Mroczne kulisy aktorstwa. Musiałowski o przemocy w szkole filmowej: "Wstawałem i mówiłem: dosyć"
Rozmowy o branży filmowej rzadko bywają tak szczere, a opowieści o sławie najczęściej kryją się za zmową milczenia. Maciej Musiałowski w szczerej rozmowie z Gońcem obnaża brutalną prawdę o kosztach życia na świeczniku i pracy na skrajnych emocjach.
– Zdarzyło mi się w życiu, że kilka razy zaskoczyłem sam siebie reakcją, czymś, co nie wypływało ze mnie do końca – mówi.
W jednym z najbardziej osobistych wątków rozmowy artysta bez wahania odnosi się do przekraczania granic w polskiej edukacji artystycznej. Pytany o nadużycia, stawia sprawę jasno:
– Wielokrotnie podejmowałem takie wybory, że wstawałem i mówiłem: dosyć, nie wolno tak robić, to jest niemoralne.
Musiałowski nie ukrywa również, że ciągłe wystawienie na opinię publiczną i oceny brukowców bywa dla niego wyniszczające.
– To jest chyba jedna z najciemniejszych stron życia na świeczniku: nie masz często szansy wypowiedzenia się i zawalczenia o swoje – podkreśla, mówiąc o bólu funkcjonowania pod obstrzałem mediów.
Pytany o zawiść w środowisku filmowym i rywalizację o najbardziej pożądane role, ucina wszelkie spekulacje jednym, mocnym podsumowaniem:
– Pies nie ściga się z koniem na zawodach. Każdy ma swoją ścieżkę i swoją drogę.
Mroczna strona aktorstwa i praca na skrajnych emocjach
Wejście w głąb zawodu aktora wiąże się z potężnym obciążeniem psychicznym, o którym twórcy często boją się mówić głośno.
– Jest to zawód bardzo wymagający i mimo wszystko obciążający – ocenia Musiałowski.
Wcielanie się w skomplikowane i destrukcyjne postacie pozostawia w artyście trwały ślad.
– Przez ostatnie dwanaście lat dużo pracowałem nad ciężkimi przypadkami bohaterów. I mimo że były to spotkania z pięknymi ludźmi na planie, z wielkimi intelektualistami, to na koniec czasami ten bohater w jakiś sposób we mnie rezonował. Ten zawód jest pięknie brutalny – zaznacza.
Kluczowym wyzwaniem po zakończeniu zdjęć staje się umiejętność oddzielenia prywatności od ładunku z planu.
– W moim zawodzie nietypowe jest to, że jako twórcy pracujemy własnymi emocjami. W pewnym momencie musisz po prostu nauczyć się je przeżywać tak, żeby nie uderzały rykoszetem w żadną niepożądaną stronę – tłumaczy w rozmowie z Gońcem.
Aktor opowiada również o wyczerpujących fizycznie i psychicznie scenach przed kamerą, z którymi musi się mierzyć:
– Nie da się ominąć sytuacji, gdy przez cały dzień, w trzydziestu dublach, wydłubujesz komuś oczy kciukami. Musisz wrzeszczeć, płakać, być we krwi i całkowicie być w tej sytuacji.
Skutki tak intensywnej pracy dają o sobie znać niespodziewanie, już po całkowitym wyjściu z roli.
– Zdziwiłem się, że wychodzi ze mnie coś, co niekoniecznie jest moim odruchem. Przyszedłem z bohaterem do domu – stwierdza.
Przemoc na uczelni i walka ze zmową milczenia
Kwestia przekraczania granic podczas edukacji artystycznej budzi od dawna ogromne kontrowersje, a rozmówca ma w tej sprawie jednoznaczne stanowisko.
– Nie mogę powiedzieć, że sam nie doświadczyłem nadużyć czy przekroczeń. Niemniej zawsze starałem się pamiętać, że jestem dorosłym człowiekiem i muszę nauczyć się traktować siebie jako dojrzałego partnera do rozmowy – mówi Gońcowi Musiałowski.
Artysta z podniesionym czołem sprzeciwiał się patologicznym zachowaniom wykładowców, ryzykując pozycję studenta.
– Po konkretnych wydarzeniach, gdy pojawiała się werbalna przemoc wobec mojego kolegi czy koleżanki, z poczuciem własnego moralnego kompasu mówiłem „nie”. Moim celem nie było zniszczenie komuś kariery, ale zatrzymanie pewnego mechanizmu. Osobom w podobnej sytuacji polecam opowiedzenie się za własnymi wartościami i załatwienie sprawy w elegancki, dojrzały sposób.
Szczególnie w pamięci zapadła mu bezpośrednia konfrontacja z jedną z wykładowczyń w łódzkiej filmówce:
– W obliczu nietypowej pani profesor, która najwyraźniej nie ma już nic wspólnego z zawodem i po prostu podnosiła głos, trzeba było twardo zareagować. Powiedziałem bez krzyku: nie będzie pani na mnie krzyczała, nie będziemy tak załatwiali sprawy. Jestem studentem, mam indeks tej uczelni, a ona istnieje po to, by edukować. Jeśli pani nazywa to edukacją i kulturą, to ja takiej edukacji nie wybieram i nie pozwalam na traktowanie mnie w taki sposób.
Ucieczka w muzykę i obnażanie lęków
Scena muzyczna stała się dla niego ostatecznym testem na odwagę i niezakłamane obnażenie własnych lęków przed publicznością.
– Wychodzenie na scenę muzyczną jest momentem przełamania. Za aktorstwem i cudzym scenariuszem możesz się schować, sprytnie umieścić tam swoje emocje w ramach fikcyjnego bohatera – zauważa.
Występ muzyczny na żywo nie daje wokaliście bezpiecznej tarczy.
– Jeśli wychodzisz na scenę jako ty, nie ma tam granicy. Ten wstyd powstrzymywało mnie przez wiele lat przed pokazywaniem światu własnych kompozycji. Bałem się oddawać ludziom do oceny coś, co jest wyłącznie moje i dla mnie ważne.
Potrzeba tworzenia była w nim głęboko zakorzeniona od zawsze.
– Trudno mi było zejść ze sceny od dziecka. Bawiłem się w tworzenie, rysowanie, pisanie piosenek dla babci. Zawsze towarzyszył mi jakiś rodzaj twórczości.
Gigantyczne tempo pracy filmowej sprawiło, że artysta-muzyk musiał na pewien czas zniknąć.
– Od momentu dostania się na studia moje życie przyspieszyło o tysiąc kilometrów na godzinę. Przez jakiś czas zapomniałem o tej drugiej wersji siebie, która nie jest aktorem, lecz po prostu pisze piosenki w domu i uwielbia je śpiewać.
Toksyczność show-biznesu, opinia publiczna i rewolucja technologiczna
Ogólnopolska rozpoznawalność wiąże się z ogromną ceną. Rodzimy show-biznes, głównie ze względu na swoją hermetyczność, potrafi być niewyobrażalnie destrukcyjny.
– Nasze środowisko jest małe. Krzywdząca opinia przynosi mnóstwo smutku i bardzo dotyka, zwłaszcza gdy nie ma nic wspólnego z tym, kim naprawdę jesteś. Wystarczy, że ktoś coś powie – podkreśla Musiałowski.
W zderzeniu z portalami plotkarskimi koniecznością staje się twarde bronienie własnej prywatności.
– Są rzeczy, którymi chcę się dzielić publicznie, i takie, które chcę zachować dla siebie. Kwestia polega na tym, gdzie postawisz granicę. Myślę, że ludzie powinni po prostu się szanować, szanować swoje decyzje i zakładać, że wszyscy chcą być dobrzy i kochani – mówi Gońcowi.
Aktor otwarcie wyraża ogromny niepokój o to, w jakim kierunku zmierza technologicznie przebodźcowany świat.
– Jesteśmy w trakcie quasi-eksperymentu społecznego i ewolucyjnej rewolucji. Sieć, social media, sztuczna inteligencja wpływają na naszą codzienność tak inwazyjnie, że zmienia to nasz gatunek – ocenia. – Spokój to coś, czego ludzie będą wkrótce desperacko poszukiwać. Przez internet nasze mózgi przyzwyczaiły się do szybkich zmian, tracąc zdolność do dłuższego skupienia, choćby na książce.
Intymne wyzwania i ocalenie samego siebie
Przekraczanie osobistych i fizycznych barier to nieodłączny element aktorskiej rzeczywistości. Jednym z takich momentów było zagranie scen intymnych chociażby z Julią Wieniawą. Musiałowskiego to nie rusza.
– Zdarzyło mi się już zawodowo całować i z mężczyznami, i z kobietami. Przywykłem do tego, to część procesu. Na planie jesteśmy bohaterami – mówi aktor.
W bezpardonowym świecie wielkiej rozrywki podstawowym narzędziem walki o przetrwanie i zdrowie psychiczne staje się pielęgnowanie wdzięczności.
– Praktycznie co wieczór przypominam sobie rzeczy, za które jestem wdzięczny. Często mówię na głos, szeptem, dziękując za to, co mnie spotyka.
W pogoni za sukcesem niezwykle łatwo jest zniszczyć wewnętrzną równowagę.
– Przy ogromnej ambicji łatwo zagubić wewnętrzny kompas. Wtedy ważne jest, by mieć obok kogoś, kto nie pozwoli ci odlecieć i przypomni, by po prostu cieszyć się drogą – zaznacza Musiałowski.
Dziś młody aktor dojrzale definiuje swoje plany i stanowczo sprzeciwia się udziałowi w wyścigu szczurów:
– Bardzo dbam o to, by ten rok był dla mnie czasem mądrych wyborów, świadomego, spokojnego podejścia do życia i cieszenia się z tego, że żyję.
Cała rozmowa dostępna w programie “Prześwietlenie”: