Afera Collegium Humanum to tylko wierzchołek góry lodowej. Co naprawdę kryją akta śledztwa?
Głośna sprawa związana z wydawaniem nielegalnych dyplomów przez uczelnię Collegium Humanum może być jedynie zasłoną dymną dla znacznie potężniejszych nadużyć. Wiele wskazuje na to, że śledztwo de facto maskuje poważne patologie finansowe, prowadzące wprost na najwyższe szczeble podkarpackiego układu politycznego Prawa i Sprawiedliwości. Czy śledczy celowo omijają niewygodne wątki?
Niewyjaśnione drugie dno afery
Z doniesień medialnych wynika, że uwaga służb skupia się przede wszystkim na studentach kupujących lewe dyplomy i fikcyjnych praktykach. Śledczy skrupulatnie analizują logowania telefonów komórkowych do stacji BTS, by udowodnić brak obecności słuchaczy na zajęciach. Jednak akta sprawy zdają się kryć znacznie głębsze, polityczne dno. W świetle informacji ujawnionych w wywiadzie Wojciecha Mulika z Radosławem Grucą na łamach serwisu Goniec.pl, banalny proceder kupowania świadectw skrywa aferę znacznie większego kalibru.
– W śledztwie Collegium Humanum ukryto dużo poważniejsze sprawy, których prokuratorzy nie wyciągali. Są tam historie, które mogą naprawdę bardzo mocno uderzyć w podkarpacki PiS – wskazuje Radosław Gruca.
– W tym śledztwie aż 50 z 70 dotychczasowych zarzutów dotyczy wyłącznie studentów, którzy nie odbyli praktyk. Nagle zaczynamy się zastanawiać, o co tutaj tak naprawdę chodzi. Większości zgromadzonych informacji państwo po prostu nie widzicie – dodaje dziennikarz śledczy.
Systemowy haracz i partyjna omerta
Prawdziwym tłem sprawy okazuje się potężny proceder nielegalnego finansowania kampanii wyborczych oraz wymuszania łapówek. Zeznania zgromadzone w śledztwie bezwzględnie wskazują, że urzędnicy, lokalni politycy i dyrektorzy państwowych spółek byli nakłaniani do regularnego opłacania haraczu w zamian za utrzymanie lukratywnych posad. Z dokumentów wynikają precyzyjne ścieżki przepływu brudnych pieniędzy do kasy partii, a cała operacja zdaje się być chroniona przez prokuraturę.
– Tam są diagramy z konkretnymi wpłatami. Jest świadek, który zeznaje, że był zmuszany. Wiedział, że musi płacić na partię, bo inaczej straci stanowisko, a państwo o tym nie wiecie, mimo że od dwóch lat zmieniły się rządy – alarmuje Gruca.
Jak podkreśla dziennikarz, w całym układzie funkcjonowała żelazna zasada lojalności i wzajemnego krycia. – Omerta działała, wszyscy płacili, ale nikt nie powiedział, że został zmuszony. Poza tym jednym człowiekiem, który jest jak drzazga w tym śledztwie – zaznacza.
Trop wiedzie w tym przypadku bezpośrednio do byłego sekretarza generalnego PiS, Krzysztofa Sobolewskiego, którego żona zasiadała w radach nadzorczych licznych spółek z udziałem Skarbu Państwa.
Kuriozalne decyzje wobec Leniart
Podejrzenia wokół rzetelności pracy prokuratury narastają w obliczu kuriozalnej logiki stawiania zarzutów korupcyjnych. Na jaw wychodzą sytuacje, w których odpowiedzialność karna dotyka wyłącznie osoby wręczającej korzyść majątkową, przy absolutnym znieczuleniu organów ścigania wobec osoby ją przyjmującej.
Ten prawny absurd dotyczy bezpośrednio Ewy Leniart – byłej wojewody podkarpackiej i kandydatki PiS na prezydenta Rzeszowa, a obecnie posłanki. Mimo zeznań i materiału dowodowego, do tej pory prokuratura nie zdecydowała się wystąpić o uchylenie jej immunitetu.
– Jak to jest możliwe, że postawiono zarzuty kobiecie za wręczenie łapówki pani Leniart, a prokuratura, która rzekomo tak świetnie rozlicza nieprawidłowości, nie występuje nawet o uchylenie immunitetu poselskiego i postawienie zarzutów byłej wojewodzie? – pyta retorycznie Wojciech Mulik.
– Pomyślcie nad tym, jak to jest, że ktoś może dać łapówkę, a osoba, która ją przyjmuje, nie ma żadnych zarzutów. Nagle okazuje się, że w banalnym śledztwie jest wątek, z którym nic się nie dzieje. To każe nam się zastanowić, kto na to pozwolił i czemu to służy.