75 milionów dolarów za fasadę. Czy „Melania” to dokument, czy najdroższa ucieczka od prawdy?
Jest rok 2026. Do kin wchodzi film, który miał być ostatecznym portretem jednej z najbardziej zagadkowych kobiet światowej polityki. Zamiast tego dostajemy perfekcyjnie wyreżyserowaną, 75-milionową wydmuszkę – opowieść, która więcej mówi o pieniądzach i kontroli niż o samej Melanii Trump. Co pierwsza dama próbuje przed nami ukryć?
Melania Trump bohaterką filmu za 75 mln dolarów
Siedząc w kinie w środowe popołudnie, w towarzystwie zaledwie pięciu innych osób, zastanawiałam się nad jednym: gdzie podziało się te 75 milionów dolarów? To kwota, która w świecie dokumentu brzmi jak abstrakcja. Dla porównania – filmy o Michelle Obamie czy Ruth Bader Ginsburg miały budżety marketingowe liczone w kilku, a nie kilkudziesięciu milionach.
Film „Melania”, wyprodukowany m.in. przez firmę bezpośrednio związaną z byłą (i – jak sugerują sondaże – być może znów przyszłą) pierwszą damą, miał pokazać prawdę. Tymczasem pokazuje zaledwie 20 dni z jej życia przed drugą inauguracją Donalda Trumpa. To obraz sterylny, wyprany z emocji i obsesyjnie kontrolowany. Widzimy przymiarki, dyplomatyczną choreografię i perfekcyjne stylizacje, ale nie widzimy człowieka.
Jeśli ktoś liczył na psychologiczne wejście w głowę dziewczyny z bloku wschodniego, która trafiła do Białego Domu, srogo się przeliczył.

Dziewczyna z Sevnicy i mit awansu
Aby zrozumieć ten film – i to, czego w nim zabrakło – trzeba cofnąć się tam, gdzie kamery dokumentalistów nie dotarły: do jugosłowiańskiej Sevnicy. Melania Knavs nie była jednak „Kopciuszkiem zza żelaznej kurtyny”, jak lubią to malować amerykańskie media. Wychowała się w rodzinie zamożnej jak na tamte realia; jej ojciec należał do partii, co otwierało drzwi do wyjazdów na Zachód i życia na poziomie niedostępnym dla większości.
Już wtedy, jako nastolatka, była raczej obserwatorką niż liderką. Z relacji szkolnych wyłania się obraz osoby zdyscyplinowanej, cichej i pedantycznej, unikającej konfliktów. Ten schemat przeniosła w dorosłość. Modeling był dla niej ucieczką, ale – wbrew legendom o światowej supermodelce – jej kariera była solidna, choć niewybitna. Przełom nastąpił dopiero w 1996 roku, gdy trafiła do Nowego Jorku.
Tam, w świecie, gdzie moda mieszała się z patologią elit finansowych, Melania wyrobiła sobie pancerz. Kiedy w 1998 roku w Kit Kat Club poznała Donalda Trumpa, nie rzuciła mu się na szyję. Odmówiła podania numeru telefonu, każąc mu zabiegać o jej uwagę. To była gra. Od początku ich relacja przypominała raczej chłodną transakcję opartą na kontroli i pozycji niż romans stulecia.
Cień Epsteina
Najbardziej niepokojący w kontekście nowego filmu nie jest jednak jego scenariusz, lecz to, co dzieje się w tle. Czy to przypadek, że premiera zbiega się z ujawnieniem kolejnych akt dotyczących Jeffreya Epsteina? Od lat krąży wersja, że to właśnie ten skompromitowany finansista mógł zapoznać Melanię z Donaldem Trumpem. Nie ma na to twardych dowodów, a Trump publicznie odcinał się od Epsteina, jednak ich wspólne zdjęcia z lat 90. i nagrania z Mar-a-Lago regularnie wracają w medialnych archiwach.
Dodatkowe pytania budzi osoba reżysera, Bretta Ratnera, który sam znalazł się w ogniu krytyki po publikacji zdjęć przedstawiających go w towarzystwie Epsteina. Czy 75-milionowa produkcja jest więc tylko kosztowną kampanią wizerunkową, mającą przykryć niewygodne pytania o przeszłość? Krytycy sugerują, że takie projekty mogą służyć odwracaniu uwagi opinii publicznej od mroczniejszych powiązań otoczenia Trumpa.
„I really don’t care”
Melania Trump przez lata wypracowała model funkcjonowania, który w filmie doprowadzono do absurdu: minimum słów, maksimum wizerunku. Ale pęknięcia w tej fasadzie widzieliśmy już wcześniej. Słynna kurtka z napisem „I really don’t care, do u?” założona w drodze do ośrodka dla dzieci migrantów stała się symbolem politycznej obojętności.
Były też taśmy jej dawnej przyjaciółki, Stephanie Winston Wolkoff, na których Melania z irytacją pytała, „kto w ogóle przejmuje się świątecznymi dekoracjami” w Białym Domu, narzekając jednocześnie na krytykę mediów.
To właśnie te momenty – nieobecne w filmie – pokazują bardziej złożony portret: kobiety sfrustrowanej, cynicznej, ale i w pełni świadomej swojej roli. Melania nie jest wyłącznie bierną figurą w politycznej grze. Potrafiła monetyzować swoją pozycję – czy to poprzez nieudane linie kosmetyków, czy kontrowersyjne projekty NFT, które krytycy nazywali celebryckimi tokenami bez realnej wartości. Nawet za wywiady promujące jej książkę miała – według medialnych doniesień – oczekiwać astronomicznych kwot.
Złota klatka czy twierdza?
Film kończy się tak, jak się zaczyna – obrazem perfekcji. Ale jest to perfekcja pusta. Melania Trump jawi się w nim nie jako żywa osoba, lecz jako wizualny symbol statusu i władzy. Krytycy zmiażdżyli produkcję, przyznając jej jedne z najniższych ocen sezonu, podczas gdy zwolennicy Trumpa widzą w niej dzieło godne Oscara. To kolejny rozdział wojny narracji, w której prawda bywa tylko narzędziem.
Wyszłam z kina z poczuciem zmarnowanego potencjału. Historia dziewczyny z Sevnicy, która weszła na szczyt nowojorskich elit i została pierwszą damą, to materiał na thriller psychologiczny. Zamiast tego dostaliśmy luksusową reklamówkę.
Melania Trump po raz kolejny postawiła mur. Zapłaciliśmy 75 milionów dolarów, by go podziwiać – ale wciąż nie wiemy, kto tak naprawdę za nim stoi.
Źródło: Goniec, “Melania”