Arłukowicz o aferze w szpitalu: „Jak ktoś kradnie, musi być traktowany jak złodziej”
26 tys. zł za godzinę, setki tysięcy złotych za dzień pracy i publiczny szpital, który miał stać się maszynką do wyciągania pieniędzy. Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Gońcem mówi o kulisach afery w Mogilnie, uderza w polityków PiS i nie zostawia złudzeń: — To jest po prostu kradzież.
Arłukowicz: „Mamy do czynienia z układem politycznym”
Afera szpitala w Mogilnie dotyczy kontraktów lekarzy wykonujących procedury neurochirurgiczne. W przestrzeni publicznej pojawiły się informacje o gigantycznych stawkach: nawet 26 tys. zł za godzinę pracy i ponad 300 tys. zł za jeden dzień.
Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Gońcem przekonuje, że nie chodzi wyłącznie o jednego lekarza i jeden szpital. Według byłego ministra zdrowia sprawa pokazuje dużo szerszy mechanizm: małe szpitale powiatowe, spółki lekarskie, wysokomarżowe procedury, słaby nadzór i publiczne pieniądze, które zamiast służyć pacjentom, mogły trafiać do prywatnych kieszeni.
— To nie jest jedyny przypadek, aczkolwiek myślę, że jest to jeden z bardziej drastycznych przypadków. Tu mamy do czynienia ewidentnie z pewnym układem politycznym — powiedział Arłukowicz w rozmowie z Gońcem.
Europoseł KO zwrócił uwagę, że podobne kontrakty łatwiej było zawierać w mniejszych placówkach.
— Dwóch neurochirurgów operowało w kilku małych szpitalach powiatowych. Zwracam uwagę na to słowo: małych, dlatego że duże pewnie by nigdy na to się nie zgodziły — stwierdził.
„Ktoś ten kontrakt zawarł, ktoś go akceptował”
Arłukowicz nie wierzy w wersję, że tego typu umowy mogły powstać przypadkiem. Jak mówił, za każdym kontraktem stoi cały łańcuch decyzji: od rozmów, przez akceptację, po wypłatę pieniędzy.
— Ktoś ten kontrakt pomógł zawrzeć, ktoś akceptował ten kontrakt, ktoś wypłacał te pieniądze, ktoś się na to godził, ktoś kogoś ze sobą zapoznał, ktoś komuś kogoś przedstawił — wyliczał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, dlaczego sprawa Mogilna może być politycznie tak wybuchowa. Były minister zdrowia sugeruje bowiem, że nie wystarczy sprawdzić samego lekarza. Trzeba ustalić, kto po stronie szpitala i samorządu pozwolił na taki model współpracy.
W rozmowie padło pytanie, czy skoro lekarz określany jako „doktor od 26 tys. zł za godzinę” miał związki z instytucjami państwa z czasów rządów PiS, można mówić o „częściowo aferze PiS”.
Arłukowicz odpowiedział natychmiast.
— Wykreśliłbym z pana wypowiedzi słowo „częściowo” — powiedział.
Według niego polityczne tło tej sprawy jest oczywiste.
— Ten człowiek jest współpracownikiem Morawieckiego od wielu, wielu lat — mówił były minister zdrowia.
Bartosz Arłukowicz o patologiach w służbie zdrowia
Arłukowicz opisał też mechanizm, który jego zdaniem szkodzi publicznej ochronie zdrowia. Chodzi o sytuację, w której ci sami lekarze zarabiają w prywatnych gabinetach lub spółkach szpitalnych, a potem wykonują procedury medyczne za państwowe pieniądze.
— Chciałbym, żebyśmy zakończyli proces około szpitalnych spółek i spółeczek, które czerpią zyski z procedur medycznych i ci sami ludzie za pół godziny, godzinę czy dwie operują tych samych pacjentów na publicznym sprzęcie za publiczne pieniądze — mówił.
Były minister zdrowia zaznaczył, że nie mówi o całym środowisku lekarskim, ale o części systemu, która jego zdaniem wymaga zdecydowanej reakcji.
W jego ocenie publiczny szpital nie może być miejscem transferowania pieniędzy do prywatnych kieszeni. Ma przede wszystkim leczyć pacjentów.
— Jeżeli szpital wydaje na leczenie pacjenta 10 proc. swojego przychodu, to znaczy, że nie leczy pacjenta, tylko jest pewnym rodzajem transferu środków publicznych do kieszeni tych, którzy te usługi wykonują — powiedział.
Limity dla lekarzy? Arłukowicz wskazuje inne rozwiązanie
W rozmowie pojawił się także temat ewentualnych limitów wynagrodzeń lekarzy. Arłukowicz nie odrzucił całkowicie tego pomysłu, ale stwierdził, że prosty limit nakładany na pojedynczego lekarza nie rozwiąże problemu.
— Sam cap jako taki nałożony na poszczególnych lekarzy nie naprawi tej sytuacji. Znajdzie się tysiąc sposobów na obejście tych capów — powiedział.
Jego zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby określenie, jaką część przychodów szpital może przeznaczać na wynagrodzenia. Jeśli placówka wydaje zbyt wielką część budżetu na pensje, powinna liczyć się z konsekwencjami ze strony NFZ.
— Szpitale, które wydają na pensje ponad pewien określony poziom, muszą liczyć się z tym, że utracą kontrakt — mówił Arłukowicz.
To propozycja, która może wywołać ogromny opór środowiska lekarskiego. Były minister zdrowia przyznał, że reformy w ochronie zdrowia zawsze są trudne politycznie, ale jego zdaniem rząd nie może unikać konfliktu, jeśli chodzi o bezpieczeństwo pacjentów.