Żart, który boli. Prima Aprilis, Budapeszt i Patrioty
Pierwszego kwietnia 2026 roku Polska żyła przez chwilę w poczuciu, że coś się wreszcie odkleiło od sufitu. Trwało to może kwadrans. Potem wróciła rzeczywistość - i to w kilku odsłonach naraz.
- Wpis Radosława Sikorskiego o 42 podpisanych nominacjach ambasadorskich był żartem prima aprilis - podpisów nadal nie ma, blokada trwa od ponad 230 dni
- Konsorcjum dziennikarzy śledczych (FRONTSTORY, VSquare, Delfi Estonia, The Insider, ICJK) ujawniło nagrania, na których Péter Szijjártó realizuje polecenia Siergieja Ławrowa w sprawie zniesienia unijnych sankcji - i faktycznie je zrealizował
- USA sugerują Polsce przerzucenie jednej z dwóch posiadanych baterii Patriot na Bliski Wschód; minister Władysław Kosiniak-Kamysz odmówił, ale problem dotyczy też opóźnień w przyszłych dostawach, za które Waszyngton nie przewiduje kar umownych
Dyplomacja poprzez szyderę
1 kwietnia minister spraw zagranicznych i wicepremier Radosław Sikorski opublikował na platformie X wpis, który przez kilkanaście minut zelektryzował polskie media. Napisał, że do MSZ dotarł pakiet 42 podpisanych nominacji ambasadorskich, dziękując prezydentowi Nawrockiemu za mianowanie dyplomatów służących ojczyźnie z narażeniem życia w Kijowie, Teheranie i Abu Zabi. Część redakcji — w tym TVP Info, TVN24 i „Rzeczpospolita" — podała tę informację jako fakt.
Był to żart. Rzecznik MSZ Maciej Wewiór potwierdził nieprawdziwość wpisu, komentując:
- Tak jak smutnym żartem jest brak podpisów prezydenta pod nominacjami ambasadorskimi".
Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej w Pałacu Prezydenckim, ocenił to jako kiepski żart, wskazując, że wielu kierowników placówek uwierzyło w informację i zaczęło odbierać gratulacje od kolegów z korpusu dyplomatycznego.
Spór o nominacje ambasadorskie między rządem a ośrodkiem prezydenckim trwa od marca 2024 roku. Wtedy szef MSZ zdecydował, że ponad 50 ambasadorów zakończy misję. Prezydent Nawrocki sprzeciwia się w szczególności nominowaniu na ambasadorów Bogdana Klicha w Waszyngtonie oraz Ryszarda Schnepfa we Włoszech. W miejscach opuszczonych przez ambasadorów pracują chargé d'affaires — czyli dyplomaci bez pełnomocnictw. To nie jest detal protokolarny, to realna słabość polskiej dyplomacji.
Mam do tego żartu mieszane uczucia. Rozumiem frustrację Sikorskiego i rozumiem, że szydera potrafi być celna. Ale — jak trafnie zauważył redaktor naczelny „Rzeczpospolitej" Bogusław Chrabota — żart Sikorskiego był słabo ukrytym szyderstwem, które nie przybliża, a oddala rozwiązanie poważnego, państwowego problemu. Co więcej, odbił się przykrym echem wśród kierowników placówek, którzy od miesięcy czekają na nominacje. Szydera może otrzeźwić. Ale może też po prostu pogłębić okopy.
Węgry: kiedy MSZ raportuje Kremlowi
Gdyby prima aprilis był jedynym zmartwieniem dnia, można by się śmiać. Tymczasem kilkadziesiąt godzin wcześniej europejska opinia publiczna dostała do ręki materiał o innej wadze.
Konsorcjum mediów śledczych FRONTSTORY, VSquare, Delfi Estonia, The Insider oraz Centrum Śledcze im. Jana Kuciaka opublikowało nagrania audio rozmów węgierskiego ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z rosyjskim ministrem Siergiejem Ławrowem wraz z ich transkrypcjami. Autentyczność nagrań została potwierdzona. Jeden z europejskich oficerów wywiadu stwierdził wprost: gdyby z rozmów usunąć nazwiska i pokazać je oficerowi dowolnych służb, ten przysiągłby, że to zapis rozmów oficera wywiadu z jego agentem.
30 sierpnia 2024 roku, zaledwie godzinę po powrocie z Petersburga do Budapesztu, Szijjártó odebrał telefon od Ławrowa. Rosyjski oligarcha Aliszer Usmanow — opisywany jako jeden z ulubionych biznesmenów Putina — chciał, aby jego siostra Gulbahor Ismailowa zniknęła z list sankcji UE. Szijjártó obiecał pomoc i co do tego nie było żadnych niedomówień:
- — Razem ze Słowakami składamy wniosek do UE o jej wykreślenie. Złożymy go w przyszłym tygodniu i zrobimy wszystko, żeby ją zdjąć z listy — zapewnił Szijjártó.
- Siedem miesięcy później Ismailowa faktycznie została usunięta z listy sankcyjnej UE,
- Szijjártó regularnie informował też Ławrowa o rozmowach europejskich dyplomatów — ujawnił mu między innymi szczegóły posiedzenia Rady ds. Zagranicznych UE,
- w innej rozmowie Szijjártó skarżył się, że UE odmówiła mu dostępu do dokumentów związanych z sankcjami wobec firmy 2Rivers z siedzibą w Dubaju, handlującej rosyjską ropą.
W marcu 2026 roku „Washington Post" poinformował, że Szijjártó regularnie dzielił się informacjami przez telefon z Ławrowem podczas przerw w posiedzeniach UE, niemal na żywo. Europejski urzędnik ds. bezpieczeństwa skomentował: praktycznie przy każdym spotkaniu UE od lat za stołem siedziała Moskwa.
Szijjártó zareagował lekceważąco: stwierdził, że od dawna wiadomo, że obce służby wywiadowcze podsłuchują jego telefony, a dziennikarze udowodnili jedynie, że mówi publicznie to samo, co przez telefon. To wyjątkowo bezczelna linia obrony — bo jeśli minister spraw zagranicznych kraju UE publicznie artykułuje interesy Kremla, to problem jest jeszcze większy niż sugerowały nagrania. Wybory na Węgrzech odbędą się 12 kwietnia. Czy ten skandal zmieni ich wynik — zobaczymy. Sondaże rynku bukmacherskiego szacują szanse lidera opozycji Pétera Magyara na zwycięstwo wyżej niż szanse Orbána.
Patrioty i cena sojuszu
Polska tymczasem mierzy się z pytaniem, które do tej pory było raczej teoretyczne: co tak naprawdę kupujemy razem z amerykańskim sprzętem zbrojeniowym?
Jak ustaliła „Rzeczpospolita", z powodu irańskich ataków odwetowych Amerykanie w nieoficjalnych rozmowach sugerowali Polsce, by rozważyła przerzucenie na Bliski Wschód jednej z posiadanych baterii Patriot. Pojawiło się też sondowanie dotyczące ewentualnego przekazania pocisków PAC-3 MSE, które zostały już dostarczone i są własnością Wojska Polskiego.
Polska ma dziś zaledwie dwie baterie Patriot. Kolejne sześć zamówiono w 2024 roku — Amerykanie powinni je dostarczyć w latach 2027–2029. Biorąc jednak pod uwagę skutki wojny z Iranem oraz zmiany w zasadach sprzedaży uzbrojenia przez administrację Donalda Trumpa, nie jest pewne, czy te terminy zostaną dotrzymane — tym bardziej że za opóźnienia nic Waszyngtonowi nie grozi.
Minister Władysław Kosiniak-Kamysz odmówił stanowczo: nasze baterie Patriot i ich uzbrojenie służą do ochrony polskiego nieba i wschodniej flanki NATO — nic w tej kwestii się nie zmienia i nigdzie nie planujemy ich przemieszczać. To dobra decyzja. Ale sama odmowa nie rozwiązuje strukturalnego problemu: jedna bateria to dziś połowa całego polskiego systemu obrony przeciwrakietowej. Gdybyśmy się zgodzili, zostalibyśmy z jedną wyrzutnią na cały wschód kraju.
W całej tej historii uderza coś, o czym polska prawica woli nie rozmawiać. To właśnie PiS i środowiska zbliżone do Nawrockiego przez lata przekonywały, że bezpieczeństwo Polski można budować wyłącznie na relacjach z USA i na amerykańskim uzbrojeniu — a wszelkie plany europejskiej autonomii strategicznej to zamach na suwerenność. Tymczasem okazuje się, że za sprzęt słono zapłaciliśmy, ale dysponujemy nim warunkowo. I że partner, który miał nas chronić, może — jeśli uzna to za stosowne — po prostu opóźnić kolejne dostawy bez żadnych konsekwencji kontraktowych.
Żyjemy w czasach, w których żart prima aprilis ministra spraw zagranicznych jest jednym z lepszych newsów dnia. To mówi nam coś ważnego o tym, jak bardzo zdziczeliśmy w oczekiwaniach wobec własnego państwa.
Źródło: Goniec.pl