Ciemna strona świata tańca. Michał Bartkiewicz o toksycznych treningach i presji
Sukcesy w blasku teatralnych świateł i na największych turniejowych parkietach nierzadko przypominają brutalną szkołę przetrwania. Zanim młodzi artyści zdobędą uznanie publiczności, muszą zmierzyć się z systemiczną presją, toksyczną krytyką i opresyjnymi metodami nauczania. W szczerej rozmowie dla serwisu Goniec.pl, znana z kinowych ekranów aktorka Paulina Gałązka oraz utytułowany tancerz i choreograf Michał Bartkiewicz bezlitośnie obnażają kulisy swoich branż. Ich relacja to bolesny obraz środowisk, w których wyboista droga na szczyt naznaczona jest systematycznym zaniżaniem poczucia własnej wartości.
Morderczy kult perfekcji w tańcu towarzyskim
Droga do profesjonalnego mistrzostwa w tańcu rzadko bywa pasmem beztroskiej radości. Młodzi zawodnicy każdego weekendu zmuszani są do wyczerpujących podróży, przemieszczając się po całej Polsce, by brać udział w zaciętej i wycieńczającej rywalizacji. Permanentna presja na wyniki oraz ostra reprymenda ze strony trenerów potrafią błyskawicznie zniszczyć entuzjazm. Adepci od pierwszych treningów doświadczają zjawiska odrzucenia.
– W tańcu bardzo często słyszysz, że cały czas wszystko robisz źle – przyznaje wprost w programie “Prześwietlenie” Michał Bartkiewicz. – Tych porażek było po drodze mnóstwo. Nie zawsze spotykaliśmy się z dobrymi pedagogami. Wielu nauczycieli pozostawiło w nas głębokie rysy.
Oprócz skrajnego wyczerpania fizycznego tancerze mierzą się z uwłaczającą krytyką dotyczącą wyglądu zewnętrznego. Rygorystyczne i wręcz bezlitosne standardy uderzają przede wszystkim w młode kobiety, od których kategorycznie wymaga się nienagannie wyrzeźbionej sylwetki. Szokujące uwagi nierzadko padają z ust uznanych autorytetów sportu, którym zawodnicy opłacają kosztowne, indywidualne lekcje.
– Przychodzisz do ikony tańca, od której chcesz się dowiedzieć jak najwięcej. Pierwsze, co dostajesz, to taki cios o siedmiu kilogramach nadwagi już na starcie. Masz w głowie, że wyglądasz źle i jesteś gruba, podczas gdy bezwzględnie wymaga się od ciebie, żebyś była skrajnie wysuszona i wyrzeźbiona – relacjonuje tancerz, zwracając jednocześnie uwagę na wieloletnie braki w systemowym wsparciu środowiska. – Piętnaście lat temu zawód psychologa sportowego czy fizjoterapeuty w ogóle nie był w modzie. Dziś tancerze korzystają z pomocy trenerów mentalnych, ale kiedyś czegoś takiego po prostu nie było.
Archaiczny system mistrzowski w szkołach artystycznych
Podobne, choć przybierające nieco inną formę, toksyczne mechanizmy od lat funkcjonują w polskim systemie edukacji aktorskiej. Paulina Gałązka zderzyła się z nimi wyjątkowo boleśnie na początku swojej zawodowej kariery. Zanim utalentowana artystka trafiła w mury uczelni teatralnej, studiowała na Uniwersytecie Warszawskim, co dało jej wyraźny punkt odniesienia do akademickich standardów.
– To, z czym zetknęłam się w szkole aktorskiej, było wręcz nie do przyjęcia, ponieważ na Uniwersytecie Warszawskim każdy był traktowany jak dorosły człowiek. Wszyscy byli ze sobą na pan, pani, a wykładowcy odnosili się do nas z pełnym szacunkiem, traktując nas na równi – wspomina w rozmowie z Gońcem Paulina Gałązka.
Tymczasem na wydziałach artystycznych panował skrajnie odmienny, niemal autorytarny klimat. Zamiast budować u studentów poczucie bezpieczeństwa, młodych ludzi poddawano swoistemu formatowaniu, a subiektywne oceny pedagogów paraliżowały ich potencjał.
– Idziesz do szkoły aktorskiej, w której panuje system mistrzowski. Zupełnie jakbyśmy byli w jakimś rzemieślniczym cechu, gdzie wszystkich traktuje się tak, jakbyś po prostu był jakimś dzieckiem – podkreśla aktorka.
Ucieczka w stronę zawodowej równości
Ogromny ciężar emocjonalny, z którym musieli mierzyć się młodzi artyści, zmuszał ich do poszukiwania alternatywnych, bezpiecznych przestrzeni rozwoju. Dla Bartkiewicza najważniejszym buforem chroniącym przed załamaniem okazali się bezwarunkowo wspierający rodzice, dzięki którym zawodnik ostatecznie nie porzucił życiowej pasji do ruchu.
Z kolei dla Pauliny Gałązki naturalną ucieczką od przytłaczającej, hermetycznej atmosfery macierzystego wydziału stały się plany zdjęciowe i dobrowolna współpraca ze studentami innych uczelni. Oparto ją na wzajemnym poszanowaniu kompetencji i autentycznym partnerstwie.
– Właśnie dlatego uciekałam do wydziałów filmowych, by tworzyć studenckie etiudy z pionami reżyserskimi czy operatorskimi. Tam panowały zasady egalitarne - jak dodaje rozmówczyni Gońca - po prostu wszyscy byliśmy sobie równi.
To właśnie w środowisku filmowym młodzi twórcy zamiast destrukcyjnej krytyki odnajdywali wsparcie w konstruktywnym rozwiązywaniu problemów, omijając pułapkę wpędzania w kompleksy.
– Często mieliśmy tam zajęcia z profesorami, którzy uczyli nas, że nieważne, jak duży błąd popełniliśmy, bo nie ma sensu tracić czasu na dyskusje o nim. Kluczem było wspólne wymyślanie, jak możemy to naprawić. Właśnie wtedy przebywanie na planie filmowym zaczęło mi się bardzo podobać – pointuje Paulina Gałązka.
Źródło: Goniec