Ten błąd popełniamy od początku wojny. Analityk ostrzega przed czarnym scenariuszem
Wojna za naszą wschodnią granicą odarła politykę z ze złudzeń i obnażyła brutalne różnice w mentalności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Podczas gdy Kijów uprawia agresywną, niemal imperialną dyplomację wymuszoną walką o biologiczne przetrwanie, Warszawa wciąż tkwi w okopach uległości i naiwnego romantyzmu. Jako analityk muszę powiedzieć to wprost: jeśli nie przestaniemy opierać naszej strategii na emocjach i bezkrytycznym poleganiu na Waszyngtonie, zapłacimy za to najwyższą cenę.
- Ukraiński imperializm z konieczności: Kijów gra va banque, wykorzystując historyczną pamięć do twardego wymuszania wsparcia.
- Polski syndrom klienta: Warszawa bezkrytycznie ufa Ameryce, mylnie traktując zakupy sprzętu jako twardą gwarancję obrony.
- Koniec altruizmu w geopolityce: Bez chłodnej transakcyjności i stawiania warunków polska polityka zagraniczna poniesie fiasko.
Imperialne myślenie z nożem na gardle
Początek rosyjskiej agresji był sprawdzianem, w którym ukraińskie elity wykazały się zdumiewającą determinacją. Muszę przyznać, że sam nie doszacowałem tej odporności. O ile byłem pod dużym wrażeniem tego, jak elity ukraińskie były w stanie ustać i jak Wołodymyr Zełenski był w stanie wejść w buty męża stanu, o tyle dziś obserwuję, jak ta woli przetrwania przekształca się w specyficzny styl dyplomacji.
Gdy Kijów głośno domaga się wsparcia, na Zachodzie często zarzuca się mu brak ogłady. Mówi się wręcz pejoratywnie, że to sowieckość myślenia. Nie wiem jednak, czy powinno być to określenie negatywne – to jest po prostu część myślenia imperialnego, zakorzenionego w pamięci o pozycji Kijowa w dawnym systemie. Ta bezkompromisowość wynika z prostej przyczyny: Ukraińcy mają nóż na gardle i muszą grać ostro. Taka postawa bywa jednak ślepa. Stałe mówienie o członkostwie w NATO przez Ukrainę było w mojej ocenie absurdem i dowodem na to, że mimo doraźnej sprawności, ukraińskiej polityce brakuje wyrafinowania taktycznego.
Syndrom klienta i ucieczka od rzeczywistości
Na tym tle polska klasa polityczna wypada wyjątkowo blado. Zamiast budować własną podmiotowość, Polska absolutnie widzi siebie – być może nie przyznając się do tego szczerze – jako klienta Stanów Zjednoczonych. Słuchając naszych wojskowych i polityków, odnoszę wrażenie, że przyjęliśmy postawę wyuczonej bezradności: znamy swoje miejsce w szeregu, jesteśmy za nie wdzięczni i będziemy go bronić.
To niebezpieczna ułuda. Kupowanie amerykańskiego sprzętu nie jest równoznaczne z umową sojuszniczą zawierającą automatyczne gwarancje militarne. Przeświadczenie, że Waszyngton ruszy nam na ratunek w każdych warunkach, ignoruje fakt, że Stany Zjednoczone nie są obecnie w stanie skutecznie prowadzić projekcji siły nawet wobec państw znacznie słabszych niż Rosja. Mimo to polscy decydenci wolą usypiać społeczeństwo fantasmagorycznymi wizjami. A przecież jeśli chcesz mieć poważne państwo w ramach demokracji, musisz rozmawiać z ludźmi w sposób dojrzały i przedstawiać im realne ryzyka.
Czas na transakcyjną do bólu politykę
Największym grzechem polskiej polityki po 2022 roku było oparcie relacji z sąsiadem na aksjomatach moralnych i naiwnym oczekiwaniu na bezinteresowną wdzięczność. W geopolityce altruizm jest cechą niszczycielską. Stawianie polityki na gruncie moralnym i takich uniesień kończy się absolutną katastrofą. O ile wolno było tak zareagować społeczeństwu, o tyle w przypadku państwa jest to po prostu zbrodnia.
Po ustabilizowaniu sytuacji na froncie Warszawa powinna była gwałtownie skorygować swój kurs. Należało ułożyć te relacje do bólu transakcyjnie, rozumiejąc, że Ukraińcy – jeśli przegrają – po prostu umrą. Kijów potrzebował i nadal potrzebuje polskiego zaplecza egzystencjalnie. Każdy czołg, każda decyzja logistyczna czy otwarcie rynku powinny mieć swoją konkretną, mierzalną cenę negocjacyjną – od spraw rolnych po historyczne. Unikanie tego starcia doprowadziło do sytuacji, w której polski wysiłek uznano za psi obowiązek.
Ukraińska asertywność vs. polskie kompleksy: Ukraina działa z pozycji dawnego ośrodka imperialnego, wymuszając pomoc twardą postawą, podczas gdy Polska dobrowolnie przyjmuje rolę uległego "państwa klienckiego" Waszyngtonu.
Naiwność "polityki moralnej": Opieranie relacji międzynarodowych na bezinteresownym altruizmie zamiast na twardej transakcyjności ("coś za coś") jest błędem strategicznym, który osłabia pozycję negocjacyjną Polski.
Iluzja zakupów zbrojeniowych: Wielomiliardowe kontrakty na sprzęt z USA nie gwarantują automatycznie zbrojnej interwencji sojusznika w razie konfliktu, a wiara w bezwzględny prymat militarny Waszyngtonu jest niebezpiecznym mitem.
Brak komunikacji o ryzyku: Ukrywanie przed społeczeństwem czarnych scenariuszy i braku planów alternatywnych grozi katastrofą strategiczną w przypadku załamania obecnego układu sił.