Największym pomnikiem kardynała Dziwisza będzie jego milczenie [OPINIA]
Kardynał Stanisław Dziwisz przez dziesięciolecia znajdował się najbliżej jednego z najpotężniejszych ludzi świata. Miał dostęp do informacji, dokumentów i osób, które bez jego pośrednictwa nie mogły dotrzeć do Jana Pawła II. Dziś, kiedy niezależny sąd chce zadać mu pytania dotyczące krzywdy człowieka wykorzystywanego w dzieciństwie przez księdza, kardynał prosi, aby więcej go nie wzywać.
Dziwisz ucieka przed prawdą i sprawiedliwością
Czasami rolą dziennikarza jest oddzielenie słów o pokorze, prawdzie i służbie od rzeczywistych działań osoby publicznej. Szczególnie wtedy, gdy jej nazwisko przez lata pojawiało się w najpoważniejszych historiach dotyczących kościelnej władzy, pieniędzy oraz reakcji hierarchów na informacje o krzywdzeniu dzieci.
Dlatego trzeba dziś kolejny raz mówić o kardynale Stanisławie Dziwiszu.
Nie dlatego, że był blisko Jana Pawła II. Dlatego, że swoją publiczną pozycję zbudował właśnie na tej bliskości, a kiedy pojawiają się pytania o konsekwencje władzy, którą wtedy posiadał, zbyt często okazuje się, że niczego nie pamięta, nie otrzymał dokumentów albo nie ma wystarczającej wiedzy.
Przed Sądem Okręgowym w Krakowie toczy się proces wytoczony Archidiecezji Krakowskiej i parafii w Międzybrodziu Bialskim przez Janusza Szymika. Mężczyzna domaga się 20 mln zł zadośćuczynienia za krzywdy związane z wykorzystywaniem go w dzieciństwie przez ówczesnego proboszcza, ks. Jana Wodniaka.
Jednym ze świadków ma być Stanisław Dziwisz. Pełnomocnicy powoda wskazują, że kardynał mógł otrzymywać informacje dotyczące tej sprawy, między innymi od ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.
Kardynał nie pojawił się jednak na dwóch terminach przesłuchania. W piśmie skierowanym do sądu wskazał, że w latach 1978–2004 przebywał w Rzymie i nie posiada wiedzy dotyczącej działalności ks. Wodniaka. Powołał się również na wiek, stan zdrowia oraz zalecenia lekarzy, zgodnie z którymi powinien unikać czynności powodujących stres. Poprosił, aby sąd więcej go nie wzywał.
Przepraszam bardzo, ale uważam tę sytuację za niepoważną.
Nie kwestionuję wieku ani stanu zdrowia kardynała. Nie jestem lekarzem i nie mam podstaw, aby oceniać jego dokumentację medyczną. Ale właśnie dlatego prawo przewiduje możliwość przesłuchania świadka w jego miejscu zamieszkania.
Kardynał Dziwisz nie chce pomóc ofierze kościoła
Stres nie może automatycznie zwalniać osoby publicznej z odpowiedzi na pytania sądu. Szczególnie gdy po drugiej stronie znajduje się człowiek, który przez dziesięciolecia żyje z konsekwencjami krzywdy doznanej jako dziecko.
Janusz Szymik musiał mierzyć się ze stresem, kiedy próbował zainteresować swoją historią kolejne kościelne instytucje. Musiał przeżywać go podczas postępowań, przesłuchań i publicznego opowiadania o najbardziej traumatycznych doświadczeniach swojego życia. Trudno więc zaakceptować sytuację, w której potencjalny stres świadka miałby być ważniejszy od prawa skrzywdzonego człowieka do poznania prawdy.
Uważam, że złożenie zeznań w sądzie - jest moralną odpowiedzialnością Dziwisza.
Strażnik drzwi prowadzących do papieża
Stanisław Dziwisz przez niemal 40 lat był sekretarzem Karola Wojtyły – najpierw jako arcybiskupa krakowskiego, później jako papieża Jana Pawła II.
Nie był jednym z wielu anonimowych urzędników. Był człowiekiem kontrolującym dostęp do papieża. Przez jego sekretariat przechodziły listy, prośby o spotkania, informacje i dokumenty. W końcowym okresie pontyfikatu, gdy stan zdrowia Jana Pawła II coraz bardziej się pogarszał, znaczenie jego najbliższego otoczenia musiało rosnąć.
Nie twierdzę, że sekretarz papieża odpowiada za każdą decyzję podjętą przez Jana Pawła II. Odpowiedzialność za nominacje biskupów i kardynałów ostatecznie spoczywała na papieżu. Nie można jednak jednocześnie budować własnej legendy jako najbliższego powiernika Ojca Świętego, a później przedstawiać się jako człowiek, który przez dziesięciolecia stał obok i prawie niczego nie wiedział.
Bliskość z władzą oznacza nie tylko prestiż. Oznacza również odpowiedzialność.
Człowieka, który przez tyle lat był drugą osobą w kościele - powinno stać na udzielenie pomocy ofierze samego kościoła.