Wyjątkowe wyznanie Łatwoganga po kolejnej akcji. Chodzi o Nawrockiego i rząd
Polska scena internetowa od dawna nie widziała tak potężnej mobilizacji. Łatwogang po raz kolejny udowodnił, że granice cyfrowego wsparcia nie istnieją, a charytatywny sukces może przybrać bezprecedensową skalę. Popularny twórca ponownie zabrał głos w sieci. Odniósł się do kwestii politycznych. Padły dosadne słowa o Karolu Nawrockim i rządzie.
Łatwogang bohaterem Polaków. O jego akcjach głośno poza granicami naszego kraju
Piotr Hancke, działający w przestrzeni wirtualnej pod pseudonimem Łatwogang, przez lata kojarzony był głównie z lekką formą rozrywki. Jego twórczość opierała się na humorystycznych nagraniach, absurdalnych eksperymentach społecznych i wyzwaniach rzucanych dziesiątkom tysięcy zaangażowanych widzów. Ten wizerunek uległ jednak diametralnej zmianie w połowie kwietnia tego roku, kiedy influencer postanowił przekuć swoje imponujące zasięgi w realne wsparcie dla najbardziej potrzebujących. Zorganizowana przez niego inicjatywa z miejsca przeszła do historii mediów cyfrowych na skalę światową. Dziewięciodniowa, nieprzerwana transmisja na żywo, zrealizowana na rzecz podopiecznych Fundacji Cancer Fighters, wyznaczyła zupełnie nowe standardy społecznej odpowiedzialności.

Wydarzenie to przyciągnęło przed monitory ogromną publiczność i stało się platformą zjednoczenia dla różnych środowisk. W małej kawalerce, zamienionej na tymczasowe studio nagraniowe, pojawiły się gwiazdy show-biznesu, znani polscy sportowcy, czołowi muzycy oraz reprezentanci biznesu. Każda zaproszona postać wnosiła swój wkład w budowanie zasięgów, co szybko przełożyło się na spektakularne rezultaty finansowe. Po zakończeniu medialnego maratonu na konto fundacji powędrowały gigantyczne pieniądze. Ostateczny wynik przekroczył 282 miliony złotych.
Tak ogromna kwota, przeznaczona na wsparcie onkologii dziecięcej, pokazała wyraźnie, że w momentach próby obywatele potrafią zjednoczyć się w mgnieniu oka, ignorując codzienne podziały. Twórca nie zamierzał jednak spocząć na laurach, przeczuwając, że polski system ochrony zdrowia potrzebuje jeszcze wielu podobnych, ratunkowych zastrzyków kapitału. Zaledwie kilka tygodni później ogłosił kolejny cel, który wymagał od niego jeszcze większego poświęcenia.
Katorżniczy wyścig z czasem przez całą Polskę na dwóch kółkach
Pod koniec maja gwiazdor internetu podniósł poprzeczkę, decydując się na morderczy sprawdzian fizycznej wytrzymałości. Wystartował jednośladem z Zakopanego, planując pokonanie ponad sześciuset sześćdziesięciu kilometrów aż na pomorskie wybrzeże w niezwykle rygorystycznym czasie. Cel tej wycieńczającej trasy był jeden, uratowanie życia dzieci, w tym ośmioletniego Maksa, małego Adasia oraz Wojtka u których zdiagnozowano dystrofię mięśniową Duchenne'a, czyli bardzo groźne schorzenie o podłożu genetycznym, prowadzące do stopniowego i nieodwracalnego zaniku tkanki mięśniowej. Jedyną szansą dla chłopców pozostawała innowacyjna i astronomicznie droga kuracja genowa, oferowana obecnie przez zagraniczne ośrodki, która absolutnie wykracza poza finansowe możliwości przeciętnej polskiej rodziny.
Piotr Hancke potrzebował zaledwie 53 godzin, by zameldować się na mecie w Gdańsku, gdzie czekały na niego setki rozentuzjazmowanych sympatyków. Jego heroiczny wysiłek, relacjonowany nieustannie w mediach społecznościowych, przyniósł efekty wykraczające poza najśmielsze oczekiwania ekspertów. Jak wynika z oficjalnych podsumowań, licznik wpłat zatrzymał się na kwocie około 20 milionów złotych. Wirtualna społeczność po raz kolejny stanęła na wysokości zadania, zabezpieczając koszty amerykańskiej terapii dla chłopców.
Sukces ten, choć niewątpliwie imponujący, uświadomił jednak organizatorowi gorzką prawdę o skali zjawiska. Zrozumiał on, że publiczne zrzutki, nawet te najbardziej spektakularne, stanowią zaledwie kroplę w morzu potrzeb medycznych i nie zastąpią sprawnie funkcjonującej machiny państwowej. To właśnie zderzenie szlachetnych ideałów z niewydolnym systemem pchnęło filantropa do wykonania kroku, który wstrząsnął opinią publiczną na najwyższym szczeblu.
Zobacz też: Szef ukraińskiego MSZ wbił szpilę Nawrockiemu. Poszło o jego reakcję, padły ostre słowa
Łatwogang zabrał głos. Odniósł się do kwestii politycznych
Łatwogang zdobył się na wyjątkowo osobiste wyznanie. W najnowszym nagraniu influencer opowiedział o presji, poczuciu zagubienia i trudnym momencie, z którym mierzył się mimo pozornie uporządkowanego życia. Już na początku filmu przyznał, że choć na zewnątrz nie zawsze było to widoczne, w rzeczywistości czuł się bardzo źle.
Mam uczucie, że ilość rzeczy, jakie chce zrobić, są niewykonalne po prostu i przez to nic nie robię czasem i czuję się wtedy najgorzej (...) Czuję taką mega presję. Boję się zawieść - mówił.
Twórca mówił o przytłaczającej liczbie planów i oczekiwań, które sam przed sobą stawiał. Jak wyznał, miał poczucie, że chce zrobić tak wiele rzeczy, iż stawały się one dla niego niewykonalne. To prowadziło do paraliżu, bezczynności i narastającego poczucia winy. Łatwogang przyznał też, że bał się zawieść innych. Najmocniejszy fragment nagrania dotyczył jednak jego życia prywatnego. Influencer podkreślił, że ma kochającą dziewczynę, rodzinę, pieniądze, możliwość podróżowania i spełniania marzeń, a mimo to nie czuje szczęścia takiego, jak wtedy, gdy miał znacznie mniej. Przyznał, że bywa zagubiony, nie radzi sobie z presją i czuje wstyd, mówiąc o tym publicznie.
To nie jest nagranie na zasadzie, że jest ciężko i sobie nie radziłem, tylko ja to nagrywam tylko po to, żeby pokazać, że można wszystko. Jeśli ktoś to widzi teraz, to mam nadzieję, że wszystko mi się udało i chciałbym zrobić coś dobrego przy tym. Chciałbym zrobić coś wielkiego i wiem, że dam sobie radę
Nagranie pojawiło się niedługo po kontrowersjach związanych ze zbiórką na rzecz dzieci z dystrofią mięśniową Duchenne’a i politycznym zamieszaniu po jego apelu do władz. Łatwogang zaznaczył jednak, że nie chciał tworzyć podziałów, a sam nie postrzega się jako osoba polityczna. Zapowiedział przerwę od internetu, podkreślając, że wydarzenia ostatnich tygodni były dla niego ogromnym obciążeniem.
Nie jestem osobą polityczną. W jakimś stopniu nie pomyślałem, że zwrócenie się do prezydenta i rządu może stać się polityczne. Jestem po prostu idiotą - podkreślił.