Koniec amerykańskiego mitu. Dlaczego Waszyngton stracił kontrolę nad światem?
Muszę uderzyć się w pierś: nie doszacowałem skali globalnego przetasowania. Opierałem się na próbie zrozumienia strukturalnej rzeczywistości, naiwnie zakładając, że najważniejsi gracze będą postępować zgodnie z twardą logiką. Niestety, mój system oceny zawiódł w zderzeniu z chaosem. Prawda, którą Zachód wciąż wypiera, jest brutalna: największe, i być może militarnie najsilniejsze imperium w historii, de facto przegrało wojnę. Stany Zjednoczone wpadły w pułapkę własnej arogancji, a my wraz z nimi toniemy w iluzjach dawnego porządku, który na naszych oczach po prostu przestaje istnieć.
Koniec amerykańskiego mitu
Stany Zjednoczone poniosły wizerunkową i strategiczną klęskę w starciu z państwem traktowanym dotąd jak polityczny parias. Obserwuję tę sytuację bez żadnych złudzeń. Zrozummy jedną rzecz: gra nie toczy się już o wiarygodność Waszyngtonu, ponieważ ta została zniwelowana do zera. Amerykanie po prostu nie mają teorii zwycięstwa ani realnych narzędzi, by wymusić posłuszeństwo na Teheranie. Co zostało w tej sytuacji gospodarzowi Białego Domu? Trump zmuszony jest zarządzać własną porażką.
Moim zdaniem, o ile nie dokona on politycznego cudu, jego dziedzictwo jako prezydenta schyłkowego jest już bezpowrotnie określone. Teoretycznie mogliby przełamać opór, wchodząc na drabinę eskalacyjną, z której nie ma odwrotu.
Gdyby za wszelką cenę chcieli osiągnąć cel bez względu na koszty moralne, jedyną drogą byłoby użycie broni jądrowej w ramach strategii uderzeń w centra cywilne (tzw. counter value). Taki krok wygrałby militarną batalię, ale Stany Zjednoczone bezpowrotnie przegrałyby globalny pokój.
Europa, czyli bezbronny dom starców
A co z naszym kontynentem? Gdy patrzę na brukselskie czy berlińskie elity, przypomina mi się stary żydowski dowcip o zakładzie pogrzebowym i żłobku. Wyłania się z niego niezwykle trafny obraz dzisiejszego Zachodu: ten świat ani nie umarł, ani nie żyje – on się po prostu strategicznie męczy. Zostaliśmy uwięzieni w paradygmacie lat 90., ślepo przywiązani do form, z których dawno uleciała treść. Utraciliśmy konkurencyjność na rzecz Azji i udajemy, że wszystko jest w porządku. Szczególnie widać to za naszą zachodnią granicą.
Niemiecka gospodarka potężnie krwawi, a Europa, jako niezwykle bogate terytorium chronione przez rozleniwionych seniorów, staje się łatwym celem. Będzie to niesłychanie łakomy kąsek dla zdeterminowanych mocarstw.
W ujęciu brutalnej geopolityki jest to zjawisko ewolucyjnie pożądane i całkowicie naturalne – słabe, zmęczone cywilizacje prędzej czy później ustępują miejsca nowym, agresywniejszym graczom.
Polskie złudzenia i strategiczne harakiri
W Polsce tymczasem brniemy w oparach naiwnego romantyzmu. Zamiast budować własny, niezależny potencjał, wciąż liczymy, że w razie pożaru uratują nas potężni sojusznicy zza oceanu albo silni sąsiedzi. Część z nas wręcz z entuzjazmem dopinguje Berlin do remilitaryzacji, wierząc, że urosną oni w siłę wyłącznie po to, by nas chronić. Powiem to wprost: uważam to za jeden z najbardziej samobójczych impulsów w polskiej myśli strategicznej. Państwa nie mają przyjaciół, mają wyłącznie twarde interesy. Silne, uzbrojone Niemcy będą dysponować doskonałymi narzędziami, by realizować swoje cele polityczne absolutnie naszym kosztem.
Zmierzch pustych sojuszy
Ta sama twarda zasada odnosi się do naszych traktatowych gwarancji bezpieczeństwa. Sojusz Północnoatlantycki dawno stracił swój pierwotny, fundamentalny cel. NATO powstało w jasno określonych realiach, by powstrzymywać zagrożenie sowieckie, które w tamtej egzystencjalnej skali po prostu już nie występuje. Międzynarodowe instytucje potrafią trwać latami siłą inercji, służąc jako wygodne, biurokratyczne fasady. Jednak kiedy Stany Zjednoczone ostatecznie zważą gigantyczne koszty projekcji siły na świecie, po cichu wycofają się z Europy. Pakt na papierze z pewnością przetrwa, ale w praktyce nie będzie już spełniał żadnej użytecznej roli w kształtowaniu nowej architektury globalnego bezpieczeństwa.