Co jeśli Iran pójdzie po bombę? Ekspert: "Po tej operacji ma ku temu więcej powodów"
Atak USA na Iran wywołał globalny szok i natychmiastowe pytanie: po co to było? W wersji oficjalnej – chodzi o bezpieczeństwo i „zatrzymanie” irańskich ambicji. W wersji, która coraz mocniej przebija się do poważnej debaty strategicznej – o presję, improwizację i politykę wizerunku. Jakie mogę być tego konsekwencje? Szczegół w rozmowie z Goniec.pl wyjaśnia ekspert w zakresie geopolityki Albert Świdziński.
Dlaczego Donald Trump zaatakował Iran?
Z punktu widzenia interesów USA trudno znaleźć spójne uzasadnienie dla uderzenia. Tym bardziej że jeszcze kilka miesięcy wcześniej z Waszyngtonu płynęły zapewnienia o „zniszczeniu” irańskiego programu nuklearnego. Jeśli ten przekaz miał być prawdziwy, dzisiejsza eskalacja podcina własną narrację Amerykanów. Jeśli nie był – kompromituje wiarygodność.
– Z perspektywy strategii i uzasadnienia interesów USA nie jestem w stanie znaleźć logicznego powodu – mówi Gońcowi Albert Świdziński.
W tle pojawia się wątek, który jeszcze niedawno brzmiałby jak publicystyczna przesada, dziś jednak pada wprost w analizach: Izrael jako państwo zdolne wywierać realny nacisk na decyzje w Białym Domu.
– Najbardziej szalone jest to, że to już się pojawia w poważnym dyskursie. To nie jest teoria spisku, że po prostu Izrael ma znaczące lewary polityczne na Trumpa w ten czy inny sposób – podkreśla.
Do tego dochodzi czynnik, którego nie da się opisać klasycznym językiem długofalowej strategii. Donald Trump bywa politykiem działającym w rytmie impulsu, potrzeby dominacji w przekazie dnia i logiki transakcyjnej, nie planu.
– Problem polega na tym, że niekoniecznie Donald Trump, w przeciwieństwie do niektórych ludzi w jego administracji, musi kierować się logiką strategii – mówi Świdziński.
Dekapitacja w Teheranie i ryzyko nuklearyzacji
W trakcie amerykańsko-izraelskich nalotów zginął najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei. Sposób, w jaki do tego doszło – bez spektakularnej ucieczki do bunkra, we własnym domu – uruchomił spekulacje o stanie reżimu i o tym, czy Teheran w ogóle jest dziś zdolny do spójnej odpowiedzi.
W tym punkcie pojawia się paradoks: zbrojna dekapitacja może nie tylko nie osłabić państwa, ale popchnąć je w stronę najszybszej możliwej odpowiedzi strategicznej – bomby atomowej. Jeśli kolejne kierownictwo uzna, że jedyną realną polisą na przetrwanie jest odstraszanie nuklearne, operacja, która miała „zwiększyć bezpieczeństwo”, zacznie produkować odwrotny efekt.
– Teraz Iran ma znacznie więcej powodów, żeby doprowadzić do nuklearyzacji – zaznacza Świdziński.
Ekspert wskazuje też na brutalną lekcję z historii: trwałej zmiany władzy nie da się przeprowadzić samymi uderzeniami z powietrza. Bez wejścia na teren przeciwnika i utrzymania go siłą, reżim może się odtworzyć – albo zmienić w jeszcze bardziej nieprzewidywalną strukturę.
– Zawsze mówiłem, że trzeba wejść do stolicy czołgiem, powiesić wszystkich, swoich osadzić i jeszcze dopilnować, żeby nie zostali obaleni – mówi Świdziński, podkreślając logikę „twardej” zmiany systemu, której Zachód realnie nie jest gotów ponieść.
Sojusznicy bez tarczy i koszt, którego nikt nie policzył
Eskalacja uderza nie tylko w Teheran. Gdy w regionie zaczyna brakować sprawnej amerykańskiej tarczy bezpieczeństwa, rośnie panika nawet w państwach uchodzących dotąd za bezpieczne przystanie kapitału. Jeśli Dubaj i Zjednoczone Emiraty Arabskie stają się celem uderzeń odwetowych, to znaczy, że gwarancje, na których przez lata opierał się porządek w Zatoce, kruszeją szybciej niż dyplomaci zdążą napisać oświadczenia.
W rozmowie pojawia się też szczegół, który dla państw takich jak Polska brzmi jak sygnał alarmowy: sprzęt i instalacje obronne mają ograniczoną „pojemność”, a priorytety Waszyngtonu są coraz bardziej selektywne. Jeśli elementy obrony są przerzucane do ochrony Izraela, inni partnerzy w regionie dostają komunikat, że w krytycznym momencie mogą zostać sami.
Równocześnie w USA narasta problem strukturalny: ograniczona zdolność przemysłu do szybkiego uzupełniania nowoczesnych środków obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. A to już nie jest kwestia jednej kampanii, tylko kondycji państwa.
– Potęgę państw mierzy się nie w kategoriach absolutnych, tylko relatywnie do przeciwnika. Stany Zjednoczone nigdy nie mierzyły się z takim przeciwnikiem jak Chiny w całej swojej historii – zauważa Świdziński.
W tle jest więc coś więcej niż Bliski Wschód: strategiczne przeciążenie i rosnąca presja rywalizacji w Indopacyfiku. Kolejne konflikty „na obrzeżach” wyczerpują zasoby, które w logice Waszyngtonu powinny być odkładane na konfrontację z Pekinem.
– Wojen najlepiej nie zaczynać, jeśli nie ma się pewnego przekonania, że się je wygra. Dlatego mówi się, że wojny są błędami w systemie – że ktoś coś bardzo źle wymierzył – mówi ekspert w rozmowie z Gońcem.
Europa i podwójna moralność Zachodu
Pierwsze reakcje europejskich przywódców – jak wynika z rozmowy – miały charakter niemal automatyczny: wezwania do „powściągliwości” kierowane głównie pod adresem Iranu, przy równoczesnym przemilczeniu faktu użycia siły przez USA i Izrael. Taka postawa, zestawiona z moralnym oburzeniem Zachodu na łamanie prawa międzynarodowego w innych konfliktach, ma efekt destrukcyjny: demoluje resztki wiarygodności.
– Cały Zachód błyskawicznie wyprzedaje resztki swojej wiarygodności i swojego soft poweru, który teraz już jest ponurym żartem i to już wszyscy widzą – mówi Świdziński.
I idzie dalej, opisując stan europejskich elit jako polityczną bezradność, która każe im powtarzać cudze frazy zamiast budować własną pozycję.
– Wydaje mi się, że te europejskie elity są tak bezradne i tak rozbrojone intelektualnie i moralnie, że są gotowe sprzedać własne dzieci – dodaje.
Zmierzch hegemonii i rozmontowywanie reguł gry
W tej opowieści najważniejsza jest jednak diagnoza dotycząca systemu. Świdziński przekonuje, że Stany Zjednoczone nie tylko tracą zdolność do stabilizowania ładu, ale same zaczynają podważać jego fundamenty – od zasad użycia siły po reguły handlu i instytucje, które przez dekady budowały przewagę Zachodu.
– Stany Zjednoczone aktywnie nie tylko podważają bardziej subtelne elementy porządku międzynarodowego, ale też te najbardziej rdzeniowe zasady – mówi.
W efekcie świat wchodzi w okres, w którym reguły przestają działać nie dlatego, że ktoś je łamie „na peryferiach”, lecz dlatego, że łamią je ci, którzy dotąd mieli ich pilnować. A to otwiera epokę brutalnej, lokalnej rywalizacji o strefy wpływów – z mniejszą ilością bezpieczeństwa i większą liczbą kalkulacji, które mogą się skończyć katastrofą.
– Stany Zjednoczone rozmontowują to już od pierwszego Trumpa, potem z Bidenem i teraz znowu Trumpem. Taki system nie jest długo utrzymywalny i moim zdaniem długo się nie utrzyma. To jest końcówka – podsumowuje Świdziński.
Cała rozmowa dostępna w programie "Obraz Świata" na kanale Gońca: