Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Zdrowie > Saloniki VIP. Kiedy legitymacja partyjna leczy lepiej niż NFZ?
Janusz Schwertner
Janusz Schwertner 22.06.2026 10:55

Saloniki VIP. Kiedy legitymacja partyjna leczy lepiej niż NFZ?

Saloniki VIP. Kiedy legitymacja partyjna leczy lepiej niż NFZ?
SOR, fot. KAPiF

Wyobraźcie sobie zwykłego człowieka. Może to być każdy z was. Siedzi na twardym, plastikowym krześle w dusznej, przepełnionej poczekalni Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Mija czwarta, piąta godzina, a system pozostaje na niego całkowicie ślepy.

A teraz zmiana kadru: wyobraźcie sobie równoległą rzeczywistość, stworzoną wyłącznie dla ludzi władzy. Świat, w którym kolejki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a biały fartuch kłania się w pas na widok odpowiednich koneksji. Tak właśnie – jak wynika z głośnych i porażających ustaleń dziennikarza Patryka Słowika, opublikowanych w materiale kanału Zero.pl – miał funkcjonować warszawski Szpital Południowy. To nie jest zwykła opowieść o medycynie, to bolesna diagnoza skrajnego cynizmu władzy i systemowego upokarzania obywateli, dla których publiczna ochrona zdrowia stała się barierą nie do przebicia.

Szesnaście minut do partyjnego zbawienia

W publicznym systemie ochrony zdrowia czas to towar reglamentowany. Wy na tomografię, rezonans czy kolonoskopię czekacie miesiącami, odliczając dni w niepewności. Jednak z dziennikarskiego śledztwa wyłania się obraz, w którym dla „swoich” darmowe minuty z publicznej puli rozdawano wyjątkowo lekką ręką. Spójrzmy na opisane w reportażu dane, które budzą czysty, obywatelski gniew.

Zgłoszenie „złego samopoczucia” przez wpływową działaczkę koalicyjną miało skutkować natychmiastowym uruchomieniem procedur diagnostycznych. Inna posłanka, zmagająca się – według ustaleń autora śledztwa – ze zwykłą jesienną infekcją, została potraktowana z priorytetem przewidzianym dla stanów nagłego zagrożenia życia. Od wejścia na SOR do zlecenia kompleksowych badań miało minąć dokładnie 16 minut.

Kiedy bliska osoba czołowego polityka trafia tam z pospolitą biegunką, pełna diagnostyka rusza niemal na poczekaniu. Ta sytuacja obnaża ponurą hierarchię: choroba może i jest demokratyczna, ale opisany przez media dostęp do jej leczenia stał się skrajnie feudalny.

Cudotwórca na etacie i publiczna „bilokacja”

Głównym operatorem tego medyczno-politycznego mechanizmu miał być młody, zaledwie 28-letni lekarz i zarazem radny Koalicji Obywatelskiej. Jak wynika z upublicznionej analizy jego oświadczeń majątkowych i kontraktów, ten polityczny talent w ciągu jednego roku miał zarobić na publicznym rewirze zawrotne 1,6 miliona złotych. Czysta matematyka jest tu bezlitosna: aby uczwiwie wypracować taką kwotę, musiałby deklarować pracę codziennie przez 365 dni w roku po 11 godzin na dobę.

Ale to nie koniec cudów. Autor reportażu zarzuca mu publicystycznie opanowanie rzadkiej sztuki bilokacji. Z zestawienia grafików ma bowiem wynikać, że lekarz widniał jako dyżurujący na SOR-ze w tym samym czasie, gdy fizycznie występował w programach telewizyjnych lub brylował na spotkaniach politycznych z partyjną wierchuszką. Zamiast transparentnych wyjaśnień, instytucje zaserwowały nam opowieści o „prywatności medycznej”. To klasyczny mechanizm obronny kasty: kiedy brakuje merytorycznych argumentów, uderza się w posłańca. Jednak publiczny szpital staje się prywatnym folwarkiem, gdy publiczne pieniądze płyną za fikcyjne dyżury.

Pokój z widokiem na pogardę

Najbardziej uderzającym i namacalnym symbolem opisanego procederu jest istnienie fizycznej strefy komfortu – ukrytego, zacisznego pokoju gościnnego, wyposażonego w wygodną kanapę, miękkie fotele i telewizor. Podczas gdy wy, drodzy czytelnicy, zwijacie się z bólu na korytarzu, partyjni koledzy – według relacji świadków przytaczanych w śledztwie – mogli tam odpoczywać, skutecznie odizolowani od widoku cierpienia „zwykłych śmiertelników”.

Ten pokój to idealna metafora całego systemu: luksusowy azyl dla wybranych, wybudowany za parawanem publicznej nędzy. Mówi się nam często, że w obliczu choroby wszyscy jesteśmy równi. Ustalenia portalu portalzero.pl pokazują, że to bezwstydne kłamstwo. Wychodzi na to, że odpowiedni nomor telefonu do znajomego w dyrekcji bywa wart więcej niż dekady waszego sumiennego płacenia składek zdrowotnych.

Z tą gorzką wiedzą zostajecie dziś w kolejkach do swoich lekarzy. Pamiętajcie o tym, gdy następnym razem usłyszycie z sejmowej mównicy patetyczne hasła o „standardach”, „rozliczaniu patologii” i „równości”. Ujawniony mechanizm jasno pokazuje, że w systemie, gdzie czas i godność są towarem deficytowym, przeciętny pacjent stoi na z góry straconej pozycji. Współczesna medycyna ratunkowa w zderzeniu z polityką uczy nas jednego: zamiast solidnego ubezpieczenia zdrowotnego, najskuteczniejszą polisą na przeżycie w Polsce bywa dziś odpowiednia legitymacja partyjna w kieszeni.

Źródło: Goniec

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji