Skalpel w rękach polityki. Kto naprawdę ponosi winę za tragedie w Szpitalu Południowym?
Wyobraźcie sobie miejsce, w którym sterylny szpitalny korytarz niepostrzeżenie zamienia się w poczekalnię do kostnicy, a wasza karta pacjenta staje się brudnopisem dla urzędniczej fikcji. Brzmi jak makabryczny thriller medyczny? Niestety, to obraz polskiej ochrony zdrowia, jaki wyłania się z głośnej afery wokół jednego ze stołecznych szpitali. Oś tej historii stanowią porażające oskarżenia wyciągnięte na światło dzienne przez byłego ordynatora placówki. To nie jest kolejna, zwykła opowieść o błędach w sztuce lekarskiej. To bezwzględny portret patologii, w której wy – pacjenci – możecie stać się zaledwie „fantomami do nauki” jak zostało to określone w przestrzeni medialnej i publicznej, a oddział ratunkowy – areną dla politycznych wpływów. Teza jest tu brutalnie prosta: w zderzeniu partyjnych koneksji z ludzkim życiem, zepsuty system traktuje to drugie wyłącznie jako koszt wliczony w ryzyko.
Medyczna nekromancja i leczenie statystyk
Zarzuty, które padły w przestrzeni publicznej, jeżą włos na głowie. Były ordynator rzuca oskarżenie najcięższego kalibru: według jego relacji ludzie umierali, bo ktoś potraktował nowo otwarty oddział jak poligon doświadczalny dla nieopierzonych lekarzy. Szok budzi jednak to, co – jak twierdzi sygnalista – miało dziać się później. Wyobraźcie sobie ten poziom rzekomego cynizmu. Pacjent umiera w wyniku ewidentnego zaniedbania (jak choćby zapomnienie o chorym w łazience), po czym w ruch rusza bezduszna maszyna, mająca na nowo napisać historię. Z medialnych doniesień wynika, że zmarłym już pacjentom miano wykonywać badania tomografem wyłącznie po to, by w dokumentacji udowodnić ich nierokujący stan przed zgonem. To już nie jest medycyna, to biurokratyczna nekromancja. Leczenie zmarłych tylko po to, by zatuszować błędy żywych, to zjawisko, które niezależna prokuratura musi wypalić żelazem.
Skalpel w cieniu politycznego parasola
W centrum tego systemowego chaosu znalazł się młody lekarz rezydent, zaledwie na początku drogi specjalizacyjnej. Jak to w ogóle możliwe – pytają logicznie myślący obserwatorzy – że człowiek bez odpowiedniego doświadczenia miał rzekomo de facto zarządzać potężnym oddziałem ratunkowym? Odpowiedź, która przewija się w relacjach, brzmi niestety bardzo polsko: polityczny parasol ochronny.
Z opowieści sygnalisty wynika, że młody medyk miał czuć się bezkarny, szafując na korytarzach imionami decydentów z miejskiego ratusza. To miało być jasnym komunikatem dla personelu: „moje plecy sięgają najważniejszych gabinetów”. To klasyczny mechanizm budowania zmowy milczenia opartej na strachu. Kiedy były ordynator miał próbować ją przerwać i alarmować bezpośrednio najwyższe władze miasta, finał okazał się przewidywalny. Niedługo potem to on sam stracił pracę. W państwie, w którym znajomości w urzędzie mogą ważyć więcej niż przysięga Hipokratesa, sygnalista rzadko jest partnerem do naprawy błędów – znacznie częściej staje się problemem do natychmiastowej eliminacji.
Medialny lincz i brakujące pół miliona
Zanim jednak chwycicie za wirtualne widły i zapłoniecie świętym oburzeniem na portalach społecznościowych, musimy zrobić coś, o czym politycy celowo zapominają – włączyć racjonalne myślenie. Nie wolno nam przejść obok tej sprawy obojętnie, ale nie możemy też ulec instynktowi stada. Zauważcie pewien bardzo istotny, twardy fakt: główny oskarżyciel w tej sprawie sam pozostaje w ostrym sporze prawnym i finansowym ze szpitalem, a kwota wzajemnych roszczeń opiewa na setki tysięcy złotych.
Czy to automatycznie kasuje jego zeznania? Absolutnie nie. Ale nakazuje postawić chłodne, logiczne pytanie: dlaczego te porażające fakty o rzekomych zgonach nie trafiły na biurko prokuratora natychmiast, a dowiedzieliśmy się o nich dopiero z internetowego wywiadu? Z drugiej strony, patrzymy na cyniczny spektakl części polityków, którzy już zdążyli publicznie ochrzcić oskarżanego, młodego rezydenta mianem „doktora śmierć”. Skazywanie człowieka bez prawomocnego wyroku, w oparciu o jednostronną relację, to po prostu medialny lincz.
Kto zapłaci za ten eksperyment?
Ta afera to potężny test ciśnieniowy dla całego państwa. Dla wymiaru sprawiedliwości, który musi bezwzględnie sprawdzić, czy papier faktycznie znosił fałszowanie akt zgonów. Dla decydentów, którzy powinni wreszcie pojąć, że szpital to nie jest paśnik do zatrudniania znajomych i budowania lokalnych księstw.
Przede wszystkim to jednak sprawdzian dla was, obywateli – byście wymagali twardych dowodów, śledztwa i wyroków, a nie tylko klikalnych nagłówków i politycznej wendetty. Jeśli zarzuty formułowane pod adresem szpitala się potwierdzą, odpowiedzialność musi uderzyć z podwójną siłą: karnie w bezpośrednich sprawców i politycznie w tych, którzy ten układ chronili.Jeśli zadowolimy się tylko internetowym krzykiem, zapamiętajcie jedno – następnym „fantomem” zapomnianym w szpitalnej łazience może być każdy z was. Dziś sprawiedliwość wymaga ciszy, dokumentów i bezstronności, a nie politycznego jazgotu.
Źródło: Goniec