Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Córka Jolanty Brzeskiej przerywa milczenie. Opowiada o samotności i szokujących kulisach śledztwa
Natalia Ziółkowska
Natalia Ziółkowska 02.03.2026 10:42

Córka Jolanty Brzeskiej przerywa milczenie. Opowiada o samotności i szokujących kulisach śledztwa

Córka Jolanty Brzeskiej przerywa milczenie. Opowiada o samotności i szokujących kulisach śledztwa
Fot. Goniec

Jolanta Brzeska – warszawska działaczka lokatorska, jedna z twarzy walki z dziką reprywatyzacją – została zamordowana. Jej śmierć przez lata wracała na transparentach i w politycznych sporach. Ale w cieniu symbolu była codzienność Magdy Brzeskiej: samotnej matki, która została z dzieckiem, procedurami i poczuciem, że w instytucjach państwa nie ma dla niej żadnego wsparcia.

Jolanta Brzeska – symbol walki z reprywatyzacją

Żeby zrozumieć ciężar tej rozmowy, trzeba cofnąć się do historii samej Jolanty Brzeskiej. Urodzona w 1947 roku warszawianka, przez lata pracowała m.in. w instytucjach związanych z wydawnictwami i na Politechnice Warszawskiej, a od 2002 roku uczęszczała na Uniwersytet Trzeciego Wieku.

Punktem zwrotnym była reprywatyzacja. W 2006 roku kamienica przy ul. Nabielaka 9, w której mieszkała, przeszła na mocy decyzji reprywatyzacyjnej pod kontrolę spadkobierców dawnych właścicieli; wkrótce jednostronnie rozwiązano umowy najmu kwaterunkowego i podnoszono czynsz. Brzeska – razem z innymi lokatorami – współtworzyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, angażowała się w protesty, pomagała innym, gromadziła wiedzę prawną i dokumentowała sprawy eksmisyjne.

1 marca 2011 roku wyszła z mieszkania, nie zabierając m.in. telefonu i torebki. Cztery dni później córka zgłosiła zaginięcie. Niedługo potem odnaleziono zwęglone ciało kobiety – badania genetyczne potwierdziły, że to Jolanta Brzeska. Sekcja wykazała m.in. wstrząs termiczny, podtrucie tlenkiem węgla oraz rozległe oparzenia powstałe w wyniku podpalenia naftą. Sprawa nie została wyjaśniona i przez lata była umarzana oraz wznawiana.

To dlatego jej nazwisko urosło do rangi symbolu: walki o lokatorów, ale też poczucia bezradności wobec mechanizmów państwa.

Niewyobrażalna strata. Samotność córki Brzeskiej

Dla Magdy Brzeskiej ta historia nie zaczyna się na transparentach. Zaczyna się od nagłej utraty matki i od zderzenia z procedurami. Mówi, że śledztwo oznaczało kolejne wizyty w instytucjach: policja, prokuratura, czynności, pisma. Była samotną matką. Kiedy nie miała z kim zostawić syna, zabierała go ze sobą. Dla dziecka – sytuacja nie do wytłumaczenia „jednym zdaniem”. Dla niej – poczucie, że równolegle musi wykonywać polecenia instytucji i osłaniać chłopca przed tym, czego nie powinien oglądać ani słyszeć.

– Właściwie mam trochę pretensji, że nie ma takiej osoby – na przykład na policji czy w prokuraturze – która pracuje z rodzinami, żeby przekazywać takie informacje dzieciom – mówi Gońcowi.

Brzeska opowiada, że po tragedii została nie tylko z dokumentami, ale też z pracą emocjonalną, którą zwykle wykonuje się w sieci wsparcia: z rozmową z dzieckiem, z lękiem, z napięciem, z koniecznością „utrzymania pionu”, gdy wszystko się sypie. Jej syn dopytywał o babcię, nie rozumiał, dlaczego nie wraca. Ona musiała znaleźć język, którego nikt jej nie dał.

– Ja w ogóle nie znam takich psychologów, którzy pracują z rodzinami po stracie, właśnie po takich tragediach – mówi.

W tle jest też samotność bardziej codzienna: ludzie, którzy się odsuwają, bo nie wiedzą, co powiedzieć. Brzeska opowiada o tym jak o drugim uderzeniu – mniej spektakularnym, ale dotkliwym.

– Koleżanki się zazwyczaj odwracają w takich momentach. Jeżeli człowiek ma jakikolwiek problem – nie mówię z dzieckiem, ale nawet z moją mamą – to raptem człowiek nie wie, jak poruszyć taki temat – mówi.

Pomoc przyszła z miejsc niespodziewanych: sąsiadka upiekła chleb, znajomy matki przyjechał i wysłuchał ją przez noc. W takich sytuacjach to nie „wielkie słowa” robią różnicę, tylko konkret: że ktoś jest.

"Nie dostałam żadnego dokumentu"

Jest jeszcze jeden, bardzo polski wymiar tej historii: formalny chaos. Brzeska mówi o poczuciu braku jasnych komunikatów i dokumentów, które w sprawach o takiej wadze powinny być standardem. Dla rodziny to nie jest „papierologia”. To element domykania rzeczywistości.

– Ja nie dostałam żadnej oficjalnej informacji. Nigdy tak naprawdę, że oficjalnie DNA mojej mamy to jest DNA pobrane z rzeczy, które były w domu, że to jest DNA mojej mamy. Nie dostałam żadnego dokumentu. Nie dostałam nic. Nie ma takiego dokumentu do teraz – mówi w rozmowie z Gońcem.

W tej wypowiedzi pobrzmiewa doświadczenie bycia petentem we własnej tragedii: człowiekiem, który ma prawo wiedzieć, a jednak dowiaduje się „po drodze”, fragmentami, półsłówkami.

1 marca i rola „przedstawicielki”

W przestrzeni publicznej sprawa Jolanty Brzeskiej żyje rytmem rocznic. Dla rodziny to nie „wydarzenie”, tylko powrót do rany. Brzeska mówi, że w okolicach 1 marca znów musiała wchodzić w rolę osoby reprezentującej pamięć o matce – jakby jej prywatne życie na ten czas przestawało mieć znaczenie.

– Mam takie wrażenie, że najgorzej było tego 1 marca zawsze. Wtedy musiałam zapominać o sobie, zapominać o tym, że gdzieś istnieję ja, istnieje mój syn, istnieje moje życie. Musiałam istnieć ja jako przedstawicielka mojej mamy – mówi.

To doświadczenie ma też bardzo konkretny wymiar: wybór między ciszą cmentarza a hałasem publicznych zgromadzeń.

– Powinnam pojechać na cmentarz, ale akurat coś mi wypadło i nie pojadę, co jest smutne. Jakbym pojechała na cmentarz, to byłabym z synem jedynymi osobami, które pojadą – a cała reszta tak pokrzyczy pod ministerstwem – mówi.

W tej opowieści najmocniejsze jest to, że nie ma w niej żądania wiecznej żałoby. Jest prośba o normalność: o to, by instytucje miały w sobie człowieka, a społeczeństwo – odruch, że cudza tragedia nie jest sceną. I o to, by córka Jolanty Brzeskiej mogła być wreszcie kimś więcej niż „córką od sprawy”.

Więcej w naszym programie “Nagi Kadr”:

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji