Tej afery boją się Polscy politycy. Nowe fakty o nagraniach z agencji towarzyskich
10 grudnia 2025 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie zapadł wyrok, który zamiast przybliżyć nas do prawdy o jednej z najbardziej ponurych afer III RP, pozostawia po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.
Sprawa dotyczyła nagrań z agencji towarzyskich na Podkarpaciu – materiałów, które przez lata miały krążyć w obiegu służb i polityki, kompromitując ludzi z samego szczytu władzy. Ostatecznie jednak na ławie oskarżonych znalazł się tylko jeden człowiek: były agent CBA Wojciech Janik. I tylko on został skazany.
Janik usłyszał wyrok dwóch lat i trzech miesięcy bezwzględnego więzienia za składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenia oraz ujawnienie informacji niejawnych. Nikt inny – ani właściciele agencji towarzyskich, ani funkcjonariusze, ani politycy, których nazwiska przez lata pojawiały się w kuluarach – nie poniósł odpowiedzialności.
Pozostaje pytanie: co działo się tam naprawdę?
Kara dla tego, który powiedział za dużo
W tej historii szczególnie uderzające jest to, że państwo zdecydowało się ukarać właśnie sygnalistę. Człowieka, który jako pierwszy opowiedział o istnieniu kompromitujących materiałów i mechanizmach ich wykorzystywania. Z perspektywy instytucji państwa wysłany został jasny sygnał: ujawnianie patologii może skończyć się więzieniem.
To kolejny dowód na głęboki problem z funkcjonowaniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Instytucji, która miała walczyć z korupcją, a w pewnym momencie zaczęła pełnić zupełnie inną rolę.
CBA miało zajmować się korupcją, a nie być polityczną policją.
Skazanie Janika nie zamyka sprawy afery podkarpackiej. Ono ją zamraża – i skutecznie odstrasza innych potencjalnych świadków.
Zaginiona płyta i strach władzy
Centralnym wątkiem procesu była kwestia rzekomej płyty wideo, która – według Janika – miała dokumentować spotkanie ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego z 14-letnią dziewczyną z Ukrainy w jednym z podkarpackich domów publicznych. Sąd uznał te zeznania za niewiarygodne, wskazując, że płyta nigdy nie została odnaleziona, a wersji Janika nie potwierdził żaden inny świadek.
Tyle że sądowa ocena wiarygodności to jedno, a reakcja służb – drugie. Bo z materiałów, do których dotarłem, wynika jasno, że kierownictwo CBA traktowało tę informację śmiertelnie poważnie.
W poszukiwania zaangażowano nie tylko CBA, ale także Agencję Wywiadu, która sprawdzała tropy prowadzące m.in. na Ukrainę. Skala operacji pokazuje jedno: strach przed kompromitującymi nagraniami był w kręgach władzy realny. I to strach paraliżujący.
Bracia R. i system nagrań
Afera podkarpacka nie ogranicza się jednak do polityków. W jej centrum znajduje się także świat zorganizowanej przestępczości. Kluczową rolę odgrywali tzw. bracia R. – obywatele Ukrainy o rosyjskich korzeniach – właściciele agencji towarzyskich i hoteli, w których masowo nagrywano klientów.
Nagrania miały dotyczyć ludzi z elity: prawników, biznesmenów, polityków. Materiały te – jak wynika z relacji świadków – były wykorzystywane do szantażu i budowania wpływów. Mimo to działalność braci R. przez lata spotykała się z wyjątkową pobłażliwością wymiaru sprawiedliwości.
Tajemnicza śmierć świadka
Najciemniejszym punktem tej historii pozostaje śmierć boksera Dawida Kosteckiego. Człowieka, który znał realia podkarpackiego układu, bywał w agencjach towarzyskich i – co kluczowe – zaczął współpracować z organami ścigania.
Oficjalnie popełnił samobójstwo w celi. Ale sposób, w jaki to rzekomo zrobił, budzi ogromne wątpliwości.
On powiesił się, leżąc we własnym łóżku.
Kostecki miał być jednym z kluczowych świadków w sprawie systemowego nagrywania VIP-ów. Jego śmierć skutecznie zamknęła ten wątek.
To jeszcze nie jest koniec
Na koniec warto dodać jeszcze jeden element: wyrok wobec Wojciecha Janika wydał sędzia powołany w procedurze, która od lat budzi kontrowersje i jest kwestionowana na arenie międzynarodowej. To oznacza, że w przyszłości cały proces może zostać uznany za wadliwy lub nieważny.
Afera podkarpacka pozostaje więc sprawą niedomkniętą. Z politykami, których nazwiska krążą w tle, z nagraniami, których oficjalnie „nie ma”, i z państwem, które – zamiast wyjaśniać – woli karać tych, którzy mówią za dużo.
To nie jest finał tej historii. To tylko kolejny dowód na to, jak bardzo III RP nie potrafi rozliczać własnych demonów.
Źródło: Goniec