Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Afera pedofilska na Dolnym Śląsku. Kto zawiódł ofiarę radnego Jana B.?

Afera pedofilska na Dolnym Śląsku. Kto zawiódł ofiarę radnego Jana B.?

Afera pedofilska na Dolnym Śląsku. Kto zawiódł ofiarę radnego Jana B.?
Fot. screen TVP Wrocław

To nie jest bajka o Pięknej i Bestii. W tej historii Bestia nie zmienia się w dobrego królewicza – nie ma tu przemiany ani szczęśliwego zakończenia, jest za to drapieżność dorosłego i cena, którą płaci dziecko. Dziewczynka stała się ofiarą nie tylko pedofila, ale też instytucji i środowiska.

Toczy się postępowanie karne dotyczące zarzutów związanych z wykorzystaniem seksualnym 14-latki przez 64-letniego mężczyznę pełniącego lokalną funkcję publiczną. 13 marca Prokuratura Okręgowa w Legnicy wreszcie skierowała przeciwko niemu akt oskarżenia. Pedofil uwiązał emocjonalnie i manipulował dziewczynką przez około 10 miesięcy. W sierpniu ubiegłego roku sprawa się wydała i po odkryciu tego faktu matka dziewczynki natychmiast złożyła doniesienie na policji. Sprawca trafił do aresztu. Problem w tym, że po pięciu miesiącach wrócił do domu. Od stycznia tego roku dziewczynka żyje dalej w tej samej przestrzeni – w świecie, w którym sprawca wrócił do obiegu. Może spotkać go na drodze, w sklepie, w pobliżu szkoły. A to jest dokładnie ten moment, od którego często zaczyna się druga krzywda: społeczna i instytucjonalna.

Dziewczynka nie pochodzi z patologicznej rodziny, nie czerpała zysków z relacji z predatorem. Jest kochana przez rodziców, rodzeństwo, dziadków. Miała prawo być tam, gdzie się pojawiała – jeździć do sąsiedniej wsi do najbliższej rodziny, spotykać się z koleżankami i prowadzić normalne życie nastolatki. Zaczynała dorastać, zmieniać się i mieć tajemnice, jak inne dziewczynki w jej wieku. Różni się od innych tylko tym, że jeden z jej dotychczasowych sekretów jest traumą.

Ta historia przypomina wchłanianie nastolatki do sekty – zalewanie aprobatą, podziwem, uwagą, opieką, udawanie zrozumienia, bezwarunkowej akceptacji, nazywanie molestowania miłością i stopniowe przesuwanie granicy. Tyle że ofiarom sekt współczuje się chętniej – przecież to “pranie mózgu” i winny jest zły guru. Gdy dochodzi do molestowania nastolatki przez mężczyznę starszego o pół wieku, wówczas otoczenie zaczyna szeptać, opowiadać jak plotkę, jak „sprawę obyczajową”, którą można przeżuć w kolejce do sklepu i zostawić za sobą. Tylko że dla dziewczynki to rzeczywistość. A dziecko w takich sprawach zawsze płaci cenę wielokrotną.

Druga krzywda

Kiedy ujawnia się przemoc seksualna wobec dziecka, wielu dorosłych myśli o sprawie jak o jednym wydarzeniu: stało się coś strasznego, potem jest policja, sąd, a na końcu – wyrok i „zamknięcie tematu”. Ale dla dziecka to ciąg dalszy gehenny. Najpierw jest dom: rozmowy, płacz, nerwowe milczenie. Rodzic próbuje być tarczą, choć sam jest w szoku. Dziecko próbuje utrzymać resztki kontroli nad swoim życiem. A potem na scenę wchodzi świat zewnętrzny – to on często uderza najmocniej. Zaczyna mówić o dziewczynce – o tym, jak wyglądała, jak się zachowywała, czy „wiedziała”, czy „chciała”. To jest ten moment, w którym błyskawicznie rozwija się druga trauma.

Matka dziewczynki mówi wprost: najcięższe było nie tylko to, co stało się w ukryciu, ale to, co przyszło po ujawnieniu – kiedy prywatna tragedia zaczęła żyć publicznie. Opisuje, że córka czyta oskarżające komentarze w internecie: „to jej wina”, „patologia”, „sama chciała”. Dla dziecka to jest kolejna przemoc: ponowne wtargnięcie w granice. W takich sprawach wstyd działa jak kwas. Matka opisuje, że u córki pojawiały się silne reakcje lękowe, problemy ze snem i bardzo silne napięcie. Diagnoza jest oczywista: zespół stresu pourazowego (PTSD). Niestety mimo opieki lekarskiej i psychologicznej dziewczynka czuje się coraz gorzej. Tym razem źródłem traumy jest nie tylko obecność sprawcy w bliskiej okolicy, ale też środowisko – ludzie, ich spojrzenia, komentarze i opinie oraz przeciek do mediów, który zrujnował jej system obronny.

Bezmyślność instytucji i skandaliczny przeciek

Najbardziej dramatyczny zwrot nastąpił w momencie, kiedy sprawca opuścił areszt. Dla wielu osób to „decyzja sądu”. Dla dziecka – sygnał: „on wrócił”. Matka relacjonuje, że właśnie wtedy u córki nasilił się lęk i poczucie zagrożenia. Nawet jeśli formalnie istnieją zakazy i dozory, psychika dziecka nie liczy paragrafów – liczy bodźce: drogę do szkoły, sklep, przystanek, spojrzenia, przypadkowe podobieństwo sylwetki, nazwisko wypowiedziane w rozmowie dorosłych. I wtedy staje się jasne, czym jest „druga krzywda”. Dziecko nie tylko próbuje przeżyć to, co stało się wcześniej, ale równocześnie musi przeżyć to, co robi z tym otoczenie.

Matka dziecka opowiada, że otoczenie podzieliło się na dwa obozy – tych którzy współczują tragedii i tych, którzy akceptują sprawcę poruszającego się swobodnie po wsi. Mówią „dzień dobry”, rozmawiają z nim i szukają winy w dziewczynce. Wymiar sprawiedliwości dał im do tego paliwo. Ludzie poszukują prostych prawd – skoro sprawca jest wolny, to znaczy, że nie stało się nic strasznego. Przecież pedofile siedzą w więzieniach, a nie chodzą po wsi. A może według legnickiej prokuratury pedofilia jest niewiele cięższym przewinieniem od kradzieży kury.

W tej historii jest moment, w którym przemoc staje się sprawą publiczną w najgorszym możliwym znaczeniu: prywatność dziecka zostaje rozerwana i rozrzucona po cudzych ekranach. Nagranie rozmowy matki dziewczynki ze sprawcą, gdzie ten przyznaje się do winy wyciekło do internetu. To jest zdarzenie o sile kolejnej traumy. Matka dziewczynki próbuje zrozumieć, jak to się mogło stać. Nagranie zostało przekazane jedynie policji. Konsekwencje tej bezmyślnej „nieszczelności” poniosła ofiara, nie instytucja. Dziecko, które miało zostać chronione, staje się kryminalną sensacją w mediach społecznościowych.

Dziewczynka w tej historii nie potrzebuje, żeby ktoś wierzył w jej emocje. Ona potrzebuje, aby dorośli zrozumieli proste zdanie: nie wolno przerabiać krzywdy dziecka na widowisko. I że odpowiedzialność za to nie leży ani w komentarzu anonimowego internauty, ani w „podatności” nastolatki, tylko w dorosłych, którzy nie postawili granicy – po raz kolejny.

Sprzeczności w opinii biegłych

Na mocy postanowienia Prokuratury Rejonowej w Lubinie dwaj biegli lekarze psychiatrzy mieli przeprowadzić jednorazowe badanie stanu zdrowia psychicznego podejrzanego i zapoznać się z aktami sprawy. “Werdykt” był krótki: nie rozpoznają u podejrzanego zaburzeń preferencji seksualnych, a „stopień prawdopodobieństwa ponownego popełnienia przestępstwa (…) nie jest wysoki” i że „nie wymaga podjęcia terapii w tym zakresie”. Powstaje pytanie, czy biegli rzeczywiście zapoznali się z aktami sprawy, gdzie w toku śledztwa odnaleziono ślady “niestandardowych” zainteresowań pana radnego i bynajmniej nie chodziło seks z dorosłymi kobietami.

Na szczęście równolegle pojawia się opinia psychologa i psychoseksuologa, w której pada wniosek zupełnie inny: wskazanie, że prawdopodobieństwo ponownego popełnienia czynu „jest wysokie” i że podejrzany „wymaga podjęcia terapii seksuologicznej”. Opinia ta wygląda na znacznie rzetelniej skonstruowaną. Zawiera dokładniejsze odniesienia do kryteriów diagnostycznych i logicznie uzasadnia, iż mamy do czynienia z osobą niebezpieczną dla dziecka.

Spór o „ryzyko” w rozumieniu biegłych nie odpowiada na pytanie, czy dziewczynka jest bezpieczna. Nie chodzi bowiem jedynie o samego sprawcę i jego bezpośrednią ingerencję w życie ofiary, ale też czy może ona iść do sklepu bez ścisku w żołądku, czy może iść do szkoły, nie kalkulując, że go spotka.

Kiedy w papierach pojawiają się sprzeczne wnioski – dziecko zostaje w środku jak między dwoma megafonami. Z jednej strony: „to się stało”. Z drugiej: „nie jest groźny”. A w praktyce to dziewczynka płaci cenę tej niespójności: lękiem, czujnością, wstydem i poczuciem, że świat nie umie postawić granicy raz, a dobrze.

Tu powinna obowiązywać prosta zasada: nawet jeśli ktoś mówi „ryzyko niskie”, ochrona dziecka ma być maksymalna.

Jak społeczność przerzuca wstyd na dziecko

Kiedy sprawcą jest ktoś „z funkcją”, ktoś znany, społeczność uruchamia mechanizm obronny. I nie chodzi tu tylko o obronę człowieka. Często chodzi o obronę świata, w którym wszystko ma swoje miejsce: dorośli są „porządni”, dzieci są „pod opieką”, a zło przychodzi z zewnątrz. Taka wizja daje ludziom poczucie bezpieczeństwa. Dlatego, kiedy pęka, wielu próbuje ją skleić najprostszym klejem: winą dziecka.

Ten mechanizm działa prawie zawsze tak samo. Najpierw pojawia się zdanie: „niemożliwe”. Potem: „on nie wygląda”, „zawsze pomagał”, „ma rodzinę”. A gdy to nie wystarcza, wchodzi kolejny ruch: „a ona?”. Wtedy rozmowa zmienia kierunek. Nie pyta się już, dlaczego dorosły przekroczył granice. Pyta się, co robiła dziewczynka, co pisała, jak się ubierała, czy wracała, czy „wiedziała”. To są pytania, które udają rozsądek, ale w rzeczywistości przesuwają odpowiedzialność.

W obronie sprawcy jest coś jeszcze, bardziej perfidnego – ton troski: „trzeba uważać z oskarżeniami”, „nie róbmy mu piekła za życia”, „pomyśl o jego rodzinie”. To są zdania, które brzmią jak humanizm, a w praktyce ustawiają sprawcę w roli kogoś, komu należy się współczucie, a dziewczynkę jako tą, która „przesadziła”. W takiej opowieści dziecko przestaje być ofiarą. Staje się problemem.

Obrona sprawcy często robi jeszcze jedną rzecz: izoluje rodzinę. Matka staje się „tą, która poszła na policję”. Rodzina staje się „tą rodziną”. W małych społecznościach łatwo to zobaczyć: mniej zaproszeń, mniej „dzień dobry”, krytyczne spojrzenia. Rodzice rówieśników mogą zabraniać swoim dzieciom kontaktów z “tą dziewczyną”. Robią tym krzywdę również im, bo uczą własne dzieci obwiniania ofiary. Uczą ich patologii. Edukują kolejne pokolenie akceptowania przemocy.

W pewnym sensie obrona sprawcy jest odwrotnością dojrzałości społecznej. Dojrzałość polega na tym, że dorośli potrafią powiedzieć: „nasz porządek się mylił, więc to my go naprawimy”. Natomiast obrona sprawcy to: „porządek musi zostać, więc dziecko ma zniknąć”. Zniknąć z rozmowy, z pamięci, z ulicy, ze szkoły.

Jeśli w tej historii jest coś, czego naprawdę powinniśmy się wstydzić jako dorośli, to nie „to, że ona nie powiedziała lub nie przyznała się wcześniej”. Tylko to, że tak łatwo przychodzi nam pytać dziecko o odpowiedzialność, a tak trudno dorosłego o granice.

Co powinno się wydarzyć?

W takich sprawach wszyscy pytają, co dalej zrobi sąd. A rzadko kto pyta, co dalej zrobią dorośli. Bezpieczeństwo ofiary przemocy seksualnej nie zależy tylko od jednego orzeczenia.

Pierwsza granica jest najprostsza i najtwardsza: brak kontaktu i brak możliwości zbliżania w znacznie szerszym ujęciu – jako realna ochrona w terenie. Tak, aby dziewczynka nie musiała codziennie kalkulować trasy, sprawdzać, czy ktoś nie stoi „tam, gdzie zwykle”, i być stale gotowa do ucieczki. Nawet jeśli w dokumentach padają sformułowania o „niskim ryzyku”, ochrona dziecka nie powinna być „niska”, bo cena błędu jest zbyt wysoka.

Druga granica to cisza proceduralna, czyli szczelność instytucji. Materiały z postępowania nie są „ciekawostką” – to jest czyjeś życie. Jeśli cokolwiek wypływa – nagrania, fragmenty, informacje – dziecko zostaje wystawione na kolejny gwałt na prywatności.

Trzecia granica to język. Najtańsza i jednocześnie najpotężniejsza forma ochrony. W tej sprawie język może dziewczynkę albo ocalić, albo dobić. „Romans”, „związek”. „zakochanie” – każde z tych słów przesuwa wstyd z dorosłego na dziecko.

Czwarta granica dotyczy tego, co najbardziej niewidoczne: zdrowienia. Dziewczynka ma prawo do terapii, która nie będzie kolejnym przesłuchaniem. Ma prawo do miejsca, gdzie nikt nie pyta jej „dlaczego”, tylko pomaga jej zdjąć wstyd, uporządkować granice, wrócić do normalności. Ma prawo do tego, by dorosły świat przestał wymagać od niej dojrzałości, a zaczął wymagać jej od siebie.

I jest jeszcze ostatnia rzecz, najtrudniejsza: odwrócenie wstydu. Wstyd w takich sprawach ma naturalną tendencję do spływania w dół – na słabszego. Jeśli dorośli nie zrobią nic, wstyd zostanie tam, gdzie nie powinien i będzie pracował latami. A jeśli dorośli zrobią jedną, naprawdę dorosłą rzecz – przyjmą wstyd na siebie i powiedzą jasno, że winny jest dorosły, nie dziecko – to dziewczynka dostaje coś, co bywa ważniejsze niż tysiąc dyskusji: poczucie, że świat umie stanąć po właściwej stronie.

Mity, które krzywdzą wielokrotnie

W takich sprawach zawsze pojawia się ta sama potrzeba: żeby było prościej. Żeby dało się to zamknąć w jednym słowie, w jednej opowieści, w jednej wygodnej wersji świata. I właśnie dlatego wokół dziewczynki wyrastają mity – nie jak niewinne pomyłki, tylko jak narzędzia, które pomagają dorosłym nie widzieć prawdy.

  • Mit pierwszy: „ona się zakochała”. To zdanie brzmi miękko, ale działa jak nóż. Bo jeśli to „zakochanie”, to przestaje być przemocą. Jeśli to „zakochanie”, to dorosły nie jest sprawcą, tylko „uczestnikiem”. Jeśli to „zakochanie”, to dziecko zaczyna brzmieć jak partnerka. Tylko że dziecko nie jest partnerem dorosłego. Czternastolatka może mówić „kocham”, bo dziecko ma prawo do emocji. Ale dorosły ma obowiązek do granicy. I kiedy tej granicy nie stawia, to nie jest miłość. To jest molestowanie. Emocje dziecka nie są zgodą i nie znoszą odpowiedzialności dorosłego.
  • Mit drugi: „ona była sprytna, umiała to ukryć”. Spryt brzmi jak sprawczość. Ludzie lubią to słowo, bo pozwala udawać, że dziecko „decydowało”. Ale w takich historiach „spryt” najczęściej oznacza coś innego: sekret. A sekret jest jednym z głównych mechanizmów, które wiążą dziecko z dorosłym. Ukrywa, bo czuje wstyd, boi się reakcji, utraty uwagi i odrzucenia. Jest zmanipulowane. Dziecko nie „ukrywa romansu”. Dziecko ukrywa sekret, który ktoś dorosły kazał mu zbudować.
  • Mit trzeci: „gdyby naprawdę cierpiała, powiedziałaby od razu”. To mit, który zdradza kompletną niewiedzę o traumie. Ujawnienie przemocy seksualnej rzadko jest natychmiastowe. Dziecko często milczy, ponieważ jest splątane emocjonalnie, bo wstyd jest paraliżujący, „nie chce nikogo zniszczyć”, nie chce kłopotów w domu. Milczenie nie jest dowodem braku krzywdy – jest jej skutkiem. Trauma nie ma obowiązku być logiczna, żeby była prawdziwa.
  • Mit czwarty: „ona go sprowokowała”, „ona do niego pisała”, „ona wracała”. To jest klasyczny mechanizm przerzucania wstydu. Dziecko może wracać z wielu powodów: bo dostało uwagę, uwierzyło w obietnice, zostało przywiązane do sekretu, boi się odrzucenia, bo nie rozumie, że to jest przemoc. To nie są dowody „współwiny”. To są typowe elementy relacji, w której dorosły manipulacyjnie wykorzystuje przewagę. Pytanie, które warto sobie zadać, brzmi: kto miał odpowiedzialność? Odpowiedź zawsze jest ta sama: dorosły.
  • Mit piąty: „on nie wygląda na takiego”, „to porządny człowiek”, „ma rodzinę”. To mit społeczności, która broni siebie. Jeśli sprawca jest „swój”, to trzeba by uznać, że zagrożenie nie przychodzi z ciemnej ulicy, tylko z dobrze znanego podwórka. Tylko że „porządny” dorosły nie wchodzi w relację seksualną z dzieckiem. Natomiast dobro rodziny sprawcy nie jest tarczą, za którą można schować krzywdę dziecka.
  • Mit szósty: „to skomplikowane”. Nie. Moralnie to nie jest skomplikowane. Skomplikowane są skutki dla dziecka, które musi żyć w świecie, który próbuje zrobić z niego współsprawcę własnej krzywdy. I to jest ta część historii, w której dorośli powinni się zatrzymać i zapytać nie „jak ona mogła?”, tylko: “jak my możemy ją ochronić, żeby nie krzywdzić drugi raz?”.

W debacie publicznej łatwo utknąć na pytaniu „jak to było” i „co zdecyduje sąd”. Ale z perspektywy psychologicznej równie ważne jest inne pytanie: czy dorośli umieją ochronić dziecko po ujawnieniu. Bo nawet najlepsze procedury nie zadziałają, jeśli w tym samym czasie dziecko będzie musiało dźwigać plotkę, obwinianie, przecieki i krzywdzące narracje, która oddaje sprawcy komfort, a dziecku zostawia wstyd i borykanie się z traumą.

W Polsce dziecko poniżej piętnastego roku życia nie może „wyrazić zgody” na relację seksualną z dorosłym w sensie prawnym. To nie jest kwestia tego, co dziecko deklaruje, jak nazywa relację ani czy mówi o uczuciach. Prawo chroni dziecko właśnie dlatego, że emocje i zależność łatwo pomylić z wyborem, a odpowiedzialność zawsze spoczywa po stronie dorosłego.

Ważne jest też rozróżnienie, które często ginie w publicznych dyskusjach: tymczasowy areszt to nie kara i nie wyrok. To środek na czas postępowania. To, że ktoś wychodzi po kilku miesiącach, nie oznacza automatycznie „oczyszczenia” ani „niewinności”. Oznacza decyzję procesową: postępowanie ma toczyć się dalej innymi metodami.

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji