedzieć szefowi zakonu ks. Bartłomiejowi Polańskiemu, o nagraniu z dziewczynką szykowaną na seks w pokoju Grzegorza O.

Jednak ani Polański ani Karol K. do żadnego zabezpieczenia monitoringu nie doprowadzili, a po dwóch miesiącach tylko jedna z trzech wydanych kamer będzie zawierała nagrania z kluczowej nocy.

5 września policja próbuje raz jeszcze. Tym razem zatrzymuje nagrania z kamery między plebanią przy ul. Chrobrego 7 a Domem Zakonnym przy ul. Prusa 4.

Znów pudło.  

Nagrania z głównej kamery kompleksu, obejmującej wyjście i parking pod domem zakonnym przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Lubinie, rozpoczynają się 7 lipca.

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Parking pod salezjańskim Domem Zakonnym w Lubinie

To ciekawa data. Dzięki niej nigdy się nie dowiemy, kto odwiedzał dom zakonny w ciągu dwóch dni od powiadomienia szefa Inspektorii o nagraniach z przygotowań do handlu dziećmi na parafii i czy mogło to wskazywać na związek z precyzyjnie zniszczonym dyskiem o pojemności 1TB odnalezionym w pokoju Grzegorza O.

Policja nie otrzymała też nagrań głównej kamery z dni po zatrzymaniu Grzegorza O.

Wiedza o tym, kto, kiedy i w jakich okolicznościach odwiedzał dom zakonny po aresztowaniu też by jej się przydała. Mogła przynajmniej nakierować na trop winnego ostrzeżenia Grzegorza O. przed zatrzymaniem. O to, kto mógł to zrobić, policja pytała każdego przesłuchiwanego duchownego. 
 

270 dni nagrań

Śledczym się jednak nie śpieszy. Mija równo 3 miesiące od dnia nagrania głosu dziewczynki w pokoju Grzegorza O. i tydzień od uzyskania całości monitoringu, zanim policja sprawdziła czy nagrania w ogóle dają się odtworzyć.

Prowadzący śledztwo dokumentuje czynność w formie "notatki urzędowej", choć według kodeksu postępowania karnego, odtworzenie nagrań powinien dokumentować w formie protokołu. Prokuratura także tej decyzji nie komentuje.

"Notatka urzędowa" nie zawiera informacji w jakim celu pozyskano nagrania z domu zakonnego. Musimy się domyślać, że bada się je na okoliczność odnalezienia ofiary księdza, której głos nagrano w pokoju duchownego 13 czerwca ok. 2.30 rano.

Notatka określa za to zakres i umieszczenie kamer wydanych na wniosek prokuratury. – "Na dysku znajduje się zapis kamery obejmującej parking bezpośrednio przed wejściem do domu zakonnego w okresie od 7 lipca do 18 sierpnia 2022 r. Na pozostałych nośnikach znajdują się zapisy z trzech kamer. Pierwsza to kamera zewnętrzna obejmuje zakres od 13 lipca do 22 sierpnia 2022 r. Kolejne dwa nagrania są z kamer (ze środka domu zakonnego), obejmujących dwa osobne wyjścia z budynku. Pierwsza obejmuje okres od 20 kwietnia do 25 sierpnia 2022, a druga od 29 czerwca do 25 sierpnia 2022".

W tym momencie prowadzący śledztwo M.K. musiał uświadomić sobie ogrom czekającej go pracy.

Chcący "rzetelnie wyjaśnić sprawę" salezjanie wydali policji ok. 7560 godzin (270 dni) zapisu z czterech kamer, z których jedna utrwaliła nagrania aż kwietnia, a trzy rozpoczynały zapis odpowiednio 16, 24 i 31 dni od chwili nagrania dziewczynki przymuszanej do seksu w domu zakonnym.

“Odstąpiono od odtworzenia”

M.K. nie jest tym zniechęcony. Liczy na łut szczęścia. Może właśnie ta jedyna kamera zawierająca zapis z feralnej nocy uchwyci moment wejścia dziewczynki do domu zakonnego.

"Przeglądnąłem zapis z dnia 12 czerwca, gdzie znajdują się zapisy w godzinach: 21:37, 21:40, 21:41, gdzie nie widać żadnej osoby, pomimo czego kamera załącza się na skutek włączanego przez n/n osobę światła (pis. oryg.) Z uwagi na brak zapisu innych kamer z tego dnia, brak możliwości zweryfikowania, kto poruszał się wówczas po terenie Domu Zakonnego", pisze M.K.

Co się nagrało 13 czerwca po północy? Tego policjant już nie zbadał – po raz kolejny porzuca pracę w krytycznym momencie.

Choć dziecko nagrano w pokoju księdza o godz. 2.30 (więc mogło być widoczne jak wchodzi do budynku o godz. 00.15, albo wychodzi z niego o 7 rano), to policjant nie poświęci kilku minut życia by zweryfikować choćby nagrań do 13 czerwca do 2.30 rano.

Dlaczego? M.K. znów ma ważne wytłumaczenie. Odstąpił od odtworzenia "z uwagi na czasookres".

Tego działania prokuratura ani policja również nie chcą komentować.

Nagrania z monitoringu prowadzący dochodzenie "pozostawił do dalszego wykorzystania w sprawie", lecz oczywiście nie zostały one odtworzone do samego końca śledztwa.

Opinia końcowa (niepełna)

A było co sprawdzać.

14 września, dzień po wykonaniu jedynej notatki z przejrzenia monitoringu, do policji trafia opinia "końcowa", z wydrukami licznych pedofilskich rozmów prowadzonych na Skype, oznaczonych z daty i godziny.

Raz z komputera pisał mężczyzna, a raz dziewczynka – tak jak na nagraniach Karola K.

Opinia "końcowa" z 14 września była jednak niepełna – nie zawierała wszystkich materiałów z przemocą seksualną na dzieciach "ze względu na ich drastyczność i zajmowane miejsce".

O tym policjant dowie się dopiero 28 grudnia, gdy po 105 dniach zapozna się z opinią, o którą sam niedawno wnosił.

I tak policję omija wiele poszlak łączących salezjanina z materiałami z przemocą seksualną na dzieciach.

To w opinii z 14 września załączono wydruk filmiku z dziewczynką w pomieszczeniu wyglądającym na dom parafialny, zapisany na komputerze księdza cztery dni przed zatrzymaniem.

Opinia zawiera też sugestię profesjonalnego zniszczenia danych na dysku twardym znalezionym w domu zakonnym czy informację, że usunięte z laptopa pliki z "baby cry" i "torture" w tytułach, Grzegorz O. odtwarzał wielokrotnie.

Wjedzie biały Grzegorz

Zabezpieczone archiwum ze Skype'a dowodzi, że Grzegorz O. nie tylko sam zażywał amfetaminę, ale też potajemnie podawał narkotyki niczego nieświadomej dziewczynce.

Czy te rozmowy można uznać za wiarygodne? Nadużywanie stymulantów przez Grzegorza O. uprawdopodobniają zeznania wszystkich trzech przesłuchanych do sprawy świadków: ks Tomasza R. (przesłuchanego 5 września), ks Piotra Lorka (6 października) oraz pracownika szkoły (6 października).

Pracownik szkoły: – Był trochę narwany, jak coś czasami robił to niespokojnie. Czasami jak coś się mówiło to był taki nieobecny. On z charakteru był cholerykiem.

Ksiądz Tomasz R: – On nie potrafił swoich decyzji wytłumaczyć i wtedy się niegrzecznie odzywał do tych osób, które się z nim nie zgadzały. Był wtedy arogancki

Ksiądz Piotr Lorek: – Brałem udział w rozmowie dyscyplinującej Grzegorza. Chodziło o sposób traktowania i odnoszenia się do nauczycieli. Dostał wskazówki na przyszłość. On miał trudny charakter. Rządził twardą ręką, ale gdyby nie miał kompetencji, nie zostałby dyrektorem szkoły.
                                                                         ***
W Areszcie Śledczym we Wrocławiu Grzegorz O. raczej nie miał jak zdobyć amfetaminy. I bez niej pewnie ciężko mu było zasnąć – to nie jest dobre miejsce dla osób z jego historią.

Jednak coś czuwa nad losem księdza. W sprawie zaczynają dziać się rzeczy niesamowite.

30 sierpnia Grzegorz O. zostaje przetransportowany z Wrocławia do Dzierżoniowa.

Nowy areszt znajduje się bliżej domu rodzinnego księdza, co już samo w sobie musi być ukojeniem dla psychiki.

Jest to też miejsce bardziej przyjazne dla osób z jego skłonnościami pod względami, o których nawet Służbie Więziennej nie wypada mówić na głos.

Co prawda przeniesienie odbywa się kosztem wydłużenia czasu dojazdu na czynności, lecz tych już praktycznie nie będzie. 
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Areszt w Dzierżoniowie posiada oddziały zdolne zadbać o bezpieczeństwo każdego lokatora

Niepokalane przeniesienie

Dziś nikt nie wie, kto zadecydował o transporcie Grzegorza O. z Wrocławia.

Zgodnie z § 17 pkt 1 rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości w sprawie stosowania tymczasowego aresztowania, taki transport mógł się odbyć „wyłącznie na podstawie pisemnego polecenia lub pisemnej zgody prokuratora nadzorującego postępowanie przygotowawcze”.

W aktach Grzegorza O. po takim poleceniu nie ma śladu.

Przeglądając teczkę można wręcz odnieść wrażenie, że o przetransportowaniu więźnia prokurator nadzorujący dowiedział się od wrocławskiej Służby Więziennej, która cofnęła śledczemu korespondencję nadaną poprzedniego dnia.

Dlaczego i na czyje polecenie przeniesiono księdza? "Nie jesteśmy w stanie udzielić panu redaktorowi odpowiedzi na to pytanie", załamuje ręce Prokuratura Okręgowa w Legnicy, a Służba Więzienna twierdzi, że przy przeniesieniu “dochowano wszelkich przepisów prawa regulujących omawiane zagadnienie, w tym uzyskano zgodę organu dysponującego na przetransportowanie osadzonego do innej jednostki penitencjarnej”.
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Podczas gdy w Dzierżoniowie przebywał Grzegorz O., zakład odwiedził sam biskup ziemi świdnickiej źródło: kpt. Przemysław Gadomski/Służba Więzienna

Kler chce do aresztu

To nie koniec dobrych wiadomości dla Grzegorza O.

Były dyrektor salezjańskiej podstawówki otrzymuje zgodę na rozmowy z mamą.

Od księdza i jego rodziny nie odwracają się też przyjaciele z najwyższego kierownictwa Inspektorii Towarzystwa Salezjańskiego we Wrocławiu.

Zatroskaną matkę Grzegorza O. wesprze na duchu sam szef zakonu ks. Bartłomiej Polański, który odwiedzi ją wraz ze swoim delegatem ds. ochrony nieletnich, ks Piotrem Lorkiem. – Później wiem, że kontaktował się z nią jeszcze mecenas – doda przesłuchiwany wikariusz inspektora.

Szef zakonu wydaje się być szczególnie zainteresowany losem podwładnego. Będzie próbował nawet otrzymać osobiste widzenie w areszcie.

Na to prokurator już się nie zgodzi. – Nie można wykluczyć, iż na dalszym etapie Bartłomiej Polański, jako bezpośredni przełożony podejrzanego, zostanie przesłuchany w charakterze świadka – czytamy w uzasadnieniu odmowy widzenia dla szefa zakonu.

Inspektor potężnego zakonu oczywiście nie zostanie przesłuchany.

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Ks. Bartłomiej Polański (na zdj. z prawej) mimo młodego wieku wspiął się wysoko w hierarchii Kościoła. Sukces osiągnął nie zapominając o przyjaciołach w potrzebie źródło: Facebook/Młodzież Salezjańska

Przełomowe ustalenie

Grzegorzowi O. robi się lepiej w areszcie, a na wolności śledztwo staje niemal w miejscu.

Dzieje się tak, pomimo iż lubińska policja co najmniej od 8 września dysponuje prawdopodobnym nazwiskiem dziewczynki z domu zakonnego.

Nie wiemy jak je zdobyli. Policjant prowadzący śledztwo nie zaprotokołuje czynności, w której pada przełomowe ustalenie. Z możliwego punktu zwrotnego, nie poczyni się nawet notatki.

W materiałach, do których dostęp otrzymała redakcja, nazwisko to pojawia się w pytaniach zadawanych każdemu z trzech świadków, jakich przesłucha się po aresztowaniu księdza, zawsze w kontekście nieletnich znajomych księdza i obok imienia, którym posługiwał się ksiądz szykujący przekazanie jej na seks z wujkiem, które planowano na dzień 16 czerwca 2022 r.

– Nie znam takiej osoby – usłyszy od pierwszego świadka, który usłyszał potencjalne nazwisko dziecka.

Jest 8 września i na komendzie przy Traugutta stawia się ksiądz Tomasz R.

 

Przeciek, czyli zmiany w kierownictwie

Ksiądz R. przyjechał do Lubina pod koniec lipca 2022 r. Objął posadę dyrektora domu zakonnego po księdzu Mariuszu J., którego kadencja skończyła się w dniu rozpoczęcia dochodzenia w sprawie pedofilskich rozmów w pokoju Grzegorza O.

Ksiądz R. zapewniał, że odwołanie J. nie miało nic wspólnego z nadużyciami Grzegorza O.

O tych nadużyciach Mariusz J. mógł wiedzieć jak mało kto. Duchowny mieszkał w domu zakonnym od piętnastu lat, co pokrywa się z większością kariery Grzegorza O. jako pedagoga pracującego z najmłodszymi w Lubinie, m.in. jako kierownik Oratorium im. Jana Bosko w Domu Zakonnym Towarzystwa Salezjańskiego.

Co więcej, w chwili gdy 13 czerwca  w pokoju Grzegorza O. handlowano ciałem dziewczynki, ksiądz Mariusz zajmował pokój za ścianą pedofila.

O tym, że ks. Mariusz mógł słyszeć całe zajście, wiemy dzięki nagraniom zdobytym zza innej ściany.

Kierownictwo zakonu nie widziało jednak przeszkód, by powiedzieć Mariuszowi J. o szykowanej na Grzegorza O. sprawie.

Ksiądz Tomasz R.: – Pod koniec lipca, kiedy przywoziłem swoje rzeczy, ksiądz Mariusz mi powiedział, że nabył wiedzę o zachowaniu Grzegorza i to już jest zgłoszone do prokuratury i on może być zatrzymany.

Prowadzący sprawę policjant nie wytrzymuje i pyta się wprost, kto mógł ostrzec pedofila przed zatrzymaniem.

R. odpowiada: – "Wiedział o tym ksiądz Polański (szef zakonu), brat który podsłuchał rozmowę (Karol K.) i wysłannik naszego przełożonego w tych sprawach (Piotr Lorek). Wątpię, żeby te osoby informowały Grzegorza o zgłoszeniu do prokuratury. Nasze przekonanie było takie, że to musi zostać wyjaśnione".

Nie zostanie.

Wątki niezbadane

Najważniejszą rzeczą z przesłuchania ks. Tomasza R. mogły być dane osobowe siedmiu mieszkańców domu zakonnego, którzy mogli widzieć, jak ksiądz Grzegorz przemyca dziewczynkę do swojego pokoju oraz mogli opowiedzieć, czy tylko na jednym razie i tylko na niej się skończyło.

Siedmiu księży znających od podszewki życie prywatne Grzegorza O. było na wyciągnięcie ręki – w tym ten najważniejszy – dyrektor placówki mieszkający z pedofilem ściana w ścianę w domu, który nocą niesie każdy szmer.

M.K. nie przesłucha żadnego z nich. Policja czeka na wyniki "kluczowej opinii".

W oczekiwaniu na opinię

29 sierpnia Dariusz N. wykaże się fatalną dla swojego klienta nadgorliwością.

Wniesie o badania fonoskopijne mające udowodnić, że to jego klient był dziewczynką szykowaną na handel nagraną 13 czerwca w domu zakonnym.

Policja zrobi dokładnie, o co wnosi adwokat.

22 września Grzegorz O. został przetransportowany z Dzierżoniowa do Wrocławia, gdzie pracownicy Laboratorium Kryminalistycznego komendy wojewódzkiej pobiorą próbki jego głosu.

Następnie próbki jadą do KWP w Poznaniu, gdzie biegli tamtejszego laboratorium porównają je z głosem dziewczynki na nagraniach.

Po badaniu z 22 września M.K. pisze notatkę: - "Zdaniem (pobierającego próbkę głosu) pracownika Laboratorium Kryminalistycznego w pracowni fonoskopii, zabezpieczony w sprawie głos dziewczęcy nie należy do Grzegorza O.".

Nic to jednak nie zmienia. Sprawa stoi w miejscu do 30 września, kiedy to policjant telefonicznie umówi przesłuchanie z pracownikiem szkoły. Termin uzgadniają na 6 października.

O przesłuchaniu pracownika szkoły chyba dowiedziało się kierownictwo zakonu, bo 6 października na przesłuchanie stawił się też delegat ds. małoletnich Towarzystwa Salezjańskiego ks. Piotr Lorek.

Z tego, jak doszło do umówienia przesłuchania wikariusza inspektora, M.K. już robi notatki. Tak jak o tym, skąd dowiedział się o nazwisku o które pytał się każdego.

Gdy na początku października prokuratura pisze wniosek o przedłużenie aresztu, twierdzi, że dane z nośników księdza są analizowane (nie ma po tym śladu w aktach, policja otworzy je 28 grudnia), biegli badają czy ksiądz udawał dziecko (to prawda, badania są w trakcie realizacji) oraz przesłuchiwani są kolejni świadkowie mogący pomóc w odszukaniu ofiar księdza (do wniosku o przedłużenie aresztu przesłuchano jako świadka wyłącznie ks. Tomasza R.).

Śledczy dostają kolejne 3 miesiące aresztu, w ciągu których przesłucha się dwóch świadków, ks. Lorka i pracownika szkoły. Żaden z nich nie mógł widzieć dziewczynki nagranej w nocy 13 czerwca 2022 r..

W czasie gdy śledztwo wyraźnie przerasta już możliwości jednego aspiranta komendy powiatowej, lubińska policja jak na ironię podaje informację prasową prezentującą logo nowo powstałego Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości. 
 

Rzecznik Praw Dziecka w PROK-SYS, czyli śledztwo staje w miejscu

11 października 2022 r. pojawia się szansa, że ktoś uratuje dziewczynkę przed śledztwem działającego w pojedynkę policjanta.

Zgodę na wgląd do sprawy 4333-4.Ds.2423.2022 w Portalu Przeglądania Akt prokuratury, otrzymuje Piotr Bogacki – dyrektor zespołu ds. przestępczości wobec dzieci u Rzecznika Praw Dziecka.

Biuro Mikołaja Pawlaka na własne oczy będzie mogło zobaczyć, jak przepuszczano kolejne szanse na nazwanie istoty nadużyć Grzegorza O. oraz jak ślamazarnie prowadzone są działania na rzecz odnalezienia dziewczynki nagranej w pokoju księdza.

Nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności, odkąd ze sprawą zaznajomił się Rzecznik Praw Dziecka, wszelkie realne czynności ustają na amen.

Nie ma zapowiadanych oględzin ciała Grzegorza O., by stwierdzić, czy widniał on na filmach z gwałtami na dzieciach.

(Prokuratura Okręgowa w Legnicy komentuje: W sprawie o czyn z art. 202 par. 4a kk – posiadanie pornografii dziecięcej – oględziny nie były niezbędne.)

Nie ma żadnych śladów po próbach ustalania tożsamości dzieci na bestialskich materiach księdza.

Nie ma wniosków do operatorów GSM i komunikatorów internetowych o udostępnienie lokalizacji, bilingów i danych użytkowników, z którymi Grzegorz O. prowadził liczne pedofilskie rozmowy o handlu dziećmi. Nie ma próby zdobycia historii bankowej, mogącej ustalić miejsca do których chodził z dziewczynką (Prokuratura Okręgowa w Legnicy: W sprawie o czyn z art. 202 par. 4a kk – posiadanie pornografii dziecięcej – dowody te nie były niezbędne.).

Prowadzący śledztwo policjant nie przesłucha: salezjańskich animatorów, którzy zdaniem księdza mieli dostęp do komputera, mieszkańców domu zakonnego mogących widzieć dziewczynkę, dyrektora domu zakonnego ks. Mariusza J., z którym Grzegorz O. mieszkał pokój w pokój w okresie prowadzenia rozmów o handlu dziećmi. Policja nie przesłucha też ani jednego nauczyciela czy rodzica, z którymi ksiądz miał pozostawać w konflikcie, czy jego partnerów seksualnych, których miał poznawać przez aplikacje dla osób LGBT. (Prokuratura Okręgowa w Legnicy: – Liczba przesłuchanych świadków uzależniona jest od potrzeb danego postępowania).

Policja nie sprawdzi też zawartości skrzynki pocztowej zabezpieczonej przy zatrzymaniu. Ani kilku innych adresów e-mail używanych przez księdza.

Policja nie wróci do monitoringu, który można było porównywać z datami pedofilskich rozmów na Skype czy Grindr.

Czas aresztu zbliżał się końca i ani policja, ani nadzorująca sprawę prokuratura, nie wnioskują o opinię biegłego seksuologa, psychologa czy psychiatry dla człowieka, u którego znaleziono liczne filmy – tu cytat za prokuraturą – "przedstawiające gwałcone dzieci, których wygląd wskazuje na wiek poniżej 10 roku życia, a najbardziej drastyczne filmy przedstawiają gwałcone dzieci, których wygląd wskazuje na 1 rok życia". (Prokuratura Okręgowa w Legnicy: Kierując akt oskarżenia o czyn z art. na 202 § 4a kk – opinia taka nie była wymagana).

Mając do przebadania 8 miesięcy nagrań z monitoringu i mnóstwo materiałów wymagających eksperckiej wiedzy, zwierzchnicy M.K., czyli naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego podkom. Wojciech Sołoducha oraz komendantka jednostki mł. insp. Joanna Cichła – nie dali podwładnemu odpowiedniego wsparcia, a sami nie wystąpili o pomoc do lepiej wyposażonych jednostek, jak nowo powstałe Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości czy Centralnego Biuro Śledcze Policji (szczególnie w kontekście podejrzeń o ostrzeżeniu księdza).

Przełożeni zdecydowali biernie przyglądać się, jak sprawa z terabajtami danych do przebadania i zaginionym dzieckiem które szykowano na handel, dokonuje żywota na komendzie 60-tysięcznego miasteczka w kwalifikacji klepniętej po spotkaniu kierownictwa lubińskiej prokuratury z kierownictwem Towarzystwa Salezjańskiego we Wrocławiu. 
                                                                         ***

Niemoralna propozycja

25 listopada nadzorujący postępowanie prokurator E.W. wezwie Grzegorza O. na przesłuchanie do prokuratury w Lubinie. Podejrzany weźmie ze sobą reprezentującego go (oraz zakon) adwokata Dariusza N.

Grzegorz O. po raz kolejny przyzna się do posiadania materiałów pedofilskich i raz jeszcze stwierdzi, że "na tym nagraniu (sugerującym przygotowania do handlu dziećmi - red.) to nie jest mój głos. Ja udawałem głos dziecka".

Wysłucha go ten sam prokurator, który 19 sierpnia na posiedzeniu aresztowym kazał Grzegorzowi O. udawać głos dziecka, co doprowadziło podejrzanego do załamania nerwowego.

Tym razem E.W. nie każe Grzegorzowi O. mówić jak dziewczynka. Nie zapyta nawet o nazwisko stawiane obok jej imienia, którym drugi miesiąc dysponowała lubińska policja.

Prokuratura wysłucha za to bezczelnej propozycji. Zamiast rozprawy, 6 miesięcy pozbawienia wolności (większość odsiedziane), 12 miesięcy prac po 20 godzin oraz – najbardziej skandaliczne – 3 lata zakazu wykonywania pracy z dziećmi.

Prokurator odnotował. 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Budynek lubińskiego sądu i prokuratury. autor: s_mile źródło: fotopolska.eu licencja: Attribution-Share Alike 3.0 Unported

 

Wycofać nagrania i kolejna interwencja RPD

Dwa dni przed przesłuchaniem Grzegorza O. w prokuraturze, prowadzący postępowanie policjant wyśle do Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu nagranie z 20 czerwca 2022 r. i poprosi tamtejsze laboratorium kryminalistyczne o spisanie treści rozmowy z przygotowaniami do handlu dziećmi

30 listopada wniosek wycofano. 39 z 42 minut nagrania z 20 czerwca 2022 r., w którym mowa o licznych pedofilach udostępniających swoje dzieci obcym, nie zostaje spisane przed wniesieniem oskarżenia do sądu.

Dziś prokuratura komentuje to tak: – Jeśli faktycznie tak było, a chodzi panu redaktorowi o nagranie rozmów z pokoju oskarżonego Grzegorza O., to dowód ten w tej sprawie miał znaczenie drugorzędne i nie był podstawą skazania.

22 grudnia – ponad dwa miesiące odkąd śledztwo umarło – Piotr Bogacki z biura Rzecznika Praw Dziecka znów wysyła palącą korespondencję.

Prosi o pilne przesłanie kopii akt. Robi to w niecały tydzień przed rozegraniem najbardziej absurdalnego epizodu tragedii polskiego wymiaru sprawiedliwości, jakim jest sprawa Grzegorza O. 
 

Oględziny po lubińsku

28 grudnia 2022 r. prowadzący śledztwo policjant oraz nadzorujący go prokurator, zaczynają pośpiesznie zamykanie śledztwa.

Najprawdopodobniej już wiedzą, że z Poznania zaraz przyjdzie opinia fonoskopijna świadcząca, że Grzegorz O. jednak stręczył dziewczynkę znajdującą się na terenie parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Lubinie.

M.K. po omacku i na raty umieszcza nośniki Grzegorza O. w wykazie dowodów rzeczowych – w tym pocztę elektroniczną, której otwarcia i przejrzenia nigdy nie odnotuje. Prokurator E.W. usunie ten dowód, a numerację w wykazie poprawi używając korektora.

Największym problemem z zamknięciem śledztwa "w sprawie o posiadanie dziecięcej pornografii" było to, że śledczy nie znali rozmiarów nawet tego przestępstwa.

Prowadzący dochodzenie od ponad 100 dni nie zaprotokołował zaznajomienia się opiniami biegłego – zarówno wstępnej z 19 sierpnia, jak i końcowej z 14 września.

Jak się zaraz okaże, to nie było zwykłe zapominalstwo. Do 28 grudnia policjant wiedział co się nich znajduje w opiniach biegłego. Śledztwo trzeba było jednak zamykać, więc M.K. robi "oględziny po lubińsku".
 

Telefon do przyjaciela

Oględziny po lubińsku zaczynamy od notatki urzędowej z telefonu do biegłego, aby po 131 dniach dowiedzieć się, co on właściwie nam wysłał.

Pudrujemy intencje profesjonalnie brzmiącym: – "Kontaktowałem się celem ustalenia, czy opinia końcowa zawiera w sobie również dane z opinii wstępnej".

Odpowiedź biegłego jest niestety równie mętna co sam cel rozmowy. "Biegły oświadczył, że opinię wstępną należy traktować osobno od opinii końcowej, a filmy wyszczególnione w opinii wstępnej nie pokrywają się z filmami w opinii końcowej, co było spowodowane drastycznością treści pedofilskich jakie przedstawiają", pisze M.K., który z rozmowy z biegłym, nie dowiedział się najważniejszego – czy w obu opiniach zawarte są wszystkie materiały z "pornografią małoletnich", będących w końcu podstawą do wniesienia oskarżenia przeciwko człowiekowi siedzącemu już piąty miesiąc w areszcie.

Dlaczego na ustaleniu liczby tych materiałów powinno zależeć M.K.?

Teoretycznie tylko znając pełną liczbę takich filmów, sąd będzie mógł ocenić rozmiar szkód przestępstwa i wymierzyć oskarżonemu adekwatną karę.

Jeśli biegły zaś nie zawarł w opinii wszystkich treści nielegalnych, nic nie stoi na przeszkodzie, by poprosić o uzupełnienie opinii.

No, chyba że się robi oględziny po lubińsku.
 

Co się stało z dziewczynką z domu zakonnego w Lubinie? Został po niej tylko głos na nagraniu [ODC. 4]
Piszący niezrozumiałe dla śledczych i sądu opinie biegły Tomasz Jagiełło, do dziś oferuje szeroki wachlarz usług IT dla śledczych

Pięć godzin w piekle

28 grudnia o godz. 17:30 M.K. (cytujemy z oryginalną pisownią) rozpoczyna spóźnione o ponad 100 dni oględziny opinii biegłego.

Zaczyna od wykorzystania informacji od biegłego że "poszczególne pendivy nie zawierają wszystkich zabezpieczonych filmów pornograficznych z udziałem małoletnich z uwagi na ich ilość i zajmujące miejsce".

Niestety. Widząc co właśnie napisał, policjant nie wyciąga telefonu i nie dzwoni do biegłego by upewnić się, czy znaczy to że oba pendrive’y zawierają "wszystkie zabezpieczone filmy pornograficzne z udziałem małoletnich".  

M.K. wybiera fałszywe wnioskowanie. "W związku z tym że poszczególne pendrivy nie zawierają wszystkich zabezpieczonych filmów pornograficznych z udziałem małoletnich, obydwie opinie - wstępną i końcową - należy potraktować jako część pierwszą i część drugą opinii i traktować obydwie jako całość", pisze policjant łamiący zasady logiki, byle tylko nie musieć uzupełniać opinii, bowiem wyszłoby na jaw, że nie zapoznał się z nimi od kolejno 105 i 130 dni.
 

Fajni z rocznym synkiem

Następnie M.K. przegląda w programie zawartość telefonu Samsung, w tym treści na Grindrze (platforma do umawiania się na niezobowiązujący seks dla homoseksualistów – red.) księdza.

W jednym z 338 czatów M.K. wpadł na trop ofiary z plebanii.

M.K.: - "Jeden z (czatów) prowadził z osobą o nicku <<Fajny z Rocznym Synkiem>> – w korespondencji wysyłający pisze cyt: "bierzemy po kolei N.(imię dziewczynki nagranej w domu zakonnym) szmatę".

Policjant nie pisze nic więcej. Nic co mogłoby przybliżyć tożsamość "Fajnego z Rocznym Synkiem" czy osób, z którymi ksiądz miał "brać" zaginioną dziewczynkę z domu zakonnego.

Gdyby sprawą zajmowała się wyspecjalizowana jednostka, wiedziałaby, iż do Grindra można wysłać zapytanie o dane użytkownika.

Tak jak do Skype'a, w którym policja znalazła rozmowy pedofilskie z użytkownikiem, z którym Grzegorz O. rozmawiał o handlowaniu dziećmi, narkotyzowaniu ich i wykorzystywaniu do potwornych rzeczy, a z którym to użytkownikiem ksiądz pisał swobodnie jak z kumplem z prawdziwego życia. Opisując rozmowy, M.K. ograniczy się tylko do stwierdzenia: - "W trakcie rozmowy z osobą o nicku (...) użytkownik konta nie podaje się za dziecko, lecz jako osoba dorosła, a prowadząc rozmowę sugeruje, że współżyje z dzieckiem". Nic o gwałtach, "dosypywaniu fety" i ustawianiu się z mamuśkami z Gdańska.

Czatów Skype, w których Grzegorz O. rozmawiał o wykorzystywaniu prawdziwych dzieci jest zresztą więcej. Niektóre konta prowadzono z imionami i nazwiskami. Padają polskie numery telefonów. Ale tego policja nie opisze. 

(ogląda tortury niemowląt) „Treści nie wnoszą nic do sprawy”

M.K. dochodzi do telefonu Huawei, na którym biegły znalazł zdjęcia z gwałtu na kilkulatku.

Policjant prowadzący oględziny w sprawie o posiadanie "dziecięcej pornografii" napisze, że "przeglądając zawartość telefonu programem UFED Reader nie ujawniono treści wnoszących coś do sprawy".

Przez ten fragment oględzin, Sąd Okręgowy 16 maja 2023 r. nakaże zwrócić Grzegorzowi O. telefon, na którym znajduje się gwałt na kilkuletniej dziewczynce.

29 maja, po ponownej analizie akt, sędzia wycofa się z pomyłki.

Na telefonie Samsung, gdzie na wydrukach biegłego znalazły się zdjęcia z gwałtów na dziewczynce w wieku podobnym do nagrań, M.K. też nie odnajdzie treści pedofilskich.

Gdyby takie znalazł, głupio przecież byłoby przyznać, że nie wie, czy nie zostały zrobione tym telefonem. O to biegłego też nigdy nie dopyta.

Na dysku WD powinien odnaleźć pliki zapisywane w formacie w jakim nagrywają Samsungi ("video_rrrr-mm-dd-gg_mm-ss.mp4"), jednak tego faktu policjant także nie skojarzy.

Dzieci indochińskie, nie polskie

M.K. bierze się za kwalifikowanie i opis treści, za które Sądy w   imieniu RP skażą Grzegorza O. na kary bezwzględnego pozbawienia wolności.

Policjant wymieni filmy z polskimi imionami przedstawiającymi, cyt. "gwałcone, krzyczące z bólu dzieci". Opisze też prawdopodobne pochodzenie dzieci na filmie trwającym 1 godz. 19 min. i 32 sek. ("najdłuższy film", zauważa policjant) z "dużą ilością małoletnich poniżej 15 roku życia, których wygląd sugeruje pochodzenie indochińskie".

Znów ciekawsze się okazuje, co w oględzinach policjant przemilczy. Na przykład że zapisany dnia 14 sierpnia 2022 r. film  z seksualnym wykorzystaniem dziewczynki w wieku ofiary z parafii, nagrana w pomieszczeniu z komżami, kapami liturgicznymi i krzyżami (wygląd sugeruje pochodzenie polskie katolickie). Że widać tam twarz oprawcy.

Że inny filmik z dziewczynką, nazwano "Ssz", jak salezjańskie szkoły. Albo że na trzecim filmiku z dziewczynką oprawcą mógł być sam Grzegorz O. (niestety - ofiara i oprawca byli zamaskowani, a policja nie wiedziała jak O. wygląda bez ubrań).

W całych oględzinach ani razu nie pada nazwisko dziewczynki, o które M.K. pytał się każdego z trzech przesłuchanych świadków.

Jeśli było ono zapisane na komputerze czy na telefonach księdza – odnotowanie tego faktu uznane zostanie za zbędne.

M.K. kończy oględziny nie oglądając materiałów pedofilskich do końca.

Nie da się przypisać księdza do materiałów pedofilskich z parafii

"Ilość filmów, ich treść i drastyczność przedstawiająca gwałt na małoletnich oraz różne nazewnictwo plików, uniemożliwiają dokładne policzenie znajdujących się filmów, które się nie powtarzają", uzasadnia M.K. porzucając kolejną krytyczną czynności – tym razem taką, za którą sądzony będzie człowiek.

Policjant doda, że "wśród filmów o charakterze pedofilskim znajdują się również zdjęcia o charakterze pedofilskim, a także zwykłe zdjęcia przedstawiające dzieci podczas np. wycieczek szkolnych oraz zajęć pozalekcyjnych".

Czy na materiałach z seksualnym wykorzystywaniem dzieci znajdowały się te uwiecznione na wycieczkach i zajęciach? Tego aspirant lubińskiej policji wiedzieć nie może, bowiem liczba filmików z gwałtami na małoletnich była zbyt duża żeby obejrzał je wszystkie. Zresztą nie wiadomo, czy biegły je wszystkie tam zamieścił.

Policjant oczywiście nie mógł wiedzieć, czy na materiałach z opinii biegłego, nie znajdował się nagrany na handlu dzieckiem ksiądz – oprócz tego, że nie obejrzał udostępnionych przez biegłego materiałów do końca, to nie wiedział jak Grzegorz O. wygląda nago, co było szczególnie istotne przy co najmniej jednym bestialskim nagraniu z otyłym mężczyzną w masce i dziewczynką.

Mimo to dochodzeniowiec pisze: "brak możliwości przypisania osoby Grzegorza O. w przeglądanych treściach pornograficznych z udziałem małoletnich".

Jest 28 grudnia godz. 22:30.
 

>>> Część 1. cyklu "Co się stało z dziewczynką z Domu Zakonnego w Lubinie. Został po niej tylko głos na nagraniu
KLIKNIJ TUTAJ

>>> Część 2. cyklu "Co się stało z dziewczynką z Domu Zakonnego w Lubinie. Został po niej tylko głos na nagraniu 
KLIKNIJ TUTAJ

>>> Część 3. cyklu "Co się stało z dziewczynką z Domu Zakonnego w Lubinie. Został po niej tylko głos na nagraniu 
KLIKNIJ TUTAJ

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
Wybór Redakcji