Koniec z iluzją bezpieczeństwa. Czy Polska potrzebuje własnej broni jądrowej? Rozmowa z autorem książki "Nasza bomba"
W polskiej debacie publicznej pękło kolejne tabu. Przez lata temat własnej broni jądrowej był spychany do politycznego science fiction: zbyt ryzykowny, zbyt „nieeuropejski”, zbyt wstydliwy, by w ogóle go dotykać. Dziś wraca – nie jako plan budowy tajnego arsenału, lecz jako pytanie o to, co w ogóle znaczy bezpieczeństwo państwa w świecie, który przestaje działać według dawnych reguł.
Impulsem jest rozmowa z Albertem Świdzińskim, autorem książki Nasza bomba, a zarazem rosnące poczucie, że dotychczasowy model polityki zagranicznej – oparty na pewnikach i przyzwyczajeniach – nie daje już oparcia. Ameryka odsuwa Europę na dalszy plan, wojna w Ukrainie ujawniła brutalną prawdę o sile traktatów, a polskie elity reagują na niewygodne pytania odruchem: uciszyć, wyśmiać, zamknąć dyskusję.
Tyle że właśnie w tej ciszy – przekonuje Świdziński – kryje się największe ryzyko.
Koniec amerykańskiej hegemonii i deficyt bezpieczeństwa
„Złota era” była wygodna: Stany Zjednoczone miały militarny nadmiar, Europa mogła korzystać z parasola, a Polska – budować swoją rację stanu na przekonaniu, że gwarancje są stałe. Ten świat się kończy. Waszyngton coraz wyraźniej porządkuje priorytety inaczej: najpierw sprawy wewnętrzne, potem półkula zachodnia, rywalizacja z Chinami – Europa ląduje dalej w kolejce. W praktyce oznacza to jedno: bezpieczeństwo staje się dobrem deficytowym, a nie oczywistym.
– Bezpieczeństwo jest zasobem skończonym. Jeśli dostajemy go więcej od Amerykanów, to Amerykanie mają go mniej – podkreśla Albert Świdziński.
W tej logice prośby o „więcej” nie są kwestią sympatii czy dyplomatycznej chemii. Stała obecność wojsk USA w newralgicznych punktach – choćby w okolicach przesmyku suwalskiego – wiązałaby Amerykanów z konfliktem od pierwszego dnia. A to drastycznie ogranicza ich pole manewru. Dlatego liczenie, że lojalność i bezkonfliktowość „załatwią” Polsce twardsze gwarancje, jest – jak mówi Świdziński – polityczną naiwnością.
– My zawsze byliśmy pierwsi. Pierwsi do polerowania przyjętych norm zachowania. Jak trzeba było zorganizować konferencję w sprawie Iranu, to byliśmy pierwsi. Trzeba było oddać Rubcowa – byliśmy pierwsi – mówi Gońcowi.
Problem w tym, że bycie „pierwszym do usług” nie buduje twardej pozycji negocjacyjnej. A jeśli świat wraca do logiki brutalnych interesów, to polityka oparta na kompleksach i wdzięczności przestaje działać.
Społeczne przebudzenie i psychologia atomowego tabu
Debata wokół Naszej bomby odsłoniła coś jeszcze: głód rozmowy o strategii. To, co dotąd należało do wąskiego kręgu ekspertów, przeniosło się na spotkania autorskie i do internetu. Pytania nie są już ogólnikowe; są konkretne, precyzyjne, często bezlitosne dla politycznych sloganów.
W tle pracuje psychologia. Wojna w Ukrainie podważyła złudzenie, że „to się nie może wydarzyć”. Rozmowa o potencjale nuklearnym stała się dla części społeczeństwa symbolem podmiotowości: próbą wyrwania się z roli państwa, które w globalnym łańcuchu wartości ma tylko skręcać śrubki i liczyć na ochronę silniejszych.
Jednocześnie broń jądrowa zmieniła swój wizerunek. Kiedyś była atrybutem mocarstwowości, technologicznej dojrzałości i niezależności – jak u Francji czy Wielkiej Brytanii. Potem obrosła odium: zaczęto ją kojarzyć z państwami „rozbójniczymi”, nieprzewidywalnymi, wyjętymi spod cywilizacyjnych norm.
– Z atrybutu państw silnych, niezależnych i zaawansowanych technologicznie broń jądrowa stała się atrybutem państw nieprzewidywalnych, rozbójniczych i tak dalej. W Polsce przede wszystkim: nie wypadałoby o tym mówić – mówi Świdziński.
To „nie wypada” przez lata działało jak knebel. Dziś knebel zaczyna pękać.
Elity, które nie chcą rozmawiać
Reakcje części klasy politycznej – w tym szefa MSZ Radosława Sikorskiego, który krytykował samą debatę o broni atomowej jako niespójną i szkodliwą – Świdziński odczytuje jako próbę powrotu do starego porządku: najlepiej nie zadawać pytań, bo odpowiedzi mogą być politycznie kosztowne.
Tyle że ucieczka w milczenie ma swoją cenę. Po pierwsze: blokuje diagnozę sytuacji. Po drugie: tworzy wygodny mechanizm bezkarności.
– Najprościej jest powiedzieć: my będziemy rozmawiać za zamkniętymi drzwiami i o tym nie wolno mówić, ale my się na pewno ich zapytamy. I potem nie ma żadnego punktu odniesienia do oceny skuteczności działań polskich polityków, bo wszystko było w tajemnicy. Nie możemy ocenić. To jest niezwykle wygodna pozycja – mówi Świdziński w rozmowie z Gońcem.
Taka wygoda – przekonuje – bywa w Polsce zabójcza. Iluzja „trwających negocjacji”, mglista wiara w „zapewnienia sojusznicze” i nieustanne opowiadanie obywatelom, że „jesteśmy bezpieczni”, może skończyć się tym, czym w historii kończyły się nasze błędne kalkulacje: strategicznym spóźnieniem.
– Nie możemy utrzymywać, że jesteśmy potężni, wszystko jest dobrze, co prawda nie dostaliśmy ani więcej bezpieczeństwa, ani sami go nie zrobiliśmy, ale poza tym nic się nie zmieniło – dodaje.
Szantaż proliferacyjny i logika twardych negocjacji
Świdziński pokazuje, że bezpieczeństwo w relacjach sojuszniczych buduje się jak w twardej grze, a nie w świecie uprzejmości. Przykładem jest historia RFN z lat 50. Gdy USA rozważały ograniczenie konwencjonalnej obecności w Europie, Zachodnie Niemcy zaczęły sugerować możliwość własnych ambicji nuklearnych. Dla Waszyngtonu była to groźba nie do przyjęcia – i właśnie dlatego zadziałała.
W tej perspektywie publiczne sygnalizowanie „atomowej opcji” nie musi oznaczać natychmiastowego programu zbrojeniowego. Może być narzędziem: próbą poszerzenia pola negocjacji, wyrwania się z roli petenta, który nie ma żadnych kart.
– Jeżeli istnieje droga do poprawienia polskiej sytuacji bezpieczeństwa, to ona nie polega na spolegliwym akceptowaniu tabu, które nie obsługuje naszych interesów – mówi Świdziński.
Nie chodzi więc o romantyczną fantazję o „własnej bombie”, tylko o zimne pytanie: jak sprawić, by inni traktowali polskie interesy serio?
– To się toczyło na płaszczyźnie twardych negocjacji między gangsterami, a nie przyjaciół, którzy tłumaczą, że my się czujemy zagrożeni, może nam pomogą – dodaje.
Prawo międzynarodowe i instynkt przetrwania
Najczęstszy argument przeciw atomowej dyskusji brzmi: traktaty. NPT. Zobowiązania. „Nie wolno”. Tyle że nawet formalnie NPT zawiera klauzulę umożliwiającą wystąpienie z porozumienia. A w sensie politycznym – mówi Świdziński – problem jest głębszy: prawo nie tworzy układu sił. Ono go zapisuje.
– To prawo międzynarodowe po pierwsze jest wynikiem układu sił, a nie tworzy układ sił – mówi.
W praktyce brutalnym dowodem ma być Ukraina: żadne gwarancje, żadne zapisy nie zatrzymały agresji. W świecie, który coraz bardziej przypomina rozpad, prawnicza wiara bywa luksusem.
– Ja nie jestem winny wierności prawu międzynarodowemu. Jestem winny wierność tym, co tutaj ze mną mieszkają na kwadracie. To prawo sobie raz było, a teraz jest inna sytuacja – już nie obowiązuje – mówi Świdziński, opisując logikę, w jakiej myślą państwa w sytuacjach granicznych.
I dodaje obraz, który wraca w jego diagnozie jak refren: pozory ładu jeszcze trwają, ale to już scenografia.
– Na razie prawie nikt nie jest zadowolony. To okres, w którym są tak naprawdę dymiące ruiny, tylko ludzie nie do końca jeszcze są w stanie sobie to przyjąć do wiadomości. Jeszcze są pozory, że on istnieje. Status państw jest negocjowany – mówi.
Fałszywa dychotomia: Bruksela albo Waszyngton
W polskiej polityce, przekonuje Świdziński, dominuje fałszywy wybór: albo mistyczna wiara w obronną moc Unii Europejskiej, albo bezwarunkowe zawierzenie USA. Obie strony sporu łączy to samo założenie: przetrwanie zależy od zewnętrznego patrona.
– Trochę mnie obraża, że jedyną drogą przeżycia Polski – już nie tylko przez ostatnie 30 lat, ale i wcześniej – było zawierzenie swojego bezpieczeństwa zewnętrznemu patronowi. I po raz kolejny to mnie obraża nie tylko dlatego, że jest mało asertywne i mało ambitne, ale przede wszystkim dlatego, że historycznie to przynosiło potworne, błędne kalkulacje – mówi.
W tej opowieści nie ma złudzeń także co do Ameryki. To nie jest moralna instytucja, tylko mocarstwo.
– Docelowym celem Stanów Zjednoczonych nie jest pokój w Europie. Jest nim zapewnienie sobie bezpieczeństwa i maksymalizacja wpływów. Środkiem do tego może, ale nie musi być pokój w Europie – mówi Świdziński.
Co dalej: polityka bez narkozy
W pewnym momencie debata o atomie przestaje być debatą o atomie. Staje się rozmową o granicach polskiej sprawczości: o tym, czy potrafimy budować regionalne sojusze z państwami o podobnym poziomie percepcji zagrożenia, czy umiemy negocjować twardo, czy mamy odwagę mówić społeczeństwu prawdę.
Bo jeśli nie uda się ani „dostać” bezpieczeństwa z zewnątrz, ani zbudować go własnymi siłami, polityka musi przestać udawać.
– Skoro mamy mało bezpieczeństwa, to albo dostaniemy go więcej od kogoś, albo zdobędziemy je sami. A jeżeli nie jesteśmy ani tego, ani tego w stanie zrobić, to po raz kolejny odpowiedzialny polityk musi wyjść i powiedzieć ludziom: próbowałem, nie jestem w stanie. Żeby zapewnić nam bezpieczeństwo, muszę zejść z linii strzału – mówi Świdziński.
W polskiej polityce to brzmi jak herezja. Ale być może to właśnie jest stawką tej rozmowy: czy nadal będziemy żyć w narkozie opowieści o „gwarancjach” i „tajnych rozmowach”, czy spróbujemy – choćby spóźnieni – nauczyć się świata takim, jaki jest. I wreszcie zacząć grać o własne przetrwanie bez udawania, że reguły wciąż są te same.
Cała rozmowa dostępna tutaj: