Polskie okręty będą bronić interesów USA? Prof. Mickiewicz nie pozostawia złudzeń
Wypowiedź byłego szefa Biura Polityki Międzynarodowej, Marcina Przydacza, o konieczności wsparcia amerykańskich operacji morskich przez sojuszników wywołała dyskusję o rzeczywistych granicach polskich interesów. Komentarza w tej sprawie udzielił nam prof. Piotr Mickiewicz, politolog, były oficer Marynarki Wojennej.
- Bezpieczeństwo surowcowe Polski jest bezpośrednio i trwale uzależnione od międzynarodowego systemu ochrony żeglugi
- Krytyczne braki sprzętowe w Marynarce Wojennej RP wykluczają obecnie samodzielny lub znaczny udział w dalekich misjach oceanicznych
- Ewentualne wsparcie zbrojnych operacji morskich na Bliskim Wschodzie wymaga mandatu NATO, a bezwarunkowe angażowanie się w działania poza oenzetowskimi ramami prawa międzynarodowego stanowiłoby błąd strategiczny
Globalne łańcuchy dostaw a racja stanu
Przeorientowanie polskiej polityki importowej po odcięciu dostaw z kierunku wschodniego sprawiło, że transport dalekomorski stał się gwarantem ciągłości funkcjonowania państwa. Stabilność gospodarki opiera się dziś na niezakłóconym transporcie strategicznych surowców z odległych rynków, co wymaga stabilności na najważniejszych światowych akwenach.
W tym kontekście kluczowa staje się ocena miejsca państwa w globalnej architekturze bezpieczeństwa, co diagnozuje profesor Piotr Mickiewicz:
- Odpowiedź na to pytanie jest złożona, bo przede wszystkim my z powodów strategicznych, czyli charakteru i specyfiki dostaw surowców energetycznych, powinniśmy funkcjonować w międzynarodowym systemie ochrony żeglugi. Jesteśmy importerem m.in. z Kataru, z Mozambiku, węgla na przykład z Australii, a ropę bierzemy także z Ameryki. W związku z tym ten system kontroli żeglugi leży w naszym interesie i powinniśmy w nim uczestniczyć.
Utrzymanie płynności tych łańcuchów oznacza, że ewentualne blokady cieśnin lub ataki na statki handlowe na Bliskim Wschodzie natychmiast przekładają się na koszty życia w kraju. Polskie bezpieczeństwo energetyczne zależy w głównej mierze od transportu morskiego, co obejmuje:
- regularne dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) gazowcami z terminali amerykańskich i bliskowschodnich,
- masowy import ropy naftowej realizowany rurociągami i tankowcami obsługiwanymi przez gdański Naftoport,
- logistykę morską węgla kamiennego sprowadzanego statkami z półkuli południowej.
Twarde realia sprzętowe floty RP
Postulat, który sformułował Marcin Przydacz, wskazywał na potrzebę wsparcia działań amerykańskich przez zachodnie państwa dysponujące odpowiednimi flotami w imię zachowania solidarności euroatlantyckiej. Tego rodzaju ambicje dyplomatyczne na szczeblu politycznym muszą być jednak zawsze konfrontowane z rzeczywistym potencjałem operacyjnym sił zbrojnych.
Zdolności ekspedycyjne polskiej floty pozostają drastycznie ograniczone do czasu wejścia do służby nowych okrętów budowanych w ramach programu "Miecznik". Stan faktyczny sprzętu będącego w linii jednoznacznie definiuje fizyczne granice polskiego zaangażowania w misje z dala od wschodniej flanki, co bezlitośnie weryfikuje profesor Mickiewicz:
- Potencjał naszej floty powoduje, że nie możemy uczestniczyć w tego rodzaju działaniach ze względu na to, że nie mamy przeznaczonych do tego okrętów. Mamy raptem dwie jednostki, które mogą tę rolę pełnić. Dlatego też musimy polegać na współpracy międzynarodowej, która zapewni bezpieczeństwo żeglugi, czyli przestrzeganie reżimu prawa morza.
Czerwone linie zaangażowania militarnego
Ewentualne delegowanie okrętów lub personelu wojskowego w rejony zapalne świata wymaga nie tylko zdolności technicznych, ale przede wszystkim nienagannej legitymizacji prawnej na arenie międzynarodowej. Absolutnym priorytetem Wojska Polskiego pozostaje wschodnia flanka NATO, a podejmowanie działań o charakterze ekspedycyjnym musi opierać się na ścisłych procedurach sojuszniczych.
- Jeżeli chodzi o zaangażowanie się w działania w Cieśninie Ormuz, to musimy jednoznacznie powiedzieć tak: jeżeli byłaby to decyzja państw członkowskich NATO podjęta przez Radę Północnoatlantycką, czyli przynajmniej na szczeblu ambasadorów państw członkowskich, to na pewno powinniśmy rozważyć albo wysłanie własnych okrętów, albo finansowe czy organizacyjne wsparcie tej operacji.
Uczestnictwo w doraźnie formowanych koalicjach, bez twardego oparcia w decyzjach kluczowych instytucji międzynarodowych, stanowiłoby dla państwa nieuzasadnione ryzyko. Lojalność wobec głównego gwaranta bezpieczeństwa, jakim są Stany Zjednoczone, nie może oznaczać automatyzmu w dołączaniu do misji bojowych poza Europą. Wyraźną granicę w tej kwestii wyznacza konieczność posiadania mandatu ONZ oraz działanie w ramach struktur Sojuszu, co podsumowuje profesor Mickiewicz:
- W sytuacji, którą pan Przydacz podał, czyli bezwarunkowe poparcie działań militarnych bez mandatu ONZ prowadzonych przez Stany Zjednoczone i Izrael – byłoby to dużym błędem. Nadal to podkreślam, że mimo zawieszenia broni, w sytuacji, w której to nie Sojusz Północnoatlantycki w ramach ochrony reżimu prawa morza będzie prowadził te działania, nie powinniśmy brać udziału w tej operacji.
Źródło: Goniec.pl