Od „Ucha Prezesa” do konfesjonału. Robert Górski w szczerej rozmowie z Gońcem
Robert Górski nie lubi przesady. Ani w kabarecie, ani w polityce, ani w życiu. Lider Kabaretu Moralnego Niepokoju i twórca „Ucha Prezesa” w rozmowie z Gońcem opowiada o tym, że żart bywa tarczą przed smutkiem, dlaczego w domu rodzinnym unika tematów politycznych i co sprawiło, że po dwóch dekadach znów uklęknął przy konfesjonale. Mówi też o samotności liderów, ambiwalentnych uczuciach wobec Andrzeja Dudy i o lęku przed sztuczną inteligencją.
Humor jako autoterapia
Satyryk – wbrew stereotypowi wiecznie roześmianego błazna – często pracuje na granicy smutku. Robert Górski nie ucieka od tej diagnozy. Przyznaje, że kiedy przychodzą gorsze momenty, chowa się w pracy. A że jego praca polega na wymyślaniu żartów, to właśnie tam próbuje przepracować emocje.
– Zawsze w takich momentach, kiedy było mi źle lub ciężko, poświęcałem się pracy. Akurat ta praca tak się składa, że to jest kabaret, więc wymyślałem sobie jakieś żarty, jakieś skecze, próbowałem to wyrzucić z siebie, przelewając na papier – mówi Gońcowi.
Górski opowiada, że nawet bezsenne noce potrafią być twórcze. Wena przychodzi znienacka i nie pozwala zasnąć. Wtedy zapisuje pomysły, w obawie, że uciekną.
Nie wszyscy jednak widzą w tym wyłącznie twórczą dyscyplinę. Jego żona, psycholożka, podsuwa czasem myśl, że humor bywa mechanizmem obronnym. On sam nie zaprzecza. Przyjmuje to jako część swojej konstrukcji. Żart staje się autoterapią – i dla niego, i dla widzów.
„Nie przesadzam”. O normalności i krytyce
Górski nie ukrywa, że czyta komentarze w internecie, choć podchodzi do nich z dystansem.
– W komentarzach ludzie piszą rzeczy od Sasa do lasa, można się nimi przejmować, można się nie przejmować, no istotne jest to, czy potem przyjdą na ten biletowany występ. Jeśli przychodzą, to znaczy, że po co coś zmieniać, skoro to działa – mówi.
Za jeden z najpiękniejszych komplementów uważa słowa Teresy Lipowskiej, które usłyszał podczas jubileuszu „M jak miłość”.
– Podszedłem do pani Teresy Lipowskiej, żeby jej złożyć gratulacje, a ona powiedziała: „O Boże, to pan, kocham pana, czy co najmniej lubię pana, bo pan nie przesadza”. I tak mi się to spodobało. Mam wrażenie, że ja właśnie nie przesadzam, że to jest ta normalność – wspomina.
Normalność jego zdaniem to unikanie skrajności. Także w sporach o język. Jak mówi, nie jest zwolennikiem feminatywów.
– Rozumiem, że jest architekt, ale już „architektka” na przykład, ostatnio znalazłem takie słowo gdzieś w prasie, no brzmi strasznie. (…) Pewnie nie będzie powszechnie używane, bo język potrzebuje uproszczeń. Ale wiele słów się przyjmie. Brzmią strasznie na początku, a potem się z nimi pogodzimy – ocenia w rozmowie z Gońcem.
Rodzice i telewizor włączony bez przerwy
Najbardziej osobisty ton rozmowa przybiera, gdy Górski mówi o rodzicach. W ich domu telewizor gra niemal bez przerwy. Informacje, komentarze, paski grozy. Świat oglądany przez ekran staje się światem realnym – pełnym zagrożeń.
– Moi rodzice żyją wyłącznie polityką, tam jest non stop włączony telewizor, więc wiem, co to potrafi robić z ludźmi. Prowadzi ich do jakiegoś zgorzknienia i takiego poczucia, że świat składa się wyłącznie ze złodziei, oszustów i ludzi, którzy chcą ich okraść – mówi Gońcowi.
Jak mówi, nie walczy z tym na siłę. To on kupił im nowy telewizor, by mogli oglądać swoje ulubione stacje, w tym Republikę. Uznał, że w pewnym wieku zmiana przyzwyczajeń bywa bardziej bolesna niż sama treść przekazu.
Dlatego, jak tłumaczy, podczas wizyt unika polityki.
„Ucho Prezesa” i ludzka twarz władzy
„Ucho Prezesa” stało się jednym z najważniejszych politycznych komentarzy ostatnich lat. Serial, który wyśmiewał mechanizmy władzy, paradoksalnie ocieplał wizerunki bohaterów.
– Spotkałem się z Donaldem Tuskiem osobiście i spytałem o recepcję tego posiedzenia. On mówi, że zebrali się w kilka osób, żeby zastanowić się, czy to im pomaga, czy przeszkadza, i wszyscy gremialnie uznali, że działa to na ich plus. To znaczy, że przedstawia ich jako postaci z krwi i kości, obdarzone wadami, ale też dobrymi cechami – relacjonuje Górski.
Satyra nie czyniła z polityków demonów. Raczej zdejmowała z nich patos. Pokazywała samotność lidera, który – jak mówi Górski – wyeliminował konkurencję i został sam na szczycie.
W przypadku Andrzeja Dudy emocje były bardziej złożone.
– Moje uczucia do niego są ambiwalentne. Raz mi go było szkoda, raz byłem na niego bardzo zły. Moja sympatia falowała od Sasa do lasa. Często postrzegałem go jako ofiarę, który został wywindowany do takiej pozycji, nie mając do tego przygotowania – przyznaje.
Napisał nawet scenariusz filmu, w którym prezydent odzyskuje sprawczość.
– Fabuła polegała na tym, że on zawłaszczony przez prezesa, przez ojca dyrektora, koniec końców uwalnia się z tej zależności, zdobywa podmiotowość wobec nich i wobec własnej rodziny, no i odzyskuje miłość żony – opowiada.
Projekt nie doczekał się realizacji.
Spowiedź po 20 latach
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest powrót do konfesjonału po dwóch dekadach przerwy. Górski nie kryje, że spowiedź zawsze była dla niego doświadczeniem trudnym.
– Chciałem oddzielić swoje dotychczasowe życie i trochę zresetować to, co robiłem do tej pory. (…) Zawsze to było dla mnie traumatyczne przeżycie. Nie jestem człowiekiem Kościoła, ale cieszę się, że jest kościół i że można tam pójść w chwili potrzeby – mówi.
Impulsem była nowa miłość i planowany ślub. Chciał wejść w związek z czystą kartą. Zerwać z dawnymi nawykami, uporządkować sprawy.
– Byłem tak zdeterminowany, żeby przestawić życie na nowe tory, że po jakimś graniu następnego dnia obudziłem się i pojechałem rowerem do kościoła. Nie krążyłem wokół z myślą, czy wejść, czy nie wejść. Po prostu momentami bywam naprawdę odważny – wspomina.
To była decyzja bardziej egzystencjalna niż religijna. Gest zamknięcia rozdziału.
Lęk przed algorytmem
Na końcu rozmowy pojawia się temat, który dziś wraca w wielu środowiskach twórczych – sztuczna inteligencja. Górski przyznaje, że jeszcze nie korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT do pisania skeczy. I trochę się tego boi.
– Bałbym się tam zajrzeć, bo być może by mnie to wciągnęło i jakoś zdruzgotało to, że robiłem przez lata coś, co można zrobić w sekundę, wpisując dane do komputera – mówi.
Nie chodzi tylko o technikę. Raczej o pytanie, co stanie się z poczuciem autentyczności. Jeśli żart, piosenka czy scenariusz mogą powstać w kilka sekund, gdzie kończy się ludzki wysiłek, a zaczyna algorytm? - zastanawia się.
Źródło: Goniec