To aż niewiarygodne za co przeprasza rzecznik rządu. Nawet Donald Tusk o tym nie miał pojęcia
Czy zapewnienia płynące z najwyższych szczebli władzy zawsze wytrzymują konfrontację z rzeczywistością? Po głośnej debacie na antenie TVN24 przedstawiciele rządu musieli wydać nietypowe oświadczenie. Sprawa dotyczy losów ważnej placówki medycznej na południu Polski i wiarygodności rządowego przekazu.
- Rząd przyznaje: premier się pomylił
- Ostatni oddział w Bieszczadach
- Dług i deficyt zamiast porodów
- 25 kilometrów to nie to samo co 25 kilometrów
Rząd przyznaje: premier się pomylił
Adam Szłapka, rzecznik rządu, wystąpił z oficjalnym sprostowaniem po wtorkowym posiedzeniu Rady Ministrów, 24 marca 2026 roku. Przyznał, że premier Donald Tusk przekazał nieprawdziwą informację w programie „#BezKitu” w TVN24. Szłapka powiedział wprost:
„Mam bezpośrednie upoważnienie od pana premiera bardzo serdecznie przeprosić za wprowadzenie opinii publicznej w błąd w sprawie związanej z porodówką w Lesku”.
Przeprosiny skierowano także do trójki młodych osób, które zadawały pytania premierowi w studiu. Rzecznik przyznał, że „faktycznie ta porodówka nie funkcjonuje” i zapowiedział większą dbałość o rzetelność informacji. Tak jednoznaczna korekta ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zdarza się niezwykle rzadko.

Ostatni oddział w Bieszczadach
bW programie telewizyjnym premier przekonywał, że porodówka w bieszczadzkim szpitalu „nie jest zamknięta”. Tymczasem rzeczywistość okazała się inna. Oddział ginekologiczno-położniczy zakończył działalność w styczniu 2026 roku, co potwierdziła jego ordynator Iwona Holcman.
Proces wygaszania placówki trwał już od lipca ubiegłego roku, kiedy działalność zawieszono z powodu braków kadrowych. Donald Tusk zapewniał, że jest na bieżąco informowany o sytuacji w szpitalach, a dodatkowym źródłem wiedzy ma być jego synowa, pracująca jako neonatolog. Mimo to ostatni tego typu oddział w regionie przestał przyjmować pacjentki.
Szłapka podkreślał później:
„Nigdy z naszej strony nie było intencji jej zamykania”.
Dług i deficyt zamiast porodów
Za zamknięciem stały twarde liczby. Magdalena Dąbrowska z OZZPiP tłumaczyła, że szpital musiałby co miesiąc dopłacać około 300 tysięcy złotych do utrzymania nierentownej ginekologii.
„Szpital obecnie ma zadłużenie na poziomie 140 milionów" - mówiła.
Rząd wskazuje na samorząd: to rada powiatu leskiego podjęła ostateczną decyzję, a ministerstwo - jak przekonuje Szłapka - było gotowe do współpracy, lecz „żaden oddział nie może funkcjonować wbrew samorządom". Nie wypalił też plan ratunkowy zakładający konsolidację szpitali w Lesku, Sanoku i Ustrzykach Dolnych, który miał dać bieszczadzkiej porodówce drugie życie.
25 kilometrów to nie to samo co 25 kilometrów
Premier Tusk zaprzeczał w studiu, by kobiety z regionu musiały jechać do szpitala 170 kilometrów. Przekonywał, że sieć porodówek w Polsce jest „najgęstsza w Europie" i że problem dostępu po prostu nie istnieje.
Lokalni eksperci widzą to inaczej. Zwracają uwagę na rzecz pozornie oczywistą, ale łatwo pomijaną w statystykach:
„nie można porównywać 25 kilometrów na autostradzie, a 25 kilometrów do pokonania w Bieszczadach".
Rząd zapowiedział, że zadba o to, by „wszystkie informacje docierały na czas". Brzmi jak obietnica lepsiejszego przepływu danych wewnątrz administracji. Dla mieszkanek powiatu leskiego to na razie za mało.