Polskie firmy na celowniku Rosji jako "potencjalne cele ataku”. Były oficer odpowiada na groźby
Rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało listę europejskich zakładów, które rzekomo produkują drony dla Ukrainy. Znalazły się na niej polskie adresy, a Dmitrij Miedwiediew nazwał je wprost potencjalnymi celami. Skomentował to dla nas profesor Piotr Mickiewicz, politolog z Uniwersytetu Gdańskiego, były oficer Marynarki Wojennej i ekspert ds. rosyjskiej myśli strategicznej.
- Umieszczenie polskich zakładów na liście to klasyczna operacja psychologiczna mająca na celu zastraszenie europejskiej opinii publicznej
- Wypowiedzi prominentnych rosyjskich urzędników należy traktować jako narzędzie wywierania presji, a nie realne zapowiedzi kinetycznych uderzeń
- Polska musi niezwłocznie uruchomić oficjalne kanały dyplomatyczne w celu przekazania stanowczego protestu ambasadorowi Federacji Rosyjskiej
Wojna informacyjna i próba zastraszenia
Rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dokument wskazujący podmioty z ośmiu państw Europy, które mają stanowić zaplecze sprzętowe dla ukraińskiej armii. Zgodnie z wytycznymi Kremla, na terytorium Polski rzekomo funkcjonują dwa takie centra produkcyjne.
Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew niemal natychmiast określił wymienione fabryki mianem potencjalnych celów uderzeniowych dla rosyjskiej armii.
Profesor Piotr Mickiewicz interpretuje te działania jako standardowy mechanizm propagandowy, który nie powinien jednak prowokować paniki w Warszawie.
- Po pierwsze, jest to klasyczne działanie zastraszające, mające pokazać: mamy rozpoznanie, posiadamy własne systemy wywiadowcze, które pozwalają nam to zaprezentować. Wiemy, jak wygląda sytuacja, natomiast nie przesadzałbym z reakcjami na słowa eksprezydenta Miedwiediewa. To osoba, która w tej chwili bryluje w ostrych komentarzach, ale nie stoi za nią żadna siła.
Analizując wiarygodność komunikatów Kremla, badacz kładzie nacisk na realne wpływy polityczne osób wysuwających groźby, marginalizując pozycję byłego prezydenta. Jak zauważa profesor Piotr Mickiewicz:
- Formalnie pełni funkcję drugorzędną w systemie władzy w Moskwie, a wszyscy wiemy, że jest to osoba uzależniona od alkoholu. Pozostaje pytanie, w jakim stanie te słowa pisał.
Zdecydowana reakcja państwa polskiego
Wykorzystanie w oficjalnej narracji polskich adresów bezwzględnie wymaga podjęcia konkretnych kroków przez rząd w Warszawie. Przemilczenie oskarżeń mogłoby zostać zinterpretowane przez wroga jako słabość państwa.
- Jak powinniśmy zareagować? Powinniśmy po prostu bardzo jednoznacznie przekazać drogą dyplomatyczną i informacyjną, że takie sformułowania są niedopuszczalne. Jesteśmy suwerennym krajem, którego zakłady produkcyjne mają prawo produkować, co chcą i gdzie chcą, oraz kooperować gospodarczo, z kim chcą, o ile nie łamią przepisów prawa.
Zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego, ochrona interesu narodowego wymaga bezpośredniej konfrontacji na gruncie dyplomatycznym. Profesor Piotr Mickiewicz precyzuje niezbędne narzędzia i procedury w stosunku do przedstawicielstwa dyplomatycznego:
- Należy również zażądać od ambasadora wyjaśnień, dlaczego padły słowa sugerujące potencjalny cel ataku, ponieważ jest to naruszenie suwerenności państwa.
Ekspert podkreśla przy tym, że stanowisko Warszawy musi być precyzyjnie wyważone – wolne od eskalacyjnej retoryki, lecz kategoryczne z punktu widzenia ochrony racji stanu:
- Potrzebna jest bardzo stanowcza, ale spokojna reakcja dyplomatyczna, która pokaże, że jesteśmy krajem suwerennym i nie pozwalamy sobie na takie sformułowania. Wypowiedziane bądź co bądź przez urzędnika struktur aparatu władzy, a także – jakby nie patrzeć – byłego prezydenta Federacji Rosyjskiej.
Cel: wywarcie presji, a nie akt sabotażu
Umieszczenie polskich podmiotów na jawnej, rosyjskiej liście rodzi w debacie publicznej uzasadnione pytania o fizyczne bezpieczeństwo obiektów. Istnieje fundamentalny dylemat, czy upublicznienie lokalizacji to wyłącznie gra słów, czy rzeczywisty wstęp do działań sabotażowych ze strony nieprzyjacielskich służb na terenie Rzeczypospolitej.
- Nie obawiam się przygotowań do jakichś konkretnych działań, ponieważ to byłoby już zbyt jednoznacznie kojarzone. Jakikolwiek akt sabotażu po takiej wypowiedzi wskazywałby bardzo wyraźnie, że stoją za tym Rosjanie.
Prawdopodobieństwo fizycznego ataku jest znikome, ponieważ bezpośredni incydent zdemaskowałby sprawców i wymusiłby twardą odpowiedź struktur euroatlantyckich. W ocenie profesora Piotra Mickiewicza Moskwa kalkuluje zyski z tych działań jako sukcesy zlokalizowane wyłącznie w przestrzeni informacyjnej:
- To z kolei mocno zaogniłoby stosunki, a nie sądzę, aby sami Rosjanie byli zainteresowani takim rozwiązaniem. Chodzi tu raczej o wywarcie presji i stworzenie nowego faktu medialnego.
Konstruowanie tzw. list celów ma ściśle określonego, zagranicznego odbiorcę. Mechanizm ten jest precyzyjnie wycelowany w rozbicie wewnętrznej jedności sojuszników wspierających zmagania na froncie wschodnim:
- Celem jest to, aby część obywateli Unii Europejskiej, mniej entuzjastycznie nastawionych do wspierania Ukrainy, usłyszała przekaz, że oto w tej antyrosyjskiej Polsce buduje się uzbrojenie, które niszczy wybrane obiekty Federacji Rosyjskiej.
Źródło: Goniec.pl