Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Krzysztof Stanowski miał temat o państwie. Wybrał upokorzenie urzędniczki [OPINIA]
Wojciech Mulik
Wojciech Mulik 15.06.2026 10:59

Krzysztof Stanowski miał temat o państwie. Wybrał upokorzenie urzędniczki [OPINIA]

Krzysztof Stanowski miał temat o państwie. Wybrał upokorzenie urzędniczki [OPINIA]
Youtube/Kanał Zero

Jak to możliwe, że Janusz Waluś, skazany za zabójstwo Chrisa Haniego, zasługiwał zdaniem Krzysztofa Stanowskiego na długi wywiad w studiu, możliwość przedstawienia własnej historii i dziennikarską rozmowę, a urzędniczka skarbówki – na publiczne rozebranie, przywiązanie do słupa i poniżenie? To pytanie nie dotyczy wyłącznie brutalnego języka. Dotyczy sposobu, w jaki Stanowski rozdziela prawo do godności.

Krzysztof Stanowski i rozdzielanie godności

Janusz Waluś mógł usiąść w studiu Kanału Zero. Dostał czas, pytania, uwagę prowadzącego i możliwość przedstawienia własnej wersji wydarzeń. Krzysztof Stanowski tłumaczył, że dziennikarz powinien rozmawiać nawet z ludźmi mającymi na sumieniu najcięższe czyny. Że rozmowa nie oznacza poparcia, a zadawanie pytań jest istotą tego zawodu.

To stanowisko można zrozumieć. Sam uważam, że dziennikarz powinien móc rozmawiać niemal z każdym.

Tym trudniej zrozumieć, dlaczego cierpliwości, kontekstu i elementarnego prawa do zachowania godności zabrakło wobec kobiety, która wystawiła mandat właścicielowi pizzerii. Dla skazanego mordercy znalazło się studio.

Dla urzędniczki – wyzwiska i fantazja o pręgierzu.

Stanowski nazwał ją „głupią babą”, „wrednym” i „obrzydliwym babskiem”. Następnie stwierdził, że powinna zostać rozebrana do naga, przywiązana do słupa i wystawiona na rynku, aby wszyscy mogli zobaczyć, „jak głupi potrafi być urzędnik”.

Człowiek skazany za zabójstwo został potraktowany jako rozmówca, którego motywacje warto poznać. Kobieta wykonująca kontrolę została sprowadzona do odrażającej figury, na której można skupić gniew milionowej publiczności.

 

Krzysztof Stanowski i granice publicystyki

Krzysztof Stanowski dostał historię stworzoną dla publicysty. Właściciel pizzerii, zamówienie z krewetkami, nieprawidłowo naliczony podatek i mandat w wysokości 2,5 tysiąca złotych. W kilku zdaniach mieści się niemal wszystko, czego Polacy nie znoszą w swoim państwie: niejasne przepisy, urzędnicze kontrole i poczucie, że przedsiębiorca każdego dnia zdaje egzamin, którego zasad nikt mu wcześniej nie wyjaśnił.

Trudno o wdzięczniejszy punkt wyjścia do krytyki systemu podatkowego. Można było zapytać, dlaczego stawka VAT zależy od składnika położonego na cieście. Kto stworzył takie przepisy? Dlaczego kolejne rządy, mimo nieustannych obietnic upraszczania prawa, pozostawiają przedsiębiorców w świecie sprzecznych interpretacji? Czy mandat był proporcjonalny do przewinienia? Czy państwo rzeczywiście musi zaczynać rozmowę z obywatelem od kary?

Stanowski nie poszedł żadną z tych dróg. Zamiast skierować uwagę na polityków, ustawodawców i administracyjne procedury, zaatakował kobietę, która przeprowadziła kontrolę.

Nie zamierzam bronić polskiego systemu podatkowego. Państwo, w którym właściciel restauracji musi rozważać, czy krewetka zmienia stawkę VAT na pizzę, samo wystawia się na śmieszność. Przedsiębiorcy mają prawo oczekiwać jasnych reguł, a nie prawnego labiryntu, w którym bez księgowej, doradcy podatkowego i dużej odporności psychicznej trudno podjąć najprostszą decyzję.

Krytyka skarbówki również jest czymś naturalnym. Urzędy powinny być oceniane pod kątem proporcjonalności swoich działań, jakości obsługi obywateli i sposobu interpretowania przepisów. Publicysta nie ma obowiązku używać wobec instytucji języka przesadnie uprzejmego. Czasem dopiero mocne słowa są w stanie przebić się przez biurokratyczne komunikaty i polityczne zapewnienia, że wszystko działa prawidłowo.

Kto powinien zostać rozliczony?

W tej sprawie najmocniejsze słowa zostały jednak skierowane do osoby posiadającej najmniejszy wpływ na funkcjonowanie całego mechanizmu.

Urzędniczka nie ustaliła wysokości stawek VAT. Nie uchwalała ustaw, nie podpisywała rozporządzeń i nie budowała polskiego systemu podatkowego. Mogła przeprowadzić kontrolę niepotrzebnie drobiazgowo. Mogła podjąć decyzję, którą należy zakwestionować. Nie zmienia to faktu, że działała w ramach procedur stworzonych przez ludzi zajmujących znacznie wyższe stanowiska.

To ich należało rozliczyć.

Odpowiedzialność polityczna i systemowa została jednak zastąpiona personalnym atakiem. Stanowski często przedstawia swoje wypowiedzi jako dowód odwagi i gotowości do mówienia rzeczy, których inni boją się powiedzieć. Nie widzę jednak szczególnej odwagi w brutalnym atakowaniu urzędniczki.

Niechęć do administracji jest w Polsce powszechna. Niemal każdy ma historię o absurdalnym formularzu, nieprzyjaznym urzędzie albo niezrozumiałej decyzji. Aby zdobyć aprobatę części publiczności, wystarczy tę frustrację odpowiednio nazwać i wskazać człowieka, na którego można ją skierować.

Znacznie trudniejsza byłaby analiza przepisów. Ustalenie, kto je przygotował, w jakim celu i dlaczego do tej pory ich nie zmieniono. 

Stanowski wybrał rozwiązanie łatwiejsze. Ogromną siłę własnego medium skierował przeciwko osobie, która nie dysponowała porównywalnym zasięgiem ani możliwością obrony.

To nie jest odwaga. To korzystanie z przewagi.

Współczesne media bardzo często mylą te dwa pojęcia. Im większa publiczność, tym łatwiej autorowi uwierzyć, że każde przekroczenie granicy jest dowodem bezkompromisowości. Reakcja widzów daje poczucie słuszności, a popularność pozwala traktować brutalność jako element wyrazistego stylu.

Jednak przewaga nie staje się odwagą tylko dlatego, że publiczność nagradza ją brawami.

Dla jednych rozmowa, dla innych pręgierz.

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
Wybór Redakcji