Największa afera obozu Ziobry. Kto tak naprawdę pogrążył PiS?
Afera Funduszu Sprawiedliwości uchodzi dziś za jeden z najbardziej newralgicznych punktów rozliczeń z poprzednią władzą. Nie tylko ze względu na skalę możliwych nadużyć, ale przede wszystkim dlatego, że kluczowe dowody nie pochodzą od politycznych przeciwników, lecz z samego środka obozu Zjednoczonej Prawicy. Nagrania, dokumenty i listy zostały wytworzone przez osoby bezpośrednio zaangażowane w funkcjonowanie funduszu, co znacząco utrudnia obronę przed zarzutami o „polityczne polowanie”.
Materiał powstał na podstawie rozmowy z Wojciechem Mulikiem.
„Samobójcze” dowody
Sprawa Funduszu Sprawiedliwości wyróżnia się na tle innych afer tym, że – jak zauważa Wojciech Mulik – jej bohaterowie sami stworzyli aparat dowodowy przeciwko sobie. Nagrywali rozmowy, podpisywali dokumenty i prowadzili korespondencję, która dziś stanowi podstawę śledztwa.
Centralną postacią tej historii stał się Tomasz Mraz, dyrektor funduszu, który zdecydował się ujawnić kulisy rozdysponowywania publicznych pieniędzy. Jego relacje pozwoliły zajrzeć do środka mechanizmu decyzyjnego w resorcie sprawiedliwości.
– Oni sami dostarczyli asortymentu i rzeczywiście została wybrana pewna linia, taki motyw przewodni całej opowieści o rozliczeniach – mówi Wojciech Mulik.
Z nagrań wynika, że osoby odpowiedzialne za fundusz miały świadomość ryzyka prawnego. W prywatnych rozmowach pojawiały się obawy przed odpowiedzialnością karną, co stoi w sprzeczności z późniejszymi publicznymi zapewnieniami, że były to jedynie biurowe żarty.
Tymczasem realne przepływy pieniędzy wskazują na system zaprojektowany tak, by zaspokajać potrzeby partyjnych liderów i ich zaplecza – kosztem ofiar przestępstw, dla których fundusz został formalnie powołany.
Zeznania „od środka”
Punktem zwrotnym w śledztwie okazały się zeznania Waldemara G., prawnika znanego z reprezentowania Zjednoczonej Prawicy przed europejskimi trybunałami. Po popadnięciu w problemy prawne zdecydował się on na współpracę z prokuraturą.
W swoich relacjach opisał strukturę podległości służbowej oraz proces podejmowania decyzji w Ministerstwie Sprawiedliwości. Z jego zeznań miało wynikać, że kluczowe rozstrzygnięcia dotyczące wydatkowania środków z Funduszu Sprawiedliwości zapadały bezpośrednio na najwyższym szczeblu politycznym.
– To nie jest dyskusja między dwiema stronami sporu, gdzie jedna niesłusznie oskarża drugą. To jest sytuacja, w której wy sami oskarżaliście się nawzajem – podkreśla Wojciech Mulik.
Znaczącym elementem materiału dowodowego jest także list Jarosława Kaczyńskiego do Zbigniewa Ziobry, w którym prezes PiS ostrzegał przed politycznym wykorzystywaniem funduszu. Dokument ten pokazuje, że świadomość nadużyć istniała również na najwyższych szczeblach władzy.
„Listek figowy” i polityczna skarbonka
Z ujawnionych nagrań wyłania się obraz Funduszu Sprawiedliwości jako narzędzia budowania politycznych wpływów. Pieniądze trafiały na przedsięwzięcia, które miały przynosić konkretne korzyści wizerunkowe: od wozów strażackich po inwestycje infrastrukturalne związane z organizacjami przychylnymi władzy.
W rozmowach pojawia się koncepcja tworzenia uzasadnień merytorycznych dla łączonych projektów, określanych jako „listek figowy”, mający przykryć rzeczywiste intencje decydentów.
– Trzeba w to brnąć, trzeba w to, drodzy państwo, brnąć, bo inaczej będzie katastrofa – mówił Marcin Romanowski w jednym z ujawnionych nagrań.
Takie wypowiedzi świadczą o determinacji, by kontynuować działania mimo narastających wątpliwości prawnych. Konkursy – jak wynika z materiałów – bywały przygotowywane pod konkretne podmioty, które jeszcze przed ich ogłoszeniem rozpoczynały inwestycje, licząc na pewne finansowanie.
Ucieczka liderów
Obecna sytuacja Zbigniewa Ziobry, który nie stawia się przed organami ścigania i przebywa na Węgrzech, jest przez komentatorów odczytywana jako element politycznej gry. Zamiast osłabiać narrację rządu o rozliczeniach, jego nieobecność wzmacnia wizerunek polityka stawiającego się ponad prawem.
– Ja nie kłamię. Ja na razie nie mówiłem prawdy. Ja nie przewróciłem się, nie leżę na ulicy – ja tylko na razie odpoczywam na chodniku – ironizuje Wojciech Mulik, komentując tłumaczenia o rzekomym braku ucieczki.
Pobyt byłego ministra sprawiedliwości pod ochroną węgierskiego premiera stał się dla obecnej władzy argumentem w debacie o konieczności rozliczeń.
Źródło: Goniec