Cień Epsteina nad Białym Domem. Czy ta sprawa pogrąży Trumpa? [KOMENTARZ]
Donald Trump wrócił do Białego Domu, ale przeszłość nie zamierza dać mu spokoju. Akta Jeffreya Epsteina znów wychodzą na światło dzienne, a wraz z nimi tajemnice najpotężniejszych ludzi świata i… kolejne pytania o ich bezkarność.
"Lubi bardzo młode kobiety"
Afera Jeffreya Epsteina nie jest już tylko historią o pedofilu z prywatnym odrzutowcem. To opowieść o systemie władzy, który przez lata tolerował zło, dopóki było opłacalne, dyskretne i dobrze zakonserwowane w luksusowych rezydencjach. W tym sensie powrót Donalda Trumpa do Białego Domu odbywa się w cieniu niezałatwionej sprawy, która – nawet jeśli nie skończy się aktem oskarżenia – pozostanie moralnym oskarżeniem całej epoki.
Trump nie jest w tej historii wyjątkiem. Jest raczej figurą modelową: człowiekiem, który poruszał się swobodnie w świecie Epsteina, znał go, chwalił, bywał w tych samych miejscach i nie zadawał pytań, których zadawanie psułoby zabawę. Jego słowa sprzed lat, że Epstein to „świetny facet”, który „lubi bardzo młode kobiety”, dziś brzmią jak cytat z aktu oskarżenia kultury elit, a nie jak niewinny towarzyski żart.
"Wszyscy tam byli" – znana strategia
Strategia Trumpa jest przewidywalna i zarazem skuteczna. Gdy pojawiają się nowe dokumenty, zdjęcia czy relacje świadków, odpowiada kontratakiem: pozywa media, krzyczy o fałszywkach, a jednocześnie domaga się pełnego ujawnienia akt. To ruch obliczony na rozmycie odpowiedzialności. Skoro „wszyscy tam byli”, skoro w kalendarzach i listach pasażerów przewijają się nazwiska Clintonów, brytyjskiej arystokracji i miliarderów z Doliny Krzemowej, to nikt nie jest winny bardziej niż inni.
To nie obrona niewinności, lecz taktyka relatywizacji. Trump gra na zmęczeniu opinii publicznej skandalami i na przekonaniu, że skoro system jest zgniły, to indywidualna wina traci znaczenie. W tej narracji nie ma już ofiar i sprawców – są tylko frakcje walczące o władzę.
Państwo nie chroni ofiar
Najgroźniejsze w tej historii nie jest jednak to, czy Trump osobiście popełnił przestępstwo, lecz to, jak bardzo afera Epsteina obnaża bezradność – a może niechęć – instytucji państwa wobec ludzi władzy i pieniędzy. Ugoda z 2007 roku, niszczenie dowodów, wynoszone komputery, prywatne sieci komunikacyjne – to wszystko pokazuje, że system przez lata działał nie po to, by chronić ofiary, lecz by minimalizować straty wizerunkowe możnych.
Dopiero presja mediów i opinii publicznej wymusiła pęknięcia w murze milczenia. Ale nawet dziś cena za prawdę jest wysoka, a odpowiedzialność – rozmyta. To lekcja gorzka nie tylko dla Ameryki, lecz dla wszystkich demokracji, które lubią wierzyć, że „u nich to by nie przeszło”.
Moralność kontra paragrafy
Trump doskonale rozumie, że jego elektorat nie oczekuje od niego moralnej nieskazitelności. Oczekuje wojny z „elitami”, nawet jeśli sam jest ich produktem. Dlatego w narracji MAGA afera Epsteina staje się kolejnym dowodem na spisek,, a nie pytaniem o granice odpowiedzialności. To paradoks naszych czasów: im więcej kompromitujących faktów, tym silniejsza lojalność zwolenników, bo fakty są reinterpretowane jako atak.
Pozostaje więc pytanie nie tyle o impeachment, ile o kondycję demokracji. Co mówi o państwie sytuacja, w której prezydent może być latami łączony z jednym z największych skandali seksualnych w historii, a konsekwencje są co najwyżej wizerunkowe? Nawet jeśli Donald Trump nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności prawnej, cień Epsteina nie zniknie. Jak toksyczny wyciek będzie sączył się przez całą jego kadencję – przypominając, że prawda, choć spóźniona, nigdy nie znika całkiem.
Źródło: Goniec