Ropa, której nie było, i pieniądze, które zniknęły. Kulisy afery Orlenu
Strata około 1,6 miliarda euro na transakcjach z wenezuelskimi pośrednikami to jeden z najbardziej zagadkowych i kosztownych epizodów w historii Orlenu. Według Kazimierza Krupy, dziennikarza ekonomicznego i komentatora rynku paliwowego, nie mamy do czynienia ani z nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ani z menedżerską niekompetencją. Jego zdaniem był to świadomy wybór, który dziś powinien stać się przedmiotem poważnego śledztwa.
Ropa z kraju rządzonego przez kartel
Szwajcarska spółka zależna Orlenu zawierała kontrakty na dostawy ropy z Wenezueli w okresie czasowego zawieszenia amerykańskich sankcji. Problem w tym, że surowiec nigdy nie dotarł do Polski, a pieniądze przepadły. Krupa zwraca uwagę, że wybór partnerów handlowych był skrajnie ryzykowny – i trudny do wytłumaczenia z punktu widzenia legalnego biznesu.
Zamiast współpracy z uznanymi koncernami z Norwegii czy Arabii Saudyjskiej, Orlen miał wejść w relacje z podmiotami powiązanymi z reżimem Nicolása Maduro. Krupa nie owija w bawełnę, opisując rzeczywistość tego państwa.
– Wenezuela, mimo że ma największe udokumentowane zasoby ropy na świecie, wydobywa jej coraz mniej, bo nie ma infrastruktury – mówi w rozmowie z Gońcem. – To kraj rządzony przez grupę przestępczą, która zamiast inwestować w przemysł, żyje z przemytu narkotyków.
W takim kontekście decyzja o wysłaniu tam setek milionów euro jawi się nie jako błąd, lecz jako działanie skrajnie nierozsądne – albo celowe.
„To nie był błąd”
Kwota 1,6 miliarda euro, która miała zostać przelana bez realnego zabezpieczenia dostaw, wyklucza – zdaniem Krupy – narrację o pomyłce czy braku doświadczenia.
– To nie są błędy. To jest zamierzone przestępstwo, a nie błąd – mówi Gońcowi.
Tym bardziej że w tamtym czasie Orlen był przedstawiany jako jeden z najnowocześniejszych i najlepiej zarządzanych koncernów paliwowych w Europie. Trudno więc uwierzyć, by nikt nie zdawał sobie sprawy z realiów politycznych i gospodarczych Wenezueli.
Straty te uderzają bezpośrednio w majątek państwowy, a pytanie o odpowiedzialność ówczesnego prezesa Daniela Obajtka i całego zarządu staje się nieuniknione.
Wielkie i małe afery Orlenu
Jednocześnie Krupa studzi oczekiwania wobec szybkiego rozliczenia największych decyzji strategicznych Orlenu, takich jak fuzja z Lotosem. Tego typu operacje – jego zdaniem – są niezwykle skomplikowane dowodowo i mogą ciągnąć się latami.
Dlatego ekspert proponuje inną ścieżkę: skoncentrowanie się na mniejszych, ale twardych i łatwych do udowodnienia nadużyciach finansowych.
– Trzeba znaleźć rzeczy proste. To są na przykład nieuzasadnione wydatki na adwokatów, eventy, które były skręcone, nadpłacone, przepłacone – wskazuje.
Takie sprawy nie wymagają armii biegłych ani wieloletnich analiz ekonomicznych. Wystarczy dokumentacja i zestawienie faktur z rzeczywistym zakresem usług.
Jednym z najbardziej obiecujących wątków jest sprawa usług detektywistycznych, na które Orlen miał wydać blisko 400 tysięcy złotych. Pieniądze te – według ustaleń medialnych – mogły zostać przeznaczone na inwigilację polityków ówczesnej opozycji.
– To będzie najprostsze do udowodnienia – mówi Gońcowi. – To konkretna decyzja, konkretna faktura i jasne przekroczenie uprawnień prezesa spółki paliwowej.
Wykorzystywanie państwowego giganta do walki politycznej nie mieści się w żadnym katalogu dopuszczalnych działań zarządu.
Lekcja z Al Capone
Krupa przywołuje znaną lekcję z historii kryminalistyki: Al Capone nie trafił do więzienia za morderstwa, lecz za oszustwa podatkowe. Nie dlatego, że były najcięższym przestępstwem, ale dlatego, że były najłatwiejsze do udowodnienia.
– Al Capone poszedł do więzienia nie za zamordowanie iluś osób, tylko za podatki, bo to dało się szybko i łatwo wykazać – przypomina.
W jego ocenie podobna strategia może okazać się skuteczna również w przypadku rozliczeń Orlenu z czasów Obajtka: mniej politycznych deklaracji, więcej żmudnej, ale konkretnej pracy na dokumentach.
Źródło: Goniec