Zoopsycholożka o imprezie techno w Wilanowie: "Ekologiczny analfabetyzm". Zginęły ptaki?
W sobotę, 9 maja 2026 roku, na terenie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie odbyła się impreza muzyki elektronicznej Circoloco Warsaw. Wydarzenie to wywołało natychmiastowe oburzenie opinii publicznej ze względu na wpływ potężnego hałasu na zlokalizowany tuż obok Rezerwat Przyrody Morysin w kluczowym momencie okresu lęgowego. Skomentowała to w rozmowie z naszym portalem zoopsycholożka Daria Siemion.
- Festiwal techno zorganizowany tuż obok rezerwatu przyrody spotkał się z bezwzględnym potępieniem ze strony przyrodników, wykazujących bezpośredni, destrukcyjny wpływ nocnego hałasu na żywy ekosystem
- Organizatorzy z firmy Awake Events oraz dyrektor muzeum Paweł Jaskanis bronili decyzji o organizacji wydarzenia, argumentując, że zastosowano głośniki kierunkowe, a impreza odbyła się na podstawie decyzji Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków
- Zoopsycholożka Daria Siemion obala te tłumaczenia, wskazując na śmiertelne zagrożenie dla ptaków i małych ssaków oraz całkowite zignorowanie polskiego prawa chroniącego lęgi
Oddział neonatologiczny pod obstrzałem decybeli
W weekendową noc tereny przyległe do zabytkowego pałacu stały się miejscem masowej imprezy, która zgromadziła tłumy uczestników. Promotorzy z firmy Awake Events reklamowali wydarzenie jako polską Ibizę. Tymczasem tuż obok tętniącego głośną muzyką dziedzińca toczyło się dramatyczne życie dzikich zwierząt.
Przypomnijmy, że organizacji wydarzenia z tego powodu sprzeciwiała się m.in. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Podobnie według zoopsycholożki Darii Siemion, wybór tego miejsca i terminu stanowi rażący przykład ignorowania fundamentalnych praw natury.
- Należy nazwać rzeczy po imieniu: organizacja festiwalu techno o skali polskiej Ibizy w maju, zaledwie krok od Rezerwatu Przyrody Morysin, to nie był błąd w planowaniu czy niefortunny zbieg okoliczności, a raczej przejaw skrajnej arogancji, ekologicznego analfabetyzmu i zwykłego wandalizmu, przede wszystkim jednak – chęci zysku.
Miesiące wiosenne to najbardziej newralgiczny czas dla polskiej fauny. Jak wskazuje badaczka, lokalny ekosystem działa obecnie w trybie maksymalnego natężenia procesów rozrodczych, a gwałtowne wtargnięcie w tę przestrzeń niesie za sobą katastrofalne skutki dla wielu gatunków ptaków.
- Maj w polskiej przyrodzie to absolutny szczyt sezonu lęgowego. Rezerwat Morysin o tej porze roku to nic innego jak wielki oddział neonatologiczny dla ptaków (sów, dzięciołów, rzadkich traczy) i małych ssaków. Zorganizowanie w tym miejscu wielogodzinnej, nocnej imprezy masowej z potężnym nagłośnieniem może być odpowiednikiem wrzucenia granatów hukowych na oddział noworodkowy.

Prawa fizyki a tłumaczenia organizatorów
W odpowiedzi na społeczne oburzenie, dyrektor Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, Paweł Jaskanis, wydał oświadczenie przepraszające za niedogodności, tłumacząc jednocześnie, że firma zewnętrzna uzyskała wszystkie wymagane zgody, w tym z urzędu Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Z kolei przedstawiciele organizatorów bronili się w mediach, wymieniając zastosowanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych, w tym nagłośnienia kierunkowego, które miało minimalizować emisję dźwięku na tereny zielone.
Daria Siemion nie pozostawia suchej nitki na tych próbach usprawiedliwienia, obnażając ich całkowity brak podstaw naukowych. Jej zdaniem, argumenty o specjalistycznym sprzęcie nagłaśniającym w pełni ignorują specyfikę rozchodzenia się fal dźwiękowych o niskich częstotliwościach w otwartym środowisku naturalnym.
- Tłumaczenia organizatorów o kierunkowych głośnikach to z punktu widzenia fizyki dźwięku i bioakustyki absurd i mydlenie oczu. Wszyscy wiemy, jakie są basy w muzyce techno. Fale o tak niskiej częstotliwości są wszechkierunkowe i ignorują przeszkody takie jak liście czy gałęzie. Ludziom kilka kilometrów dalej drżały okna. Tak samo musiały drżeć pnie drzew – to fizyka. Ptaki w dziuplach i gniazdach nie tylko więc słyszały ten hałas, one go odczuwały całym swoim układem nerwowym, uwięzione w rezonatorach, jakimi stały się drzewa.
Ekspertka stanowczo odpiera też narrację bagatelizującą jednorazowy charakter wydarzenia, wyjaśniając, że drastyczny wzrost śmiertelności wśród ptaków wywołany nagłym i ekstremalnym stresem to mechanizm oparty o twarde dowody:
- Obrońcy imprezy mówią, że “ojej, raz w roku takie wydarzenie, już dajmy spokój”. No nie. Tu nie chodzi o to, że zwierzęta się stresowały, a o to, że zagrożone było ich życie. Wyrwane ze snu, oślepione stroboskopami i ogłuszone ptaki dzienne wpadają w panikę. Wyfruwają w kompletną ciemność, co często kończy się połamaniem skrzydeł o gałęzie lub roztrzaskaniem się o pnie. Spłoszona w nocy samica ucieka z gniazda i w zgiełku nie potrafi do niego wrócić. Majowe noce są zimne. Pisklęta bez matki umierają z wychłodzenia (hipotermii) w ciągu kilkudziesięciu minut. Jaja ulegają nieodwracalnym uszkodzeniom.
Ochrona dziedzictwa tylko na papierze
Oświadczenie opublikowane przez dyrekcję muzeum skupiało się w przytłaczającej większości na kwestiach proceduralnych oraz na samej ochronie budynków historycznych. Dyrektor Paweł Jaskanis zaznaczył po imprezie, że przeprowadzone oględziny nie wykazały żadnych szkód w substancji zabytkowej pałacu ani w jego bezpośrednim otoczeniu. To skrajnie jednostronne rozumienie misji instytucji publicznej spotkało się z najostrzejszą weryfikacją ekspercką.
- Szokujące jest to, że na takie wydarzenie pozwalają instytucje, które z założenia mają chronić dziedzictwo – zapominając, że dziedzictwo to nie tylko mury pałacu, ale też zabytkowy, żywy ekosystem dookoła niego. Prawo w Polsce teoretycznie chroni ptaki lęgowe (zakaz płoszenia, niszczenia siedlisk od 1 marca do 15 października), jednak w zderzeniu z komercyjnym zyskiem i potrzebą rozrywki, te przepisy potraktowano tu jak nieistotną sugestię.
O ile fizyczne zniszczenia infrastruktury parkowej wywołane przez uczestników koncertu można naprawić przy użyciu odpowiednich środków finansowych, o tyle zniszczenia wyrządzone w populacji lokalnych dzikich zwierząt są stratami nieodwracalnymi. Skupienie się wyłącznie na ocaleniu materii nieożywionej maskuje drastyczny koszt środowiskowy, jaki poniósł rezerwat Morysin.
- Zdeptane trawniki przed pałacem odrosną po kilku tygodniach. Jednak martwe z wychłodzenia pisklęta sów czy porzucone lęgi dzięciołów to strata bezpowrotna dla całego lokalnego ekosystemu w danym roku. I o tym w oświadczeniu muzeum nie ma oczywiście ani słowa.
Źródło: Goniec.pl