Nie uwierzysz, ilu żołnierzy wyśle na Grenlandię ten kraj. Jest też stanowisko Polski
Arktyczna wyspa, która przez dekady była postrzegana jako spokojne zaplecze strategiczne Zachodu, nagle znalazła się w samym środku globalnej rozgrywki. Wypowiedzi płynące z Waszyngtonu uruchomiły reakcję łańcuchową w Europie, a państwa NATO zaczęły wysyłać sygnały polityczne, które mogą zaważyć na przyszłości całego sojuszu.
- Skromny ruch Norwegii – dlaczego ma tak duże znaczenie
- Europa reaguje, Polska stawia wyraźną granicę
- Grenlandia jako pole gry mocarstw
Skromny ruch Norwegii – dlaczego ma tak duże znaczenie
Norwegia zdecydowała się na krok, który na pierwszy rzut oka wygląda niemal anegdotycznie, a w rzeczywistości jest starannie przemyślanym komunikatem politycznym. Oslo wysłało na Grenlandię dwóch żołnierzy, których zadaniem jest rozpoznanie sytuacji i sprawdzenie możliwości współpracy z innymi sojusznikami. Minister obrony Tore O. Sandvik wyjaśnił, że nie jest to zapowiedź większej operacji wojskowej, lecz element procesu analitycznego prowadzonego wspólnie z partnerami w NATO.
Ten symboliczny kontyngent ma kilka warstw znaczeniowych. Po pierwsze, Norwegia pokazuje solidarność z Danią, do której należy Grenlandia. Po drugie, Oslo demonstruje gotowość do działania, nie prowokując jednocześnie eskalacji. Dwa mundury na lodowej wyspie są bardziej politycznym znakiem niż realną siłą bojową – sygnałem wysłanym do Waszyngtonu, że Europa obserwuje sytuację i nie zamierza jej ignorować.
Warto pamiętać, że Norwegia posiada ogromne doświadczenie w działaniach arktycznych. Jej wojsko od lat ćwiczy w warunkach ekstremalnego zimna i trudnego terenu. Wysłanie nawet nie

wielkiego zespołu oznacza więc dostęp do unikalnej wiedzy, która w razie dalszego zaostrzenia kryzysu może okazać się kluczowa.
Europa reaguje, Polska stawia wyraźną granicę
Norweski gest nie jest odosobniony. Szwedzi wysłali kilku oficerów, Francuzi utrzymują na Grenlandii kilkunastu żołnierzy, a Paryż zapowiedział także wzmocnienie swojej obecności dyplomatycznej poprzez otwarcie konsulatu. Te działania składają się na szerszy obraz europejskiej solidarności z Danią i autonomicznym rządem Grenlandii.
Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że europejskie stolice balansują między pokazaniem jedności a obawą przed otwartą konfrontacją z USA. W tym kontekście stanowisko Polski wyróżnia się swoją jednoznacznością. Premier Donald Tusk publicznie wykluczył wysłanie polskich wojsk na wyspę, podkreślając, że konflikt zbrojny między państwami NATO byłby polityczną katastrofą.
Polska dyplomacja stawia na obronę zasady nienaruszalności granic i pełne poparcie dla Danii, ale bez wchodzenia w militarną spiralę. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zwrócił uwagę, że rozbicie jedności NATO byłoby prezentem dla Rosji i Chin. Z perspektywy Warszawy kluczowe jest więc utrzymanie spójności sojuszu, nawet jeśli oznacza to odmowę udziału w symbolicznych, lecz ryzykownych gestach wojskowych.
Grenlandia jako pole gry mocarstw
U źródeł kryzysu leżą deklaracje prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który ponownie zaczął mówić o potrzebie przejęcia Grenlandii przez USA. Waszyngton argumentuje to względami bezpieczeństwa i rywalizacją z Chinami oraz Rosją w Arktyce. Choć oficjalnie mowa jest o próbach „nabycia” wyspy, niektóre wypowiedzi amerykańskich urzędników sugerują, że także scenariusze siłowe nie zostały całkowicie wykluczone.
Dla Danii i Grenlandii takie podejście jest nie do przyjęcia. Kopenhaga podkreśla, że suwerenność wyspy nie podlega negocjacjom, a rząd w Nuuk coraz głośniej mówi o własnym prawie do decydowania o przyszłości terytorium. W tej napiętej atmosferze europejskie kraje NATO starają się wysyłać sygnały wsparcia, jednocześnie unikając otwartego starcia z najpotężniejszym członkiem sojuszu.
Operacja Arctic Endurance, w ramach której na Grenlandii pojawiają się niewielkie kontyngenty z różnych państw, ma w praktyce kupić czas dla dyplomacji. Każdy żołnierz, każdy oficer i każdy komunikat polityczny to element gry, w której stawką jest nie tylko los arktycznej wyspy, lecz także wiarygodność NATO jako wspólnoty obronnej.
