Od biznesu wartego 300 mln zł do bankructwa. Palikot: "To oni mnie zniszczyli"
Janusz Palikot stanowczo odrzuca oskarżenia o celowe zrujnowanie swojego biznesu i pozbawienie ludzi oszczędności życia. W programie Gońca “Prześwietlenie” dawny lider Twojego Ruchu i twórca alkoholowego imperium Manufaktura Piwa Wódki i Wina zrzuca całkowitą winę za finansową katastrofę na organy państwowe oraz zorganizowaną kampanię w mediach. Biznesmen mówi o politycznym zablokowaniu debiutu giełdowego, wielomiesięcznej bezczynności prokuratury i skardze skierowanej prosto do Strasburga.
Polityczna blokada i medialny lincz?
Palikot odpiera zarzuty o to, że jego nietrafione decyzje finansowe doprowadziły dziesiątki inwestorów do strat. Według niego kluczową przyczyną problemów było celowe zablokowanie debiutu jego spółki na giełdzie. Były polityk podkreśla w rozmowie z Gońcem, że giełdowe plany miały twarde podstawy ekonomiczne, a odmowa wynikała wyłącznie z zakulisowych nacisków ówczesnego obozu władzy.
– Spółka Manufaktura Piwa Wódki i Wina była wyceniana na 300 milionów złotych w momencie, w którym składaliśmy wniosek o dopuszczenie do Giełdy Papierów Wartościowych w 2021 roku – tłumaczy przedsiębiorca. – Tylko z powodów politycznych do tej zgody nie doszło.
Dawny parlamentarzysta uważa również, że ostatecznym gwoździem do trumny jego biznesu była zmasowana kampania w prasie. W jego ocenie nie był to rzetelny nakaz informowania opinii publicznej, lecz inspirowany politycznie atak ze strony konkretnych redakcji.
– Inwestorzy stracili pieniądze przez prokuratora i nagonkę dziennikarzy – ucina krótko Palikot, kierując ostrzejsze słowa pod adresem portali informacyjnych. – To dziennikarze z Money.pl i Wirtualnej Polski, ci, którzy brali pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości i byli skorumpowani przez polityków PiS, zrobili tę nagonkę. W jej wyniku prokurator postawił zarzuty, doprowadzając do upadłości spółki – mówi Gońcowi.
„Kuriozalna” bierność organów ścigania
Biznesmen kieruje niezwykle ciężkie oskarżenia pod adresem wymiaru sprawiedliwości. Zwraca uwagę, że aparat państwowy uderzył w niego w sposób bezwzględny, a on sam – jak twierdzi w rozmowie z Gońcem – na długo przed zatrzymaniem w październiku 2024 roku deklarował śledczym chęć pełnej współpracy i złożenia wyjaśnień.
– Na wiele miesięcy, prawie rok przed aresztowaniem, zgłosiłem się do prokuratury z prośbą o przesłuchanie – punktuje Palikot, wytykając celowe ignorowanie jego inicjatywy. – Prokurator nie chciał mnie przesłuchać.
Dziś, z perspektywy czasu, przedsiębiorca nie kryje potężnej frustracji tempem prac nad jego sprawą. Skarży się na to, że wymiar sprawiedliwości zastosował wobec niego areszt, nie potrafiąc jednocześnie sformułować oficjalnego aktu oskarżenia przed sądem.
– Minęły rok i cztery miesiące, nie jestem oskarżony. Nie zostały przeprowadzone żadne czynności przez prokuraturę. To sytuacja kuriozalna – podkreśla. Emocje biorą jednak górę, gdy były polityk ocenia ogólne działanie organów państwa. – W jakim my państwie żyjemy? Dlaczego prokurator nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, że wsadził mnie do więzienia, kiedy po tak długim czasie dalej nie sformułował aktu oskarżenia?
Konsekwencje tej bierności i przewlekłości śledztwa okazały się dla Palikota dramatyczne na wielu płaszczyznach.
– Mam zrujnowane zdrowie, finanse, reputację i sytuację rodzinną – wylicza z żalem.
Skarga w Strasburgu i wyprzedaż za bezcen
Były polityk postanowił nie czekać biernie na rozwój wydarzeń w kraju i przeniósł batalię na szczebel międzynarodowy. Poinformował w “Prześwietleniu”, że organy europejskie przyglądają się już nadużyciom, jakich miały się dopuścić polskie służby – zwłaszcza w kontekście głośnej sprawy naruszenia tajemnicy adwokackiej i analizowania korespondencji między zatrzymanym a jego obrońcą, mecenasem Jackiem Dubois.
– Złożyłem wniosek do Trybunału w Strasburgu z tezą o nadużyciu władzy przez państwo polskie wobec mnie i mecenasa Dubois. Ten wniosek został przyjęty – argumentuje Palikot, widząc w tym potwierdzenie zasadności swoich skarg.
Tymczasem w Polsce nad ruinami dawnego biznesowego imperium wciąż krąży syndyk, próbując spieniężyć to, co zostało ze znanej marki. Majątek, wyceniany jeszcze niedawno na setki milionów złotych, dziś jest wystawiony za ułamek tej kwoty. Rynek jednak milczy.
– Syndyk nie ma żadnej oferty na kupienie tego nawet za te 23 miliony złotych – podsumowuje gorzko biznesmen, obserwując ostateczny upadek swojego wieloletniego projektu.
Źródło: Goniec