Koniec polityki ułudy. Dlaczego staliśmy się dla Kijowa chłopcem do bicia?
Wyobraźcie sobie sytuację, w której ratujecie sąsiadowi dom przed pożarem, oddajecie mu własne oszczędności, a on po wszystkim każe wam stać w deszczu i jeszcze okazuje jawne lekceważenie. Tak właśnie, moi drodzy, wygląda dziś polska polityka wschodnia. Od samego wybuchu wojny weszliśmy w relacje z Ukrainą na absolutnej, zgubnej emocji, całkowicie ślepnąc na twarde, materialne interesy naszego państwa. Zamiast chłodnej transakcyjności, nasi decydenci wybrali festiwal melodramatycznych przemówień. Dziś stoimy przed ścianą: pomoc, która miała być najpotężniejszym dyplomatycznym lewarem w historii III RP, stała się zwykłym darmowym biletem. Brak odwagi, by postawić twarde warunki, mści się na nas każdego dnia jawnym dyplomatycznym brakiem szacunku.
Polityka bez faktur i mityczna wdzięczność
Kardynalny błąd popełniliśmy już w 2023 roku. Obserwowaliście to sami – wysyłaliśmy czołgi, przyjmowaliśmy uchodźców, otwieraliśmy granice. I co? I nic. Każda, absolutnie każda kolejna fala wsparcia powinna być bezwzględnie warunkowana i klauzulowana konkretnymi ustępstwami ze strony Kijowa. Zamiast brutalnej, ale jakże naturalnej zasady „coś za coś”, polska polityka zagraniczna uciekła w sferę duchową. Nasi politycy naiwnie uwierzyli w mityczną wdzięczność, zapominając, że w bezwzględnym świecie relacji międzynarodowych takie pojęcie po prostu nie istnieje.
Zamiast zmapować nasze potężne atuty – kontrolę nad logistyką, kluczowy głos w sprawie akcesji do UE, infrastrukturę, finanse – i zacisnąć je w negocjacyjnym imadle, woleliśmy liczyć na oklaski. W efekcie pozwoliliśmy na to, by administracja ukraińska odsyłała nasze państwowe ordery zwykłą paczką kurierską. To nie jest dyplomacja. To jest frajerstwo.
Świat mafijnych rodzin, a nie przedszkole
Zrozumcie jedną podstawową rzecz: relacje międzynarodowe to nie jest piaskownica, w której pani przedszkolanka każe wszystkim podać sobie rączki na zgodę. To jest anarchiczny system, który w swoich mechanizmach łudząco przypomina interakcje zorganizowanych rodzin mafijnych. W tym ekosystemie nie można pozwolić sobie na jawne upokorzenie bez nałożenia realnych kosztów na winowajcę, bo to natychmiast pozycjonuje nas jako słabą ofiarę w oczach całego regionu.
My tymczasem bawimy się w dyplomatyczny cyrk oburzenia o „blaszki”, podczas gdy prawdziwym problemem jest nasz strach przed uderzeniem tam, gdzie partnera to realnie zaboli – w interesy gospodarcze i logistyczne. Kijów wygenerował asertywne, wręcz agresywne przywództwo, które z determinacją wyrywa dla siebie, co się da. A my? Wciąż rozglądamy się po sali, szukając geopolitycznego "tatusia" w Waszyngtonie czy Brukseli, zamiast oprzeć siłę o własny potencjał.
Syndrom sieroty na salonach w Hamptons
Z drugiej strony Ukraińcy, i to trzeba powiedzieć głośno, popełniają właśnie tragiczny w skutkach błąd strategiczny. Totalnie przeceniają swoją rolę dla świata. Wyobraźcie sobie sierotę z ulicy, która z litości została zaproszona przez elity "old money" do luksusowej rezydencji w Hamptons. Zjadła ciepły posiłek, posiedziała w skórzanym fotelu i nagle, w oparach absurdu, uznała, że jest równa gospodarzom. Ukraińcy nabrali groźnego dla nich samych przekonania, że są absolutnie niezbędną tarczą, chroniącą Zachód przed upadkiem. Zejdźmy na ziemię: to obiektywna nieprawda. Zamożna Europa potrafiłaby przetrwać, ustabilizować się i ostatecznie cynicznie dobić targu z Rosją bez nich.
Jeśli natychmiast nie obudzimy się z tego romantycznego letargu, zostaniemy na lodzie. Na naszych oczach wykuwa się nowy układ na linii Europa-Rosja-Azja. Myślicie, że w berlińskich czy paryskich ministerstwach kogokolwiek obejdzie nasza moralna racja w kwestii Wołynia? Dla niemieckiego czy francuskiego przemysłu nasze historyczne krzywdy są warte okrągłe zero. Koniec z polityką wzdychania. Czas zacząć wystawiać twarde rachunki, bo w przeciwnym razie, w nowym globalnym kontrakcie, znów będziemy wyłącznie darmową pozycją w cudzym menu.
Źródło: Goniec