Sowa Minerwy nad Ameryką. Administracja Bidena przyznaje się do strategicznej porażki
W amerykańskiej polityce zagranicznej coraz wyraźniej działa heglowska metafora sowy Minerwy, która wylatuje dopiero o zmierzchu. Innymi słowy: refleksja i mądrość przychodzą dopiero po szkodzie.
Czołowi urzędnicy odchodzącej administracji Joe Bidena – tacy jak Jake Sullivan czy Janet Yellen – zaczynają dziś przyznawać, że decyzje dotyczące Chin, Rosji czy Ukrainy były błędne albo przyniosły skutki odwrotne do zamierzonych. Te spóźnione wyznania rzucają niepokojące światło na bezpieczeństwo państw sojuszniczych USA, w tym Polski, które przez lata bezkrytycznie wierzyły w amerykańską narrację o globalnym prymacie.
Tekst powstał na podstawie programu “Obraz Świata” z Albertem Świdzińskim ze Strategy&Future.
Tajwan: symboliczny gest, realne koszty
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów rozdźwięku między amerykańską retoryką a realiami strategicznymi była wizyta ówczesnej spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi na Tajwanie w 2022 r. Wówczas przedstawiano ją jako triumf demokracji i dowód niezachwianego wsparcia USA – mimo że Pelosi musiała lecieć okrężną trasą, by nie prowokować incydentów nad Cieśniną Tajwańską.
Dziś ton w Waszyngtonie jest zupełnie inny. Albert Świdziński zwraca uwagę na niedawną, zaskakująco szczerą wypowiedź Jake’a Sullivana, doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA.
– Koszt tej wizyty znacznie przewyższył jej korzyści, nie tylko z uwagi na natychmiastową reakcję Chin, lecz także przez trwałe pogorszenie środowiska bezpieczeństwa Tajwanu – mówi Świdziński, przywołując słowa Sullivana.
Po wizycie Pelosi Chiny przeprowadziły bezprecedensowe manewry wojskowe, symulujące morską blokadę wyspy. Scenariusz, który wcześniej funkcjonował głównie w analizach, stał się stałym elementem ćwiczeń chińskiej armii – m.in. w ramach operacji Joint Sword. Pekin pokazał, że potrafi z dnia na dzień odciąć Tajwan od świata.
– Stany Zjednoczone nie były w stanie skutecznie odpowiedzieć na tę eskalację – podkreśla Świdziński. – Narracja o prymacie została utrzymana, ale nie poszły za nią działania, które realnie powstrzymałyby Chiny przed zmianą status quo.
Ukraina: ani odstraszanie, ani ustępstwa
Podobny mechanizm – spóźnionej refleksji po fakcie – widać w polityce USA wobec Ukrainy. Świdziński przytacza rozmowę Amandy Sloat, urzędniczki Rady Bezpieczeństwa Narodowego, nagraną przez rosyjskich pranksterów. W nieoficjalnej rozmowie przyznała ona, że naciskanie na „otwarte drzwi” NATO dla Ukrainy mogło być błędem, a zadeklarowanie neutralności Kijowa mogło zapobiec inwazji.
To wyznanie stoi w sprzeczności z oficjalną linią administracji Bidena, która publicznie podkreślała prawo Ukrainy do członkostwa w NATO, jednocześnie nie mając ani zamiaru, ani możliwości, by ją do Sojuszu przyjąć i realnie bronić.
– Stany Zjednoczone działały w sposób niespójny i niebezpieczny – ocenia Świdziński. – Z jednej strony nie było twardego odstraszania: ani wojsk, ani wiarygodnej groźby bezpośredniego zaangażowania. Z drugiej – nie było też ustępstw, które mogłyby obniżyć napięcie.
Zamiast tego Waszyngton obrał trzecią drogę: publiczne ujawnianie planów rosyjskiej inwazji. W efekcie – jak zauważa ekspert – Putin mógł znaleźć się w sytuacji bez wyjścia, w której wycofanie się oznaczałoby wizerunkową porażkę.
– USA ani nie odstraszyły, ani nie zrobiły appeasementu, a narracyjnie próbowały bronić prymatu – podsumowuje Świdziński.
Ta polityka, określana przez niego jako „śmiertelnie niebezpieczna”, wytworzyła fałszywe poczucie bezpieczeństwa – nie tylko w Kijowie, ale także w państwach takich jak Polska. Sojusznicy wierzyli w sprawczość amerykańskiego hegemona, który w rzeczywistości nie był gotowy na konfrontację z mocarstwem atomowym w obronie kraju spoza NATO.
Sankcje i bolesna lekcja realizmu
Trzecim przykładem spóźnionych amerykańskich refleksji jest polityka sankcyjna wobec Chin. Janet Yellen, kończąc kadencję na stanowisku sekretarz skarbu, przyznała, że agresywne ograniczenia eksportu zaawansowanych technologii mogły być błędem. Zamiast osłabić Pekin, zmusiły go do przyspieszenia prac nad własnymi rozwiązaniami.
Efekt? Utrata przez USA części narzędzi nacisku oraz sukcesy Chin, takie jak rozwój własnych maszyn do litografii czy postępy w sztucznej inteligencji (model DeepSeek). Polityka, która miała powstrzymać rywala, w praktyce go wzmocniła.
Dla Polski wnioski są jednoznaczne. Zdaniem Świdzińskiego przez lata ignorowano sygnały o słabnącej pozycji USA i potrzebie zmiany paradygmatu bezpieczeństwa. Zamiast domagać się twardych gwarancji – np. stałej obecności wojsk amerykańskich na wzór Berlina Zachodniego – zadowalano się rotacyjną obecnością i uspokajającą retoryką.
– Kupowaliśmy drogi sprzęt, który bez realnego wsparcia sojuszniczego może okazać się bezużyteczny, zamiast budować zdolności do samodzielnej obrony – mówi ekspert.
I przypomina słynne zdanie Henry’ego Kissingera:
– Niebezpiecznie jest być wrogiem Ameryki, ale bycie jej sojusznikiem bywa śmiertelne.
Analiza Świdzińskiego prowadzi do brutalnej konkluzji: mocarstwa popełniają błędy, a rachunek często płacą ich mniejsi partnerzy. Amerykańscy decydenci mogą po latach przyznawać się do pomyłek w podcastach czy pamiętnikach. Dla państw frontowych – takich jak Ukraina, a potencjalnie także Polska – skutki tych błędów mają jednak wymiar egzystencjalny.
Czas, by polska debata publiczna porzuciła życzeniowe myślenie o „końcu historii” i zaczęła chłodno analizować rzeczywistość. Zanim i dla nas sowa Minerwy wyleci dopiero o zmierzchu.
Źródło: Goniec