Eksperci: Krytyczne błędy na starcie śledztwa. Dlaczego Iwona Wieczorek „rozpłynęła się we mgle”?
Zaginięcie 19-letniej Iwony Wieczorek od 16 lat pozostaje jedną z najbardziej mrocznych zagadek polskiej kryminalistyki. Brak przełomu w tej sprawie nie jest jednak wynikiem geniuszu sprawcy, lecz serii fatalnych zaniedbań w kluczowych godzinach po jej zniknięciu. Zlekceważenie pierwszego zgłoszenia i rutyna organów ścigania pozwoliły mordercy na skuteczne zatarcie śladów. Kulisy tych tragicznych błędów w wywiadzie przeprowadzonym na łamach portalu Goniec.pl bezlitośnie punktują wybitni specjaliści – były naczelnik Wydziału Zabójstw KGP insp. Marek Dyjasz oraz były oficer operacyjny Jarosław Pieczonka.
Złudna rutyna i bezpowrotnie utracone 48 godzin
Kluczowym błędem w śledztwie, które do dziś paraliżuje działania krakowskiego Archiwum X, była początkowa zwłoka policjantów z Komendy Miejskiej Policji w Sopocie. Funkcjonariusze wstępnie uznali nieobecność nastolatki za dobrowolne oddalenie się od domu. Założono, że młoda dziewczyna, porwana wakacyjną atmosferą nadmorskiego kurortu, po prostu przedłużyła sobie imprezę. Polskie procedury obowiązujące w 2010 roku względem osób dorosłych nie wymuszały natychmiastowej reakcji, co okazało się brzemienne w skutkach.
– Powodem tego, że wciąż nie wiemy, co stało się z Iwoną Wieczorek, była niestety zwłoka policjantów z Sopotu, którzy wstępnie potraktowali jej nieobecność w domu jako dobrowolne oddalenie się – wskazuje w rozmowie z Gońcem insp. Marek Dyjasz. – Daliśmy sprawcy działać przez czterdzieści osiem godzin, a nawet więcej. Zyskał czas, by w sposób tak dla niego doskonały ukryć zwłoki, że do dziś nie wiemy, gdzie one są.
To właśnie te pierwsze doby sprawiły, że bezcenny czas procesowy przepadł, a fizyczne ślady kryminalistyczne na trasie nadmorskiego przemarszu 19-latki uległy całkowitemu zatarciu.
Krok przed policją. Kto zabezpieczył kluczowe dowody?
Szokujący jest fakt, że to wcale nie oficjalne organy ścigania, a prywatna inicjatywa uchroniła najważniejsze do dziś poszlaki w sprawie. Goście portalu Goniec.pl zwracają uwagę, że nagrania z trójmiejskiego monitoringu – jedyny wizualny ślad ostatniej drogi zaginionej – jako pierwszy pozyskał i zabezpieczył Krzysztof Rutkowski. Gdyby nie błyskawiczna interwencja jego biura detektywistycznego, kluczowe dowody w postaci nagrań ukazujących słynnego mężczyznę z ręcznikiem czy przejeżdżającego białego fiata cinquecento, uległyby zniszczeniu.
– Gdyby nie Rutkowski, nie mielibyśmy dziś tych nagrań z monitoringu. On je zabezpieczył. Policjanci z Sopotu nie wpadli na ten pomysł. Jeszcze dzień, dwa i te dyski po prostu by się nadgrały, a my nawet byśmy nie wiedzieli o białym fiacie – zauważa w programie “Debata Gońca” bez ogródek Marek Dyjasz, dobitnie punktując drastyczne braki w początkowej koordynacji działań operacyjnych.
Brak „corpus delicti” i zablokowana droga do prawdy
Obecnie największą barierą dla śledczych jest brak ciała ofiary, czyli dowodu rzeczowego określanego w kryminalistyce jako corpus delicti. Pozbycie się zwłok w tętniącym życiem, gęsto zaludnionym pasie Trójmiasta to ogromne wyzwanie logistyczne. Bierność mundurowych w pierwszych dobach po zniknięciu dziewczyny zagwarantowała sprawcy niemal pełną swobodę operacyjną, zdejmując z niego presję obławy czy kontroli drogowych.
– Ciało dorosłego człowieka po zgonie to spory ciężar. To nie jest walizka, którą weźmiemy w jedną rękę i po prostu przeniesiemy z punktu A do punktu B – na łamach Goniec.pl tłumaczy brutalne Jarosław Pieczonka, wieloletni oficer operacyjny.
Brak szybkiego przeczesywania terenu i blokad zamienił potencjalnie rozwiązywalną sprawę kryminalną w widmo, które od szesnastu lat kładzie się cieniem na reputacji polskiej policji. Bez ciała i twardych dowodów z miejsca zbrodni śledztwo utknęło w martwym punkcie.
– Wartość dowodowa i procesowa zabezpieczonych śladów kryminalistycznych jest dziś w zasadzie zerowa. Dziewczyna po prostu rozpłynęła się we mgle – gorzko puentuje Marek Dyjasz.
Źródło: Goniec