„Autorytetu prezesa nie ma”. Dominika Długosz o buncie w PiS i końcu dawnego Kaczyńskiego
Jarosław Kaczyński postawił politykom PiS ultimatum: mają opuścić stowarzyszenia prowadzące działalność polityczną albo liczyć się z usunięciem z partii. Mateusz Morawiecki nie chce rezygnować z własnego zaplecza. Zdaniem Dominiki Długosz otwarty bunt byłego premiera pokazuje, że w PiS wydarzyło się coś jeszcze niedawno niewyobrażalnego. — Autorytet prezesa nie istnieje — stwierdziła w rozmowie z Gońcem.
Ultimatum Kaczyńskiego. Ostateczne starcie frakcji w PiS?
Jeszcze kilka lat temu jedno zdanie Jarosława Kaczyńskiego wystarczało, żeby zakończyć każdy wewnętrzny spór w Prawie i Sprawiedliwości. Politycy mogli walczyć między sobą, budować nieformalne grupy i zabiegać o wpływy, ale ostateczna decyzja prezesa pozostawała niepodważalna.
Dziś po tym mechanizmie nie ma śladu.
— Autorytet prezesa? Nie ma. Przepadł — oceniła Dominika Długosz w rozmowie z Wojciechem Mulikiem w Gońcu.
Dziennikarka zwróciła uwagę, że Jarosław Kaczyński postawił na szali własną pozycję, żądając likwidacji politycznych stowarzyszeń działających wokół najważniejszych polityków PiS. Problem polega na tym, że środowisko Mateusza Morawieckiego nie zamierza bezwarunkowo wykonać polecenia.
Władze PiS zdecydowały, że członkowie ugrupowania mają opuścić organizacje prowadzące działalność polityczną. Uchwała dotyczy przede wszystkim stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego oraz inicjatywy Po Pierwsze Polska Jacka Sasina.
Politycy mają złożyć stosowne oświadczenia do czwartku 23 lipca. Odmowa może uruchomić procedurę usunięcia z partii.
Jacek Sasin zapowiedział podporządkowanie się decyzji władz ugrupowania. Morawiecki przyjął inną strategię. Były premier deklaruje jednocześnie, że chce pozostać w PiS i nadal rozwijać Rozwój Plus.
To właśnie ta postawa stawia Kaczyńskiego w niezwykle trudnym położeniu. Ustępstwo oznaczałoby, że ultimatum prezesa nie ma realnej mocy. Wyrzucenie Morawieckiego mogłoby natomiast doprowadzić do największego rozłamu na prawicy od lat.
— Jeśli prezes ustąpi, to po prostu będzie znaczyło, że jego słowo nic nie znaczy — mówiła Długosz.
„Dawny Kaczyński wyrzuciłby Morawieckiego natychmiast”
Zdaniem dziennikarki jeszcze kilka lat temu Kaczyński nie prowadziłby z Morawieckim długich negocjacji. Każde demonstracyjne nieposłuszeństwo kończyłoby się błyskawiczną polityczną egzekucją.
— Dawny Jarosław Kaczyński wyrzuciłby Mateusza Morawieckiego natychmiast. W ogóle by z nim nie gadał — oceniła Długosz.

Według niej obecna ostrożność prezesa nie wynika z chęci budowania kompromisu, lecz ze słabości. Kaczyński wie, że były premier dysponuje własnym zapleczem parlamentarnym, kontaktami w strukturach oraz politykami, którzy swoją przyszłość wiążą właśnie z nim.
Wokół Morawieckiego może skupiać się nawet kilkudziesięciu parlamentarzystów. Jednocześnie w jego obozie pojawiają się pierwsze pęknięcia, a część polityków próbuje indywidualnie porozumiewać się z kierownictwem PiS.
To jednak nie zmienia zasadniczego problemu: Morawiecki jako pierwszy wpływowy polityk PiS publicznie pokazał, że polecenie prezesa można negocjować.
Długosz oceniła, że były premier początkowo chciał przygotować się do przejęcia partii po Jarosławie Kaczyńskim. Z czasem miał jednak zrozumieć, że prezes nigdy dobrowolnie nie namaści go na następcę.
— Morawiecki chciał być na kursie przejęcia PiS, a jest na kursie do wyjścia z PiS, skoro nie może go przejąć — stwierdziła.
Dwa płuca Jarosława Kaczyńskiego
Konflikt Kaczyńskiego z Morawieckim nie jest wyłącznie walką dwóch polityków o władzę. To także spór o przyszły kształt całej polskiej prawicy.
Kaczyński uważa, że PiS musi przesuwać się w stronę bardziej radykalnych haseł, aby zatrzymać wyborców Konfederacji. Morawiecki chce przedstawiać partię jako nowoczesną, europejską chadecję, zdolną przyciągnąć ludzi zmęczonych zarówno Donaldem Tuskiem, jak i ideologiczną ofensywą skrajnej prawicy. Tych postaw nie da się pogodzić.
Najważniejszym pytaniem pozostaje moment ewentualnego rozłamu. Morawiecki nie musi być zainteresowany natychmiastowym opuszczeniem PiS. Nowa partia uruchomiona zbyt wcześnie mogłaby stracić efekt świeżości, zostać zmuszona do przedstawienia szczegółowego programu i przez wiele miesięcy znajdować się pod ostrzałem konkurentów.
Z drugiej strony Kaczyński także nie może czekać bez końca. Im więcej czasu Morawiecki dostanie na rozbudowę własnych struktur, tym trudniej będzie usunąć go z partii bez poważnych strat.
— Jarosław Kaczyński doskonale wie, że teraz może wypchnąć Morawieckiego i jeszcze swoją partię jakoś posklejać. Za pół roku może być za późno — oceniła Długosz.
Ultimatum miało przywrócić dyscyplinę i pokazać, że w PiS wciąż istnieje jedno centrum dowodzenia. Na razie przyniosło efekt odwrotny. Ujawniło wszystkie podziały, zmusiło polityków do opowiedzenia się po jednej ze stron i pokazało, że Jarosław Kaczyński nie jest już w stanie zakończyć konfliktu jednym uderzeniem pięści w stół.
Najbliższe dni zdecydują, czy prezes odzyska kontrolę, czy też jego ultimatum stanie się symbolicznym początkiem końca PiS w dotychczasowym kształcie.