Były śledczy o wyjściu "Łomiarza": W przypadku recydywistów zew przestępczy wygrywa
W latach dziewięćdziesiątych jego pseudonim wywoływał w stolicy przerażenie, a brutalne napady na kobiety na zawsze zapisały się w annałach polskiej kryminalistyki. Henryk R., mroczny Łomiarz, po kolejnej odsiadce wyszedł niedawno na wolność. Choć system zaoferował mu terapię i dozór elektroniczny, śledczy z dawnej grupy operacyjnej nie mają złudzeń. Czy państwo jest gotowe na konfrontację z seryjnym recydywistą?
Kryptonim Amnezja i terror lat dziewięćdziesiątych
W latach 1992–1993 na ulicach Śródmieścia i Mokotowa padł blady strach. Sprawca atakował znienacka, uderzając kobiety w tył głowy ciężką rurką lub wygiętą sprężyną. Cel był jasny, chodziło o damską torebkę i szybki zarobek. Prokuratura przypisała mu ostatecznie dwadzieścia dziewięć napadów, z czego aż pięć zaatakowanych kobiet zmarło w wyniku odniesionych obrażeń.
– Sprawa miała kryptonim Amnezja, bo uderzane z zaskoczenia ofiary często traciły pamięć i nie potrafiły przekazać nam żadnych wskazówek – wspomina w “Gońcu Kryminalnym” Marek Dyjasz, ówczesny śledczy Komendy Stołecznej Policji. – Utrudnieniem był też fakt, że sprawca dokonywał tych czynów, przebywając na przepustkach z zakładu karnego. Przyjeżdżał, atakował i posłusznie wracał za kraty.
Początkowo organy ścigania nie łączyły spraw w jedną serię. Na początku transformacji ustrojowej zuchwała przestępczość pospolita była zjawiskiem powszechnym, a miasto nie dysponowało jeszcze odpowiednią siecią monitoringu. Dopiero z czasem powołano specjalną grupę śledczą i skierowano na stołeczne ulice wzmocnione patrole prewencji.
Wyrok pełen kontrowersji
Przełom nastąpił we wrześniu 1993 roku na Mokotowie. Po kolejnym ataku Henryk R. nie uciekł w panice, lecz ze zrabowanymi pieniędzmi wszedł do pobliskiego sklepu po jedzenie. Został ujęty dzięki natychmiastowej reakcji świadków i przejeżdżających patroli. Choć śledczy zebrali niesamowicie bogaty materiał procesowy, w dużej mierze opierał się on na poszlakach. Proces wywołał powszechne oburzenie społeczne, kończąc się prawomocnym skazaniem sprawcy na zaledwie piętnaście lat więzienia wyłącznie za te rozboje, które bezspornie mu udowodniono.
– Gdyby obowiązywały przepisy nowego kodeksu z 1997 roku, Henryk R. z pewnością dostałby dożywocie – ocenia Dyjasz. – Wtedy musieliśmy opierać się na dawnych, przestarzałych przepisach. Prokurator nie chciał iść do sądu z niepełnym materiałem dowodowym odnośnie zabójstw, bo przy tak zręcznym przestępcy mogłoby się to skończyć całkowitym uniewinnieniem i prawnym patem – mówi Gońcowi.
Resocjalizacja notorycznego recydywisty
Brak surowej kary izolacyjnej przyniósł opłakane skutki. Henryk R. opuścił mury więzienia w 2008 roku i niemal od razu z brutalną siłą zaatakował kobietę w Piasecznie. Dzięki błyskawicznej reakcji lokalnej policji błyskawicznie wrócił do celi. Kolejne zwolnienie latem 2016 roku przyniosło następny krwawy napad i kolejny, dziesięcioletni wyrok pozbawienia wolności. 28 kwietnia tego roku, po odbyciu kary, sprawca ponownie wszedł w społeczeństwo jako wolny człowiek.
– System penitencjarny nie naprawi kogoś, kto jest notorycznym przestępcą i ma zbrodnię wpisaną w swój sposób na życie – podkreśla w rozmowie z Gońcem Marek Dyjasz. – Zawodowy przestępca uczy się na błędach. Jeśli raz wpadł przez własną nieostrożność, przy kolejnym uderzeniu będzie znacznie trudniejszym przeciwnikiem dla organów ścigania. Ci, którzy złapali bakcyla szybkiego zysku kosztem cudzego cierpienia, niezwykle rzadko z tego rezygnują.
Nowe czasy i stare zagrożenia
Dzisiejsza Warszawa – jak zauważa rozmówca Gońca – różni się diametralnie od tej sprzed trzech dekad. Wszechobecne kamery monitoringu miejskiego, zaawansowana analityka logowań stacji przekaźnikowych czy narodowe bazy DNA dają współczesnej policji gigantyczną przewagę. Na Henryka R. czeka teraz elektroniczna opaska dozorująca przemieszczanie oraz nałożony przez sąd bezwzględny nakaz stawiania się na terapię kontroli agresji. Czy to wystarczy, by ochronić puste ulice przed człowiekiem, który z zimną krwią deklarował niechęć do kobiet?
– Trzeba mieć tego delikwenta pod bardzo ścisłą kontrolą kuratorów i policji – ostrzega wieloletni oficer śledczy. – Obym się mocno mylił, lecz w przypadku wielokrotnych recydywistów zew przestępczy często okazuje się decydujący i powrót na złą drogę jest bardzo prawdopodobny.
Historia warszawskiego Łomiarza to ponura lekcja dla całego wymiaru sprawiedliwości. To opowieść o czasach, w których prawne procedury nie nadążały za okrucieństwem, i o państwie, które po raz kolejny musi podjąć ogromne ryzyko konfrontacji z niebezpiecznym recydywistą. Pozostaje mieć nadzieję, że nowoczesne procedury operacyjne i bezkompromisowa determinacja służb ostatecznie uchronią obywateli przed widmem krwawej przeszłości.
Źródło: Goniec