Wiemy, dlaczego Morawiecki i Nawrocki pojechali na Węgry. Prof. Biskup zdradza kulisy
Prezydent Karol Nawrocki oraz były premier Mateusz Morawiecki odwiedzili w ostatnich dniach Węgry, co natychmiast wywołało falę oburzenia wśród przedstawicieli rządu. W tle oficjalnych dyplomatycznych gestów pojawiają się oskarżenia o polityczne wspieranie Viktora Orbána – lidera traktowanego w Europie jako czołowy sojusznik Władimira Putina – zaledwie kilkanaście dni przed decydującymi, kwietniowymi wyborami parlamentarnymi nad Dunajem. Mamy w tej sprawie komentarz politologa Bartłomieja Biskupa.
- Czołowi liderzy koalicji rządzącej ostro skrytykowali bezpośrednie rozmowy z Viktorem Orbánem, zarzucając Prawu i Sprawiedliwości i powiązanemu z nim obozowi działanie wbrew polskiej racji stanu na rzecz polityka sprzyjającego reżimowi w Moskwie
- Profesor Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego uważa oskarżenia o prorosyjskość w tym przypadku za pozbawione sensu narzędzie walki politycznej, podkreślając konieczność rozróżnienia relacji ze społeczeństwem węgierskim od stosunku do samego rządu w Budapeszcie
- Ekspert dowodzi, że dążenie do pełnej izolacji międzynarodowej Węgier poprzez zrywanie wszelkich kontaktów stanowić może geostrategiczny błąd na niepewną przyszłość
Rocznica historyczna w cieniu węgierskiej kampanii wyborczej
Obecność polskich polityków szczebla centralnego na Węgrzech zbiega się z finiszem kampanii politycznej. Były premier Mateusz Morawiecki wziął udział w konserwatywnej konferencji CPAC w Budapeszcie, z kolei prezydent Karol Nawrocki spotkał się w poniedziałek, 23 marca, z prezydentem Węgier Tamasem Sulyokiem i premierem Viktorem Orbánem. Bezpośrednim pretekstem dla państwowej wizyty były doroczne obchody Dnia Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, rozpoczęte symbolicznie przez obie głowy państw w Przemyślu.
Na krajowej scenie politycznej podjęte działania dyplomatyczne wywołały stanowczy opór i oskarżenia. Głosy potępienia pod adresem prezydenta popłynęły bezpośrednio ze strony przedstawicieli Rady Ministrów:
- premier Donald Tusk zarzucił delegacji brak poszanowania państwowych rekomendacji oraz narażenie na szwank polskiego interesu narodowego,
- rzecznik rządu Adam Szłapka stwierdził w przestrzeni medialnej, że budowanie tła wizualnego dla węgierskiego lidera to dyplomatyczny "wstyd",
- minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński na antenie RMF FM zdefiniował wprost premiera z ramienia partii Fidesz mianem "pieszczocha Putina".
Naukowiec i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, analizując zjawisko publicznego linczu wokół marcowych wizyt, zwraca uwagę na nieproporcjonalnie wyolbrzymiony wymiar sporu politycznego.
— Szczerze mówiąc, nie jestem aż tak zdziwiony tym wszystkim. Uważam, że robi się wokół tego trochę zbytniej histerii. Do mnie przemawia przede wszystkim argument o rocznicy, która zawsze była upamiętniana — komentuje sytuację profesor Bartłomiej Biskup.
Realizm dyplomatyczny a relacje z autokratą
Bezpośrednie negocjacje w cztery oczy pomiędzy polskim prezydentem a Viktorem Orbánem trwały około godziny i odbyły się bez dostępu przedstawicieli prasy. Owa blokada informacyjna stanowiła kolejny oręż dla krytyków, uznających takie spotkania za swoiste koło ratunkowe dla węgierskiego premiera tuż przed wyborami planowanymi na 12 kwietnia, w momencie bezprecedensowego ochłodzenia stosunków Węgier ze strukturami Unii Europejskiej.
Zdaniem eksperta budowanie zagranicznej strategii powinno oddzielać oficjalne gesty uszanowania wieloletniej państwowej tradycji od faktycznej akceptacji prokremlowskich działań tamtejszego autokraty. Badacz z Uniwersytetu Warszawskiego wprost stawia granice rozsądnej dyplomacji.
— Nie jest to nic dziwnego, ponieważ pojawia się pytanie, jak w ogóle prowadzić dyplomację wobec Węgier. Mamy Viktora Orbána, ale mamy też społeczeństwo węgierskie. Czy wszystkie gesty powinny być zablokowane i zakazane? Czy jednak relacje w jakimś stopniu powinny być utrzymywane, na przykład podczas spotkań rocznicowych? Pamiętajmy, że Karol Nawrocki nie spotkał się z Władimirem Putinem, tylko głównie z prezydentem Węgier, a jedynie przez chwilę z premierem Orbánem — argumentuje profesor Biskup.
W perspektywie trudnych relacji rządu w Budapeszcie na arenie wspólnotowej, badacz rekomenduje chłodne, analityczne podejście nakierowane na podtrzymanie pragmatycznej osi współpracy z południowym sąsiadem bloku.
— Wiadomo, to nie jest dzisiaj zbyt komfortowa sytuacja. Nie jest jednak tak, że powinniśmy zamknąć wszystkie kanały komunikacji z Węgrami — puentuje politolog.
Zarzuty o prorosyjskość w arsenale polskiej prawicy i lewicy
Historycznie, za kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy, elity w Warszawie i Budapeszcie ściśle kolaborowały, tworząc skuteczny sojusz przeciwdziałający europejskiej centralizacji. Otwarty konflikt w Ukrainie gwałtownie przerwał ideologiczne porozumienie przez skrajnie odmienne reakcje na agresję Federacji Rosyjskiej. Jednak mimo jasnych deklaracji ze strony polskich konserwatystów, oponenci nadal usiłują przypinać im łatkę sojuszników obozu prorosyjskiego.
— Od polityków PiS słyszałem raczej potępienie obecnej polityki Węgier i ich relacji z Rosją, z wyjątkiem kilku osób. Taka prorosyjska polityka nie leży w interesie Prawa i Sprawiedliwości. Kiedyś łączyły ich z Węgrami rozbudowane relacje na poziomie politycznym. Wiadomo, że PiS będzie oskarżany o prorosyjskość, co dzisiaj moim zdaniem jest absolutnym absurdem — kontruje wprost profesor Bartłomiej Biskup.
W opinii naukowca używanie zarzutów o reprezentowanie interesów wschodniego dyktatora stało się w polskim parlamencie najtańszym środkiem dyskredytacji opozycji, rzadko mającym twarde oparcie w dowodach. Marcowe spotkania dyplomatów miały natomiast zgoła odmienne od ideologicznych podłoże taktyczne, oparte o perspektywę wahań geopolitycznych.
— Obecnie politycy w Polsce nawzajem oskarżają się o prorosyjskość – może z wyjątkiem pewnych środowisk, jak Konfederacja Grzegorza Brauna. Trudno powiedzieć, dlaczego takie oskarżenia padają akurat teraz. Być może chodziło po prostu o podtrzymanie kanałów komunikacji, kanałów dyplomatycznych. One muszą istnieć, ponieważ nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość — podsumowuje analityk Uniwersytetu Warszawskiego.
Źródło: Goniec.pl