Burza po słowach o Nawrockim. Tak ukraiński dziennikarz powiedział o prezydencie
Jedno zdanie wypowiedziane w telewizyjnym studiu kilka miesięcy temu wraca dziś z pełną siłą i niesie za sobą realne skutki prawne. Sprawa, która początkowo wydawała się kolejną medialną burzą w gorącej debacie politycznej, przerodziła się w formalne postępowanie karne i wywołała szeroką dyskusję o granicach wolności słowa, odpowiedzialności mediów oraz napięciach obecnych w relacjach międzynarodowych.
– Kontrowersyjna wypowiedź i reakcje na antenie
– Prokuratura wkracza do gry: możliwy proces i kary
– Spór o standardy debaty i skutki polityczne
Kontrowersyjna wypowiedź i reakcje na antenie
Do zdarzenia doszło latem 2025 roku podczas jednego z programów publicystycznych emitowanych na żywo w ogólnopolskiej stacji informacyjnej.
Retoryka i zachowania pana Nawrockiego to nie są zachowania prezydenckie, tylko zachowania "pachana". Tak określa się w rosyjskich więzieniach przywódcę kryminalnego
— powiedział w programie "Debata Gozdyry" ukraiński dziennikarz Witalij Mazurenko.Dyskusja dotyczyła decyzji polskich władz w sprawie regulacji związanych z pomocą dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce. Temperatura rozmowy rosła z każdą minutą, a emocje uczestników były wyraźnie widoczne.
W pewnym momencie głos zabrał ukraiński dziennikarz i komentator Witalij Mazurenko, znany wówczas z ostrych ocen i bezkompromisowego języka. Wypowiedź, która padła na antenie, została przez wielu odebrana jako przekroczenie granicy dopuszczalnej krytyki. Użycie określenia wywodzącego się z przestępczego slangu wobec urzędującej głowy państwa natychmiast wywołało konsternację w studiu.
Prowadząca program zareagowała bez zwłoki, zaznaczając, że taki język jest nie do zaakceptowania w debacie publicznej. Chociaż sam dziennikarz próbował jeszcze tłumaczyć, że jego intencją była krytyka decyzji politycznych, a nie samej instytucji prezydenta, lawina już ruszyła. Fragment programu błyskawicznie trafił do sieci, gdzie był udostępniany, komentowany i analizowany przez tysiące użytkowników.
Skutki medialne pojawiły się niemal natychmiast. Redakcja, z którą współpracował Mazurenko, ogłosiła zakończenie współpracy, a sam zainteresowany opublikował publiczne przeprosiny. W oświadczeniu przyznał, że użyte sformułowanie było niewłaściwe i uraziło wielu odbiorców. To jednak nie zakończyło sprawy.

Prokuratura wkracza do gry: możliwy proces i kary
Postępowanie prowadzone jest na podstawie przepisów Kodeksu karnego dotyczących publicznego znieważenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. To jeden z tych artykułów, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet, ale w tym przypadku stały się osią głośnego sporu. Grożąca kara może sięgnąć nawet trzech lat pozbawienia wolności, choć w praktyce sąd ma szerokie pole do zastosowania łagodniejszych środków, takich jak grzywna czy kara w zawieszeniu.
Kluczowe dla dalszego biegu sprawy będzie ustalenie, czy wypowiedź dziennikarza mieściła się jeszcze w ramach ostrej krytyki politycznej, czy też miała jednoznacznie znieważający charakter. Prokuratura będzie analizować kontekst programu, emocje towarzyszące dyskusji, a także znaczenie użytego słowa i jego odbiór społeczny.
Dla samego Mazurenki śledztwo oznacza realne problemy. Jako cudzoziemiec przebywający w Polsce musi liczyć się nie tylko z konsekwencjami prawnymi, ale również z długotrwałym stresem, kosztami postępowania i niepewnością co do dalszej kariery zawodowej. Nawet jeśli ostatecznie nie zapadnie surowy wyrok, sam proces może okazać się dotkliwą sankcją.
Spór o standardy debaty i skutki polityczne
Sprawa szybko przestała dotyczyć wyłącznie jednego dziennikarza. Stała się symbolem szerszego konfliktu o język debaty publicznej i granice wolności słowa. Zwolennicy zdecydowanej reakcji państwa argumentują, że ochrona godności najwyższych urzędów jest fundamentem stabilności i powagi państwa, a agresywny język nie może być usprawiedliwiany emocjami czy politycznym sporem.
Z drugiej strony pojawiają się głosy krytyczne wobec działań prokuratury. Część komentatorów i środowisk dziennikarskich ostrzega przed nadmiernym sięganiem po instrumenty prawa karnego w odpowiedzi na kontrowersyjne wypowiedzi. Ich zdaniem może to prowadzić do efektu mrożącego i ograniczania swobody krytyki władzy, która jest jednym z filarów demokracji.
Nie bez znaczenia pozostaje również kontekst międzynarodowy. Relacje polsko-ukraińskie, choć nadal oparte na strategicznej współpracy, w ostatnich latach coraz częściej obciążane są napięciami i wzajemnymi pretensjami. Dla części opinii publicznej incydent ten stał się kolejnym dowodem narastających emocji i braku zrozumienia po obu stronach.
Proces, jeśli do niego dojdzie, będzie uważnie obserwowany nie tylko przez polityków i prawników, ale także przez media w Polsce i za granicą. Jego finał może stać się ważnym punktem odniesienia w dyskusji o tym, gdzie kończy się dopuszczalna krytyka, a zaczyna odpowiedzialność karna za słowo. Jedno jest pewne: ta sprawa jeszcze długo pozostanie elementem debaty o standardach życia publicznego w Polsce.
