Ekspert ostrzega: "Trump zrywa maskę. Ameryka wraca do polityki siły"
Działania Donalda Trumpa wobec Wenezueli oraz bezprecedensowa presja wywierana na Danię w sprawie Grenlandii wyznaczają nowy, znacznie brutalniejszy kurs w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Zdaniem ekspertów mamy do czynienia z końcem epoki, w której Waszyngton osłaniał swoje interesy językiem moralności i uniwersalnych wartości. W jej miejsce pojawia się otwarta polityka stref wpływów, oparta na sile, transakcyjności i twardym realizmie.
Tekst powstał na podstawie rozmowy Gońca z Albertem Świdzińskim.
Wenezuela i logika „operacji chirurgicznych”
Amerykańskie uderzenie na Wenezuelę nie przypomina interwencji w Iraku czy Afganistanie. Zamiast masowych wojsk lądowych i długiej okupacji, Waszyngton postawił na działania szybkie, precyzyjne i obarczone minimalnym ryzykiem strat własnych. To model znany z wcześniejszych operacji przeciwko Iranowi – mający wywołać efekt szoku i potwierdzić technologiczną przewagę USA, bez wikłania się w kosztowne konflikty asymetryczne.
Choć Trump bywa postrzegany jako polityk impulsywny, w istocie realizuje strategię opartą na zarządzaniu strachem i demonstracji siły. W Ameryce Łacińskiej oznacza to powrót do klasycznego myślenia o strefach wpływów, w których interes handlowy i bezpieczeństwo regionalne dominują nad prawami człowieka czy standardami demokratycznymi.
– Donald Trump rzeczywiście sprawia wrażenie hazardzisty i w pewnym sensie nim jest. Ale to nie jest hazardzista, który gra va banque. On raczej świadomie buduje wrażenie skrajnej nieprzewidywalności – mówi Albert Świdziński.
Koniec moralnej narracji hegemona
Przez dekady Stany Zjednoczone przedstawiały swoje interwencje jako obronę prawa międzynarodowego i demokracji. Choć narracja ta była wielokrotnie krytykowana jako hipokrytyczna, pozwalała utrzymać globalne przywództwo przy akceptacji sojuszników. Administracja Trumpa zrywa z tym podejściem, otwarcie wskazując na priorytet interesów: dostępu do ropy, bezpieczeństwa energetycznego i realizacji doktryny Monroe.
W efekcie USA stają się mocarstwem „jak inne” – potężnym militarnie, ale pozbawionym moralnego alibi. Dla realistów to uczciwsze postawienie sprawy, dla dotychczasowych elit – źródło głębokiego niepokoju.
– Trump jest znacznie mniejszym hipokrytą. Mówi wprost: możemy to zrobić, chcemy waszej ropy i chcemy realizować doktrynę Monroe. I dlatego właśnie to robimy – podkreśla Świdziński.
Grenlandia i pęknięcia w NATO
Spór o Grenlandię ma kluczowe znaczenie strategiczne. Kontrola nad tzw. luką GUK – między Grenlandią, Islandią a Wielką Brytanią – pozwala blokować rosyjską flotę i zabezpieczać atlantyckie szlaki komunikacyjne. Trump jasno sygnalizuje, że nie chce ponosić kosztów obrony terytoriów należących do militarnie słabych sojuszników, takich jak Dania.
To stawia Europę w trudnej sytuacji. Jeśli USA uznają, że ich bezpieczeństwo wymaga bezpośredniej kontroli kluczowych punktów strategicznych, tradycyjne gwarancje sojusznicze mogą ulec erozji.
– Gdyby Dania traktowała to jako realne zagrożenie, musiałaby wysłać tam żołnierzy i być gotowa realnie tej wyspy bronić – zauważa Świdziński.
Polska wobec „pustej skorupy”
Dla Polski, której bezpieczeństwo opiera się na obecności wojsk USA i artykule 5. Traktatu Waszyngtońskiego, zmiana kursu w Waszyngtonie jest sygnałem ostrzegawczym. Coraz realniejszy staje się scenariusz, w którym NATO istnieje formalnie, lecz brakuje politycznej woli do obrony sojuszników, jeśli nie leży to w bezpośrednim interesie Ameryki.
W takiej sytuacji debata o polskiej racji stanu musi przesunąć się w stronę większej samodzielności strategicznej – od wzmacniania regionalnych sojuszy po rozważanie najbardziej radykalnych środków odstraszania.
– Pojawia się pytanie, w którym momencie musimy wziąć pełną odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i po jakie narzędzia możemy sięgnąć – także tak skrajne jak broń jądrowa – mówi Świdziński.
Chiny uważnie patrzą
Nowa amerykańska retoryka jest uważnie analizowana w Pekinie. Jeśli Waszyngton otwarcie akceptuje logikę regionalnych hegemonii, Chiny zyskują argument na rzecz własnych ambicji wobec Tajwanu i Morza Południowochińskiego. Rezygnacja USA z obrony uniwersalnego porządku międzynarodowego może w praktyce oznaczać powrót do „koncertu mocarstw”.
Dla mniejszych państw to scenariusz skrajnie niebezpieczny. Dla administracji kierującej się twardym realizmem – być może jedyny sposób na uniknięcie globalnej wojny. Pytanie brzmi, czy Tajwan nie stanie się kolejnym elementem wielkiej licytacji, w której suwerenność przegrywa z interesami najsilniejszych.
Źródło: Goniec