Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Kamiński o nuklearnym parasolu Macrona: „Mieliśmy już kiedyś francuskie gwarancje i nie wypaliło”
Damian  Popilowski
Damian Popilowski 04.03.2026 15:55

Kamiński o nuklearnym parasolu Macrona: „Mieliśmy już kiedyś francuskie gwarancje i nie wypaliło”

Kamiński o nuklearnym parasolu Macrona: „Mieliśmy już kiedyś francuskie gwarancje i nie wypaliło”
Krystian Kamiński, fot. EastNews

Na początku marca prezydent Francji Emmanuel Macron zadeklarował rozbudowę francuskiego arsenału jądrowego i zaprezentował nową koncepcję europejskiego parasola nuklearnego. Propozycja ta zakłada m.in. możliwość czasowego stacjonowania francuskich myśliwców zdolnych do przenoszenia głowic atomowych w krajach sojuszniczych, w tym w Polsce. W odpowiedzi na te deklaracje powraca fundamentalne pytanie o to, czy Warszawa powinna opierać swoje bezpieczeństwo na cudzych arsenałach. Były poseł Konfederacji, Krystian Kamiński, zastanowił się nad tym w rozmowie z naszym portalem.

  • Własny arsenał jądrowy stanowi jedyną niezależną i wiarygodną gwarancję przetrwania państwa w erze rywalizacji mocarstw
  • Udział w programach typu Nuclear Sharing nie daje Polsce prawa ostatecznej decyzyjności o użyciu broni
  • Przyjęcie francuskich gwarancji nuklearnych niesie ryzyko ochłodzenia relacji z Waszyngtonem, bez uzyskania realnej autonomii obronnej

Wielobiegunowy świat wymaga własnego potencjału odstraszania

Dyskusja o nuklearnym statusie Polski przybrała na sile w ostatnich latach, w dużej mierze za sprawą deklaracji prezydenta Andrzeja Dudy, który w 2024 roku wielokrotnie wyrażał gotowość do włączenia naszego kraju w amerykański program współdzielenia taktycznej broni jądrowej. Równolegle, obecna ofensywa dyplomatyczna Emmanuela Macrona otwiera przed Europą nową ścieżkę – budowę systemu odstraszania opartego na francuskiej doktrynie obronnej, w której to jednak Paryż zachowuje wyłączne prawo do ostatecznej decyzji. To stawia Polskę przed strategicznym dylematem: czy wciąż szukać osłony u sojuszników, czy dążyć do całkowitej samodzielności.

Odnosząc się do konieczności radykalnej zmiany polskiej doktryny bezpieczeństwa, polityk powiązany z Konfederacją, Krystian Kamiński, wskazuje, że proces ten wymaga otwartej komunikacji ze społeczeństwem i zagranicznymi partnerami. 

- Na początku powinniśmy w ogóle zacząć to artykułować i prowadzić debatę - podkreśla. 

Zwraca też uwagę, że długofalowych i strategicznych programów zbrojeniowych nie da się zrealizować poza wzrokiem opinii publicznej i wywiadów państw obcych.

Rozwój własnego programu jądrowego to proces rozpisany na dekady, wymagający ogromnych nakładów finansowych, zaplecza badawczego i technologicznego. Mimo to, zdaniem byłego posła, transparentność intencji Polski jest w tej materii kluczowa. 

- W polityce międzynarodowej nie jest tak, że możemy robić coś po cichu i nagle ogłosić, że już to mamy. Powinniśmy więc jasno komunikować, że rozpoczynamy proces dążenia do posiadania broni i że bezwzględnie musimy podążać w tym kierunku - precyzuje Kamiński.

Zasadność takich bezkompromisowych dążeń wynika bezpośrednio z ewolucji globalnego układu sił. Przejście od dominacji Stanów Zjednoczonych do układu, w którym swoje interesy siłowo forsują rywalizujące bloki, wymusza na państwach średniej wielkości rewizję polityki obronnej. Kamiński diagnozuje ten stan następująco: 

- Widzimy, jak obecnie wygląda ten wielobiegunowy świat i nowy podział w ramach koncertu mocarstw. W tej sytuacji jedyną gwarancją naszego bezpieczeństwa byłoby posiadanie własnej broni.

Francuski parasol to iluzja decyzyjności

W odpowiedzi na pytania o to, czy wejście pod francuski parasol nuklearny zaryzykuje ochłodzenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi oraz czy w godzinie próby Paryż zaryzykuje zniszczenie własnego państwa w obronie Warszawy, Kamiński wprost odnosi się do realnych konsekwencji dyplomatycznych i strukturalnych tego pomysłu: „Na pewno tak. To jest też taki Nuclear Sharing, prawda?”. Jak zauważa, architektura takiego sojuszu – niezależnie czy dysponentem głowic jest Waszyngton, czy Paryż – opiera się jedynie na udostępnianiu terytorium i platform przenoszenia.

W koncepcji tzw. odstraszania wysuniętego (ang. forward deterrence), przedstawionej przez prezydenta Macrona, wybrane europejskie państwa mogłyby brać udział w ćwiczeniach, jednak ostateczna kontrola nad arsenałem pozostaje we Francji. Polski polityk stanowczo weryfikuje ten model pomocy: 

- Byłaby to francuska broń, której nie moglibyśmy używać bez względu na to, co Francja zdecyduje.

Brak kontroli nad ostateczną decyzją uderzeniową nakazuje spojrzeć na propozycje francuskie przez pryzmat historycznych doświadczeń II Rzeczpospolitej. Przedwojenne traktaty sojusznicze nie uchroniły Polski przed agresją, a brak realnej ofensywy na froncie zachodnim we wrześniu 1939 roku pozostaje trwałym elementem polskiej pamięci strategicznej. Kamiński odwołuje się do tego faktu niezwykle dobitnie: 

- W ciągu ostatnich stu lat mieliśmy już francuskie gwarancje i, że tak powiem, nie wypaliło.

Konkluzja płynąca z tych trudnych doświadczeń nie pozostawia miejsca na naiwną wiarę w bezwzględną niezawodność paktów politycznych. Budowa suwerennych zdolności obronnych staje się w tej optyce jedyną racjonalną drogą dla państwa graniczącego z rejonem aktywnego konfliktu. 

- Jeśli czegoś nauczyliśmy się z historii, to powinniśmy wiedzieć, że musimy liczyć przede wszystkim na siebie – zaznacza były parlamentarzysta.

Różnica definicji zagrożenia i drobne incydenty

Kluczowym problemem w umowach obronnych między mocarstwem nuklearnym a państwem frontowym jest określenie progu reakcji zbrojnej. O ile mocarstwa mogą kalkulować ryzyko globalnej wojny przez pryzmat skali ataku przeciwnika, o tyle dla państwa bezpośrednio zaatakowanego każda interwencja sił lądowych wroga jest krytyczna. Do takiej wyraźnej asymetrii interesów odnosi się Kamiński, podważając wiarygodność zagranicznego parasola: 

- Gwarancje francuskie mogą się niestety okazać niewystarczające, bo Francuzi nie będą ryzykowali, jeśli dojdzie na przykład – jak to swojego czasu w kontekście Ukrainy określił prezydent Biden – do jakiegoś minor incursion, czyli drobnych incydentów. (Prezydent USA Joe Biden użył głośnego sformułowania "minor incursion" w styczniu 2022 roku, tuż przed rosyjską inwazją, co wywołało w Kijowie ogromną konsternację).

Dla zachodnich państw dysponujących tzw. głębią strategiczną, przesunięcie frontu o kilka lub kilkadziesiąt kilometrów na wschodzie Europy może stanowić wyłącznie element taktyczny, niewart ryzykowania odpowiedzią nuklearną na własne miasta. Z perspektywy Warszawy, taki rozwój wydarzeń oznacza jednak utratę kontroli nad polskimi terytoriami. 

- A dla nas może to być już bardzo istotne, bo przekroczona zostanie nasza granica państwowa - kontynuuje swój wywód rozmówca.

Ten brak symetrii w ocenie egzystencjalnego ryzyka sprawia, że cudze gwarancje nigdy nie zastąpią samodzielnego potencjału i własnego systemu wczesnego reagowania. Świadomość, że ostateczny głos należy do obcych stolic – Paryża czy Waszyngtonu – z natury rzeczy osłabia siłę odstraszania w oczach potencjalnego agresora z Moskwy. 

- W związku z tym, jeśli chcemy być bezpieczni, musimy mieć własną broń - stanowczo podsumowuje Krystian Kamiński.

Dyskusja o europejskim parasolu ochronnym obnaża zatem fundamentalny problem braku spójności interesów narodowych poszczególnych państw w skrajnych scenariuszach wojennych. Ograniczenia wynikające z obecnego systemu oznaczają, że Warszawa zawsze będzie pozbawiona sprawczości w najważniejszym momencie. Komentarz Kamińskiego spina tę kwestię jednoznaczną klamrą: 

- Nie możemy liczyć na to, że inne państwo zapewni nam bezpieczeństwo, a program Nuclear Sharing polega koniec końców na tym, że to ktoś inny decyduje o użyciu tej broni, a nie my.

Źródło: Goniec.pl

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji