Krzysztof Bosak ogłosił sądowe zwycięstwo nad naszą redakcją. Wyjaśniamy, dlaczego to nieprawda
Wyobraźcie sobie, że ktoś wmawia wam, że wygrał maraton, podczas gdy w rzeczywistości przebiegł jedynie krótką rozgrzewkę przed biegiem. Podobne wrażenie można odnieść, obserwując ostatnie działania Krzysztofa Bosaka na portalu X, gdzie ogłosił on wielki sukces i zwycięstwo nad naszą redakcją. Sęk w tym, że triumfalnie ogłoszony wyrok to wcale nie jest certyfikat prawdomówności, lecz jedynie efekt specyficznej sądowej procedury. Przyjrzyjmy się temu z bliska, bo diabeł – jak to w polityce bywa – tkwi w szczegółach.
Prawny skrót zamiast pełnego procesu
Kiedy czytacie o "wyroku sądu", pewnie wyobrażacie sobie przesłuchania świadków, analizę dokumentów i sędziego badającego dowody. W tym przypadku było inaczej. To, co polityk prezentuje jako wielką wygraną, to zaledwie wyrok w trybie sprostowania prasowego. W polskim systemie prawnym to procedura, w której sąd w ogóle nie bada, kto mówi prawdę, i nie przegląda uczelnianych akt. Sędzia sprawdza wyłącznie wymogi formalne: czy pismo wysłano w odpowiednim terminie, czy ma dopuszczalną długość i czy redakcja je opublikowała.
Wyobraźcie to sobie: gdyby w sprostowaniu napisano, że ktoś nie studiował na Collegium Humanum, bo akurat przebywał na Księżycu, sąd – przy spełnieniu owych wymogów formalnych – i tak mógłby nakazać jego publikację. Taki wyrok daje zainteresowanemu jedynie prawo do zaprezentowania własnej wersji wydarzeń, ale w żadnym stopniu nie oznacza, że sąd uznał ją za obiektywny fakt. To prawny mechanizm, który świetnie wygląda w mediach społecznościowych, ale nie stanowi merytorycznego rozstrzygnięcia sporu.
Zmienne narracje i sztuka uników
Zastanówcie się zresztą sami: dlaczego osoba, która czuje się niesłusznie oskarżona, ucieka przed pytaniami dziennikarzy? Zanim nasz materiał ujrzał światło dzienne, prosiliśmy posła o ustosunkowanie się do gromadzonych dokumentów. Zamiast wyjaśnień, nasza redakcja napotkała na milczenie, nieodebrane telefony, zignorowane maile i uniki na sejmowych korytarzach.
Kiedy sprawa stała się publiczna, narracja polityka zaczęła mocno ewoluować. Początkowo Krzysztof Bosak przekonywał, że jedynie "rozważał" rozpoczęcie tam nauki. Niedługo potem publicznie zapewniał już, że faktycznie studiował, uczestniczył w zajęciach i zaliczał egzaminy, a na dalszą edukację zabrakło mu jedynie czasu. Trudno nie odnieść wrażenia, że tak drastyczna zmiana prezentowanych opinii publicznej wersji to zabieg mający na celu głównie ratowanie własnego wizerunku.
Sprawdzam. Gdzie jest właściwy pozew?
Jeśli polityk uważa, że naruszono jego dobre imię, polskie prawo oferuje do tego bardzo konkretne narzędzie: pełny proces o ochronę dóbr osobistych. To na takiej sali sądowej zeznają świadkowie pod przysięgą, a sąd wnikliwie weryfikuje fakty i zabezpieczone dowody.
Dlaczego więc w tej sprawie wybrano sądową drogę na skróty? Logika podpowiada jasną odpowiedź: w prawdziwym procesie cywilnym nie wystarczy opublikować zrzutu ekranu w sieci, trzeba by się zmierzyć z prokuratorskimi zeznaniami i twardymi ustaleniami dziennikarzy.
Drodzy czytelnicy, nie dajcie się zwieść prawnym iluzjom. My w pełni podtrzymujemy nasze dotychczasowe dziennikarskie ustalenia i wiemy, z jakimi świadkami rozmawialiśmy. Kreowanie wyroku nakazującego publikację sprostowania na definitywny dowód niewinności, oceniamy jako zwykłe wprowadzanie wyborców w błąd.
Z naszej strony zaproszenie do studia na otwartą, merytoryczną debatę w oparciu o dokumenty jest wciąż aktualne. Zapraszamy również na normalną, pełną ścieżkę sądową, jeśli pan poseł chce faktycznie oczyścić swoje imię przed niezawisłym sądem. Piłeczka jest po pańskiej stronie. Czekamy.
Źródło: Goniec