Zalewski broni Bosaka ws. Collegium Humanum. Krysiak: dziennikarstwo na wyrywki, czyli śledztwo z kanapy
Wyobraźcie sobie psa. Ale nie takiego wiernego druha, który na każde zawołanie merda ogonem. Mówię o psie, który staje się głuchy, gdy wymagacie od niego wysiłku, za to na dźwięk otwieranej puszki z karmą melduje się w ułamku sekundy. Zastanawialiście się kiedyś, jak często ten sam mechanizm steruje naszymi mediami i opinią publiczną? Dziś przyjrzymy się anatomii medialnej manipulacji, w której fakty traktuje się jak szwedzki stół – wybiera się tylko te najbardziej „smaczne”, a całą resztę, jeśli nie pasuje do z góry założonej tezy, zapisuje gdzieś poza kadrem. Czas przestać dać się nabierać na dziennikarskie sztuczki, w których sympatie polityczne wygrywają z chłodną logiką i rzetelnością.
Dziennikarstwo na wyrywki, czyli śledztwo z kanapy
Czekacie na rzetelne, obiektywne dziennikarstwo? Ja też. Z wypiekami na twarzy odpaliłem materiał Igora Zalewskiego z Kanału Zero, licząc na ostre jak brzytwa śledztwo w sprawie afery Collegium Humanum i ekspresowej kariery Krzysztofa Bosaka. Zamiast tego otrzymałem 17 minut publicystycznej narracji, w której doświadczonego redaktora można by oskarżyć o pomieszanie kluczowych faktów.
Usłyszeliśmy na przykład, że sprawę Romana Giertycha umorzono za czasów ministra Żurka. Tymczasem dostępne komunikaty służb i medialne relacje pokazują, że decyzja o umorzeniu padła w czasie kadencji ministra Adama Bodnara. To nie jest tylko drobne przejęzyczenie – to wezwanie do refleksji nad tym, jak intensywnie weryfikowane są podstawowe linie czasu w takich materiałach. Kiedy dziennikarz polityczny z takim dorobkiem nie potrafi zachować spójności w najważniejszych elementach (np. nazwiskach ministrów i momentach decyzji), trudno mu wierzyć w sprawach, które rzekomo mają wagi państwowe.
Biurowy absurd i podpis warty miliony
Przejdźmy do konkretów i twardej logiki. W wielu materiałach wzięto w obronę Szymona Hołownię, kreując go na ofiarę zemsty politycznej, bo rzekomo agenci CBA ruszyli do Otwocka po jego podpis dokładnie dzień po tym, jak przestał być marszałkiem Sejmu. Brzmi dramatycznie? Tymczasem chronologia sugeruje zupełnie inną historię.
Prokuratura i oficerowie CBA z Rzeszowa kontaktowali się z urzędem w Otwocku na wiele tygodni przed końcem misji marszałka, czyli przed tym, jak 13 listopada przekazał władzę Włodzimierzowi Czarzastemu. Dlaczego to zajęło tyle czasu? Bo prezydent Otwocka zażądał oficjalnego nakazu od prokuratora. Pismo wędrowało więc z Rzeszowa do prokuratury w Katowicach, stamtąd z powrotem do Rzeszowa, a ostatecznie do centrali w Warszawie, skąd wyruszyli agenci. To prawdziwy biurokratyczny labirynt, a nie błyskawiczna egzekucja po utracie immunitetu.
Zastanówmy się racjonalnie: zdobycie próbki podpisu urzędującego marszałka Sejmu zajęłoby początkującemu policjantowi dokładnie półtorej minuty – to jest równie proste, jak znalezienie w sieci podpisu Donalda Trumpa. Prokuratura jednak potrzebowała poświadczonego, oficjalnego dokumentu do badań grafologicznych. Dlaczego? Bo sam Szymon Hołownia publicznie zasugerował, że jego podpis na dokumentach z Collegium Humanum mógł zostać sfałszowany. To on sam postawił pod znakiem zapytania autentyczność własnego podpisu – i to właśnie ten fakt powinien być w centrum dyskusji, a nie „przeskok CBA” kilka dni po utracie immunitetu.
Złote dziecko prawicy bez czasu na naukę
W tym całym oburzaniu się na „polityczne nagonki” gubi się jednak clou programu – Krzysztof Bosak. Zawsze merytoryczny, zawsze perfekcyjnie przygotowany do telewizyjnego starcia. Twarz, na którą często patrzą media jako na „symbol polskiej prawicy”. A jednak, gdy przyszło do edukacji w Collegium Humanum, ten wygadany polityk nagle zaczął unikać prostych odpowiedzi.
Za pośrednictwem pracowników uczelni zgromadzono relacje, które są dla niego niezbyt korzystne: student Bosak rzekomo nie miał czasu na tradycyjne studiowanie, a jego edukacją – w praktyce – zajmował się głównie jego asystent. Gdy dziennikarze pytają Bosaka wprost o obecność na zajęciach, ten jąka się i rzuca chaotyczne: „rozważałem to”, „nie bywałem na zajęciach”, bo – jak sam ostatecznie przyznaje – „sprawa jest niewygodna”. To jest ten moment, w którym widoczna jest przepaść między eleganckim wizerunkiem telewizyjnym a niezbyt komfortowymi szczegółami. Nieważne, jak gładko potrafisz mówić w świetle kamer – niezgodności i uniki same o sobie nie budują wizerunku osoby, której można wierzyć bez rezerwy.
Zobacz także:
Krytyczne myślenie w walce z półprawdą
Nie dajcie się karmić starannie wyselekcjonowanymi półprawdami. Dziennikarstwo uprawiające polityczny „cherry picking” – czyli wybieranie tylko tych faktów, które pasują do z góry określonej tezy, a zakopywanie całej reszty – nie służy wam, obywatelom. Kiedy następnym razem usłyszycie w mediach narrację, w której brakuje logiki, a oburzenie zastępuje fakty, przypomnijcie sobie wybrednego psa, który słucha komend tylko wtedy, gdy widzi przed sobą odpowiedni smakołyk. Wymagajcie twardych danych, weryfikujcie daty i nie pozwólcie, by niemerytoryczne emocje robiły z waszego zaufania polityczny łup. Wy zasługujecie na pełen obraz, a nie tylko na to, co akurat komuś na rękę.
Źródło: Goniec