Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Sport > Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
Damian  Popilowski
Damian Popilowski 11.02.2026 11:24

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
Zbigniew Raubo – najsłynniejszy trener boksu w Polsce Fot. Canva, Screen/Youtube

Gdyby nie boks, Zbigniew Raubo prawdopodobnie stałby dziś przy tablicy jako surowy nauczyciel fizyki. „Kur*a! Cymbale! B kwadrat minus pięć AC?! Za kogo ty się masz, że wymyślasz nowe wzory? No geniusz! Isaac Newton z Siemianowic Śląskich! Patrzcie go, Ernst Steinitz... Wyżej ten długopis trzymaj! Siadaj, pała!”.

Gdyby nie boks, mógłby też zjechać na dół. O pracy górnika zresztą marzył. Prowadziłby pewnie spokojne, anonimowe życie, o którym nikt poza rodziną i sąsiadami by nie usłyszał.

Ale boks się pojawił.

I całe szczęście, bo dzięki temu świat poznał trenera Raubo – postać tak barwną i charyzmatyczną, że filmowy Mickey z Rocky’ego mógłby u niego brać korepetycje z ekspresji. 

  • Największy błąd w karierze trenera. Co powiedziałby Włodarczykowi, gdyby mógł cofnąć czas?
  • Gdyby nie żona, Andrzej Gołota walczyłby we freak fightach
  • Raubo nie rozumie już współczesnego boksu? 
  • Przegrywał dlatego, że "był idiotą”. W najlepszej formie pokonałby wszystkich
  • Zawał serca, przemijanie, strach przed śmiercią. Czego obawia się Zbigniew Raubo?

Górnictwo, rodzice i używki. Jaki był młody Zbigniew Raubo?

Damian Popilowski, Goniec.pl: - Znajoma opowiedziała mi anegdotę o tym, jak pana zobaczyła po raz pierwszy. Turniej bokserski, niskiego wzrostu trener stoi otoczony rosłymi pięściarzami, każdy z nich trzyma nisko spuszczoną głowę, a on na nich krzyczy. O co tu chodzi?

Zbigniew Raubo, trener boksu: - Gwarantuję, że wcale takim ch*jem nie jestem, na jakiego wyglądam. 

- Może zatem jest pan na tyle barwnym trenerem, że z tej bokserskiej przygody dałoby się nakręcić dobry film?

- Jestem przeciwnikiem takich rzeczy. Byłem przeciwnikiem także filmu o Szpilce, zostałem zaproszony przez producenta na premierę, ale powiedziałem: “Mamy tylu wspaniałych ludzi, których należy kręcić, a wy nakręcacie idiotę”. Byli troszeczkę zdziwieni. 

- Zawodnicy się nie buntują, gdy rzuca im pan takie twarde hasła?

- Jak ja miałbym się ku*wa zmienić, bo jakiś kretyn czegoś chce, to by się stało dla mnie za trudne. 

                                                                     ***

Zanim Zbigniew Raubo stał się słynnym “trenerem Raubo”, urodził się i dorastał w Siemianowicach Śląskich, mieście o silnych korzeniach bokserskich. Jego ojciec, również Zbigniew, był działaczem sportowym. Wielu zawodników w młodym wieku zapisuje się na treningi, by spełnić swoje marzenie, by być jak idol z plakatu, by zdobyć sławę oraz pieniądze. 

Raubo zapisał się na boks z nudów. Największy przeciwnik jego decyzji objawił się z dość niespodziewanej, bliskiej strony, ostatecznie stając się… najwierniejszym kibicem młodego wtedy pięściarza.

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
1983 rok. Zbigniew Raubo z lewej, Henryk Pielesiak po prawej. Fot. Wikipedia

- Dzieciństwo? Normalny, pospolity dzieciak. Żłobek, przedszkole, szkoła. Dobrze się uczyłem. W domu nie było biedy. Nie było też bogactwa, ale panowała świetna atmosfera. Nigdy nie miałem kompleksów. Gdyby nie boks, byłbym nauczycielem - nie wiem dokładnie - matematyki, fizyki, chemii. Którejś z tych, może geografii. Ale boks to wszystko zepsuł. I boksuję, bawię się w to do dzisiaj, a nauka poszła na drugi plan.

- Czyli nie jest to historia z serii “boks uratował mi życie”?

- Boks to był przypadek! Mówię, zostałbym nauczycielem albo profesorem. Po pierwsze, może nie byłem fenomenalny, ale naprawdę lubiłem się uczyć. Nie musiałem czytać po sto razy tekstu, by go zrozumieć. Oczywiście jeżeli chodzi o język polski, to noga jestem do dzisiaj, ale reszta przedmiotów - to było tak proste, że nie wiem, jak ludzie mogą się tego uczyć, bo to powinni sami umieć. 

- A pamięta pan swoją pierwszą bójkę?

- Tego było mnóstwo, bójki na podwórku były na porządku dziennym. Nikt się nie mazał. Nawet się rodzice nie wtrącali. Nie byłem awanturniczy, ale takie szarpane bójki się zdarzały. To nie miało nic wspólnego z jakimś bandytyzmem.

- Podczas takich bójek zauważył pan w sobie potencjał do boksu?

- Nie! Ja na boks poszedłem z nudów. Byłem w szkole górniczej, tam była sekcja bokserska, no i tak się zahaczyłem. Wiedziałem, że jest Kulej, Kasprzyk, Pietrzykowski. Tym bardziej, że mój tata był z Bielska. Te nazwiska się cały czas w domu przewijały, to był ktoś na tamte lata. W każdym razie, nie myślałem o boksie, ale w szkole była sekcja bokserska, tam się zgłosiłem do trenera Mariana Listewnika i tak się zaczęła przygoda.
 

Siemianowice Śląskie w latach 80. XX wieku, w okresie PRL-u, były typowym śląskim miastem przemysłowym. Żyło się wówczas dość ambiwalentnie: z jednej strony zatrudnienie w przemyśle dawało nadzieję na awans społeczny, z drugiej – kryzysy gospodarcze, inflacja i ograniczenia systemu socjalistycznego prowadziły do frustracji, protestów robotniczych (jak w 1980 roku) i wprowadzenia stanu wojennego w 1981.

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
Dawna kopalnia węgla w Siemianowicach, fot. polska-org.pl

- O czym pan wtedy marzył?

- Jako dzieciak każdy od nas chciał pracować w kopalni, być górnikiem. Później się to troszkę zmieniło. Jak zacząłem boksować, to chciałem być jak Gajda, Kasprzyk, Pietrzykowski, Szczepański czy Kulej. Ale nie miałem nigdy innych wielkich marzeń, tak zostało do dzisiaj.

- Miał pan dobre relacje z rodzicami?

- Dlaczego miałbym nie mieć? Najśmieszniejsze było to, że wrogiem publicznym numer jeden mojego boksowania był tata. Mama wyraziła zgodę, tata się nie zgodził. Ale jak zacząłem boksować w Górniku Radlin i Boguszowice, to mój tata do końca kariery na wszystkich meczach był. Jeździł wszędzie po Polsce, był najwierniejszym moim kibicem. Najpierw nie podpisał zgody na moje boksowanie, a później nie wyobrażał sobie mojego meczu, na którym miałoby go nie być.

- Młody wiek w tamtych czasach to szczególnie niebezpieczny pod wieloma względami okres. Zetknął się pan wtedy z używkami?

- Proszę pana, myślałem, że to będzie sympatyczny wywiad, a pan mnie tu używkami maltretuje. Mogę tylko grzecznie powiedzieć - nie pamiętam. Po co o tym mówić?

- Ponieważ niezależnie od tego, co działo się po drodze, wyszedł pan z tego z tarczą. To może być dobry przykład dla innych. 

- Takich jest tysiące! To nie tylko ja. A o tych, co im nie wyszło, nie będziemy mówić, ponieważ wielu nie ma już na tym świecie.

Czy pięściarz chce zamordować przeciwnika?

Wszechobecna bieda, jaka wtenczas panowała, powinna narzucić mroczny, ciężki płaszcz także na perspektywy w boksie - tak przynajmniej wielu dziś sądzi. Jak się okazuje, jest to błędne wrażenie. Trener Raubo uważa, że było nieporównywalnie lepiej niż obecnie.

- Mieliśmy doskonałe warunki do wszystkiego. Naprawdę doskonałe. Mieliśmy wszystko na tacy. Każde dziecko, które się kręciło po Polsce, miało dostęp do każdej sekcji, każdej dyscypliny, każdego trenera. Tak po prostu, nikt nie musiał mieć żadnych pieniędzy. Nie byli potrzebni bogaci rodzice. Dzieciak miał tylko trenować. Nie wiem, dlaczego pojawia się taka narracja, że kiedyś było źle, bo jest to obrażanie tamtego systemu sportowego. Mieliśmy wszystko do dyspozycji. Dzisiaj dzieci za wszystko muszą płacić, rodzice za wszystko muszą płacić. My to dostawaliśmy od losu. Warunki były milion razy lepsze. 

- Podam przykład - Julka Szeremeta i mieszkanie. Nie znam przypadku, żeby dawny mistrz olimpijski miał taki problem, by nie mieć mieszkania przez kilka dni. Nie znam takiego przypadku. Nie były to mieszkania własnościowe, były to mieszkania służbowe, zakładu pracy, wojskowe, ale były i te mieszkania były nasze. Mieliśmy etaty, co było bardzo ważne. Dzisiaj tego nie ma.

Pełen charyzmy trenerski blask Zbigniewa Raubo przykrył nieco jego zawodniczą karierę, co jest swoistą aberracją - bez dwóch zdań warto o niej pisać. 

W latach 1977–1986 reprezentował Legię Warszawa, z którą sześciokrotnie zdobył drużynowe mistrzostwo Polski. Jako junior zdobył mistrzostwo Polski w 1975 roku, a jako młodzieżowiec w 1976 roku. W kategorii seniorów czterokrotnie był mistrzem Polski w wadze 51 kg, dwukrotnie wicemistrzem w wadze 48 kg oraz dwukrotnie brązowym medalistą w wadze 48 kg. 

W oficjalnych meczach międzypaństwowych Raubo stoczył 14 walk, z których 9 wygrał i 5 przegrał. Startował w 29 międzynarodowych turniejach bokserskich, zdobywając łącznie 10 złotych, 4 srebrne i 3 brązowe medale. Był dobrym zawodnikiem, ale czy wystarczająco dobrym, by odnieść światowy sukces?

- Z jakim polskim pięściarzem nawet w najlepszej formie bałby się Pan wejść do ringu?

- W najlepszej formie to oni się mnie bali, a nie ja ich! To oni się mnie bali, ja bym ich wszystkich pokonał. Ale od Gajdy nie chciałbym dostać w łeb (śmiech). 

Wspomniany Bogdan Gajda to jeden z najlepszych leworęcznych polskich pięściarzy w historii, mistrz Europy, dwukrotny olimpijczyk i później trener. Prawdopodobnie nikt nie chciałby od niego dostać w łeb. 

- Wspomina pan ze szczególnym sentymentem któregoś trenera z tamtych lat?

- Każdy mój trener - wymienię - Marian Listewnik, Kazimierz Rafalski, Marian Rula, Jerzy Arian, Marian Kasprzyk, Henryk Niedźwiecki, Wiesław Rutkowski, Kaczyński, Gmitruk. I kadra, trener Dariusz Duriasz, Michał Oszczepan, Czesław Ptak. Każdy z tych trenerów jest częścią mojego życia. Wszystkich szanuję jednakowo, każdy miał wkład w moje życie. Nie zawsze byłem grzeczny. Trzeba to powiedzieć - jeżeli czegoś nie zrobiłem, to tylko dlatego, że ja byłem kretynem, a nie, że trenerzy zrobili coś źle, bo byli wspaniali. Nie mogę sobie pozwolić na dzielenie ich na lepszych i gorszych, bo bym któregoś z nich obraził, a tego nie mam prawa robić.

- Gdyby miał pan wehikuł czasu, z kim z młodzieńczych lat spotkałby się pan dzisiaj na kawę?

- Z każdym. Z trenerem Gmitrukiem rozmawiałem jeszcze dzień przed śmiercią, byłem na sali. Z trenerem Wiesławem Rutkowskim też rozmawiałem, po latach moje spojrzenie było zresztą całkiem inne. Z wieloma trenerami nie miałem jednak już okazji rozmawiać, bo się wyprowadziłem, a trenerzy odeszli. Nie można się jednak zadręczać, że czegoś nie zrobiłem lub nie powiedziałem. Powtarzam - jak ja przegrywałem, to tylko dlatego, że byłem idiotą. Trenerzy byli wspaniali, również jako ludzie. Wielu bym musiał przeprosić za to, że byłem idiotą. Nie mam już takiej możliwości. Taka była prawda.
 

Zbigniew Raubo nigdy nie przeszedł na boks zawodowy- zakończył karierę w okolicach 30. roku życia ze względów zdrowotnych. Rozpoczął nową ścieżkę, nie mając podówczas pojęcia, że stanie się jednym z najpopularniejszych trenerów boksu w Polsce. 

Jego miejscem startu okazała się Gwardia Warszawa, klub z dużymi tradycjami, gdzie współpracował z Hubertem Okrojem. Później na jego autostradzie znalazł się także Nokaut Warszawa oraz grupa Knock-Out Promotions, gdzie zajmował się szkoleniem młodych pięściarzy.

Od 2005 roku trenował reprezentację Polski kadetów i młodzieżowców. W 2014 został trenerem kadry seniorów i Rafako Hussars Poland. Przez te wszystkie lata pod jego skrzydłami szkolili się między innymi:

  • Artur Szpilka – Raubo prowadził go w reprezentacji Polski kadetów (ok. 2005 rok), gdzie Szpilka osiągnął największy sukces amatorski: wicemistrzostwo Europy kadetów,
  • Krzysztof Włodarczyk ("Diablo") – Jeden z jego flagowych wychowanków. Raubo trenował go od wczesnych lat (m.in. w Gwardii Warszawa), pomógł zbudować fundamenty kariery, która doprowadziła do mistrzostwa świata WBC w wadze cruiser i wielu walk o pasy,
  • Przemysław Saleta – Współpracował z nim w grupie Knock-Out Promotions ii w okresie przejścia na pro. Saleta to pionier polskiego boksu zawodowego,
  • Maciej Zegan – Zawodowiec, trenowany przez Raubo w kluczowym okresie kariery.
Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
Artur Szpilka i Zbigniew Raubo. Fot. Facebook/Za Ciosem

W ostatnich latach Raubo prowadzi równie znane twarze, ale już niekoniecznie tylko ze świata sportu. 

Na salę trenera trafił bowiem freak fighter Michał “Owca” Owczarzak (potocznie zwany przez trenera “baranem”), a także modelka, polityczka, aktywistka, uczestniczka reality show, nauczycielka, celebrytka, zawodniczka MMA, prowadząca progam, żołnierz wojska polskiego - Marianna Schreiber. Brakuje jeszcze Roberta Lewandowskiego, ale w dobie dzisiejszych czasów wszystko jest możliwe. Zresztą…

- Gdyby trenerem kadry narodowej w piłce nożnej był taki piłkarski Zbigniew Raubo, to gralibyśmy lepiej czy gorzej?

- Wydawałoby się, że Adam Nawałka był fajnym trenerem, a też nie wygrali. Piłka nożna to specyficzny gatunek ludzi. My mamy fajnych reprezentantów, fajnych zawodników, ale nie mamy zespołu. Nie chciałbym nikomu mówić co ma robić, ponieważ gdy sam byłem trenerem kadry, to też nie było tak wesoło, jak bym chciał. To nie jest tak, że jak będzie określony trener, to nagle będzie dobrze. Ostatecznie to nie trener gra, tylko zawodnicy.

- Wróćmy zatem do tych zawodników. Jeżeli ktoś jest trudnym dzieckiem, ma wokół siebie mnóstwo problemów, jak - przykładowo - Artur Szpilka w młodości, i wchodzi do boksu, to ma mentalną przewagę nad innymi?

- Stop, stop, stop! Odnośnie Artura, zawsze powtarzałem: bardzo fajny dzieciak, tylko on chciał czegoś więcej. Zawsze mówię: słuchaj, jakbyś szedł z Arturem po ulicy i powiedział “ten chłopak uderzył twojego dziadka”, to by Artur najpierw mu dał w łeb, a potem by się zorientował, że nie mógł tego zrobić. Elektryczny, chciał być mocno koleżeński. Jest taki zresztą do dzisiaj, ale w tym dzieciństwie mu to jednak zaszkodziło.

- Zaszkodziło czy może pomogło? Deontay Wilder mówił, cytuję: “chcę mieć trupa w rekordzie, naprawdę tego pragnę”. Czy pięściarz musi chcieć tylko wygrać ze swoim przeciwnikiem, czy musi chcieć go zabić w ringu, aby odnieść sukces?

- Staram się takich pojęć nie używać, bo to nieładnie, ale ja każdemu mówię: “ty masz być pozytywnie, sportowo “wku*wiony”. Masz ograć przeciwnika, masz go oszukać, masz być pozytywnie nastawiony, żeby go pozytywnie pokonać. To nie ma nic wspólnego z agresją czy nienawiścią. Najszybciej się pokona wroga, którego pokochamy, a nie tego, którego będziemy nienawidzić. 

- Czyli w boksie to nie ma znaczenia, czy ktoś jest dobrym, czy złym człowiekiem?

- W boksie nie ma znaczenia, czy jesteś kanalią, czy dobrym człowiekiem. Ale jeśli jesteś kanalią, będzie ci trudniej w życiu. Przez te trzydzieści lat trafiłem na kilku takich. Z drugiej strony, zawsze będą lepsi i gorsi. Nie mogę segregować, zabraniać komuś wejścia na salę. Nigdy nie wiadomo, z którego wyjdzie mistrz olimpijski. Jeżeli ktoś jest zły, to nie oznacza, że ja też mam być zły - staram się wzorować na dobrych ludziach. Kanalie zawsze się będą obok nas kręciły, nie mamy na to wpływu.

- A kto ze znanych pięściarzy był najmniej lubiany w szatni?

- Niezależnie od klubu, w jakim byłem, nie przypominam sobie, aby ktoś był kompletną zakałą. Jedni byli bardziej lubiani, inni mniej, ale nie było nigdy nienawiści. Czy w kadrze, czy w klubach - byliśmy prawdziwym zespołem. 

Krzysztof Włodarczyk i największe błędy

Zbigniew Raubo był pierwszym i najważniejszym trenerem przytoczonego wyżej Krzysztofa Włodarczyka („Diablo”) w początkowej fazie jego kariery bokserskiej – zarówno amatorskiej, jak i na starcie zawodowej. 

“Diablo” ma za sobą udaną karierę, lecz zdaniem wielu, mógł osiągnąć znacznie więcej i zabrakło mu odpowiedniego charakteru, rozwagi oraz pokory do słuchania. 

Współpraca na linii Raubo-Włodarczyk nie zakończyła się w zgodzie. Dziś panowie wymieniają ciosy, ale w wywiadach. Trener Raubo uważa, że Włodarczyk zmarnował ogromny talent. W 2024 roku mówił: „Gdybym wiedział, że skończy we freakach, to bym go wyrzucił z sali i nie trenował”. Po ogłoszeniu walki Włodarczyka w FAME Raubo nazwał to „żenadą” i stwierdził, że Diablo powinien był zakończyć karierę na poważnym boksie.

Symptomatyczne dla Krzysztofa Włodarczyka jest to, że gdy już nazbiera ciosów, to zaczyna oddawać. Analogicznie było w tym przypadku - pięściarz finalnie orzekł, że Raubo “nie potrafi się bić” oraz “nie rozumie dzisiejszego boksu”. To zresztą często przytaczany zarzut. 

Zapytałem więc trenera, czy rzeczywiście współczesny boks już mu uciekł i ze swoimi metodami został w czasach, gdy “Diablo” jeszcze by nie uwierzył, że któregoś dnia podpisze kontrakt na walkę z internetowym twórcą, który pocił częściej fotel niż rękawice.

- Zgadza się, pewnie! Ten, kto nigdy nie był w ringu, nigdy nie dostał w łeb, zawsze tak będzie oceniał. Proszę pana, nigdy nie będzie tak, że wszyscy mnie będą kochać i nigdy nie będzie tak, że cały świat mnie znienawidzi. Ten “nowoczesny boks” - na czym polega? Czy jak ja będę nowocześnie trenował, to moi zawodnicy mniej będą przyjmować? Będą nie do trafienia przy nowoczesnych metodach? Jakie to metody? Proszę powiedzieć tym wszystkim osobom, które mi to zarzucają, że w Kazachstanie nie zmienili nic od czasu, jak tam powstał boks. W Uzbekistanie tak samo. Na Wyspach nie zmienili nic. Jakoś im się tam kręci, nie? U nas “eksperci” nowatorstwo wprowadzają. No, ale każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Trzeba się liczyć z krytyką. Nie będę nazywał frajerami osób, które mnie krytykują. Zawsze tacy będą, mają do tego prawo. Trzeba to po prostu uszanować i robić wszystko, żeby ci, którzy mnie nie lubią, zmienili zdanie. Nie mogę ich zmusić, ale swoją pracą pokażę im, że nic mi nie uciekło. Morda dzisiaj boli tak samo, jak kiedyś. Nie dostaniesz, będziesz najlepszy. A ludzie szukają różnych rozwiązań i wychodzi im to tak, jak wychodzi.

- Szczerze. Uważa się pan za dobrego trenera?

- To inni mają swoje zdanie na na mój temat. Czy ja jestem dobrym trenerem? Nie wiem, chciałbym być jak najlepszym. Nie zawsze to wychodzi. Każdy mówi, że o wartości trenera mówią jego wyniki. No coś tam miałem, nie? Ale dla mnie to ciągle mało. Ja nie mogę powiedzieć: "Ku*wa, jestem dobry trener, bo kiedyś coś wygrałem. Bo jak ja już poczuję się dobry, to już po co mam robić coś dalej, skoro już jestem dobry, nie? My dążymy dążymy do doskonałości, a nie cieszymy się, że coś się tam udało zrobić, nie? Przy czym i tak uważam, że bez odrobiny szczęścia, żadne umiejętności nie pomogą. Wtedy zapierasz się, a i tak nie jesteś w stanie nic zrobić.

- Gdyby z dzisiejszą wiedzą spotkałby Pan Krzysztofa Włodarczyka z początku kariery, jaką by mu Pan dał radę?

- Aha, to znaczy, że kiedyś byłem głupi, a teraz jestem mądry, tak? Nie, proszę pana, jestem tak samo głupi jak byłem, tak samo ambitny jak byłem. Dalej tak samo chcę osiągnąć sukces jak chciałem kilkadziesiąt lat temu. Każdemu od dziecka mówię, żeby nie szalał, żeby uważał, żeby szanował przeciwników i wszystko co się wokół niego toczy. To, że ja się głupkowato zachowuję, to nie znaczy, że ja uczę agresji. Ja nie uczę agresji, kładę mocny nacisk na omijanie bójek, na szlachetną szermierkę na pięści. Nic bym nie zmienił dzisiaj. Nie zmieniłbym żadnego słowa, które mówiłem trzydzieści lat temu. Nic! “Masz się nie dać trafić” - to jest niezmienne. Co do życia prywatnego, nie jestem ekspertem w doradzaniu. Na tysiąc młodych ludzi, jeden posłucha mądrej rady, a dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć nie posłucha, idzie swoją ścieżką, nie każdemu to wychodzi na dobre, a potem przychodzi czas refleksji, dlaczego wtedy nie posłuchali. 

- Wielu chłopaków, z którymi mam styczność, potem się zastanawia: “czemu ja ku*wa trenera nie posłuchałem”. Nie będę wymieniał nazwisk, bo tego naprawdę jest dużo. Zawsze mówię: “nie biegnij, powoli, daj sobie czas, skończ szkołę, ponieważ po sporcie też jest życie”. Wracając do Włodarczyka - mówiłbym to samo co trzydzieści lat temu, a Krzysiek i tak by zrobił to samo co zrobił.

Krzysztof Włodarczyk nie był jedynym pięściarzem, który u schyłku swojej kariery próbował (a raczej próbował próbować - jego walki w Fame MMA ostatecznie nigdy się nie odbyły) sił we freak fightach. Tomasz Adamek mawiał, że nie “zniża się do takiego poziomu”, lecz ta deklaracja nie przetrwała próby złotówe… czasu. Zmierzył się najpierw z Patrykiem Bandurskim w ramach gali Fame MMA 21, później z Kasjuszem Życińskim (na tym etapie dwa zwycięstwa), by finalnie zostać brutalnie zmasakrowanym przez Roberto Soldicia na Fame MMA 27.

- Czy bokserzy potrafią przestać być bokserami? Czy nie jest to taka grupa sportowców, która bardzo często po zakończeniu kariery nie potrafi sobie poradzić w życiu, odnaleźć się i odpowiednio zarządzić zarobionymi w trakcie kariery pieniędzmi?

- Skąd ma pan takie informacje?

- Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy popatrzeć na pięściarzy takich jak Tomasz Adamek, którzy wznawiają karierę, choć nie powinni, aby albo uzyskać więcej pieniędzy, albo wrócić do ringu, by poczuć to, czego nie byli w stanie poczuć nigdzie indziej.

- Wie pan, ilu piłkarzy 50-letnich chciałoby wejść na boisko, ale nie mają miejsca, bo młodzi ich wygryzają? Przecież Adamek nie wchodzi do ringu, ponieważ nie ma za co zjeść, tylko on to po prostu lubi. Wielu z tych zawodników z tamtych lat bardzo dobrych wydało pieniądze, ale Adamek ma ich dużo, lubi to robić, chce, dlaczego my takim zawodnikom mamy zabraniać? 

- Dla ich zdrowia. Riddick Bowe sprzedawał swoje bokserskie pasy mistrzowskie, ponieważ stracił wszelkie środki do życia i próbował wracać do ringu, chociaż nie potrafił już wejść do niego po schodach. 

- Wielu ludzi potyka się w wielu dziedzinach. Jak bokser coś zrobi, to jest afera, a jak w innej dyscyplinie ludzie się gubią, to się o tym nie mówi. Nie określałbym, że “tylko bokserzy”. Nie, to szerszy problem. A to, że wychodzą, by mieć więcej pieniędzy i żeby zaistnieć  - niech wychodzą. Nikt nie zarzuci Adamkowi, że nie ma na chleb. A co pan myśli, gdyby nie żona Mariola, Andrzej Gołota by nie wchodził do ringu? A też głodny nie chodzi.

- Nie chodzi, lecz czy nie jest mimo wszystko tak, że pieniądze bywają największym wrogiem pięściarzy? Mało znani zarabiają ich zbyt mało, by skupić się jedynie na karierze, z kolei ci najwięksi zbyt wiele, aby wstać z miękkiego, wygodnego łóżka i udać się na zimną salę bokserską. Co jednak najgorsze, pomimo braku obecności na tej sali, nadal przyjmują propozycje walk. 

- Pieniądze zepsuły wielu ludzi w różnych dziedzinach. To nie tylko bokser, który dostał pieniądze i nagle zwariował. Jak ktoś dostaje za dużo, to może mu odbić. Trzeba mieć w życiu odrobinę szczęścia, żeby umieć w odpowiednim momencie rozważnie wszystkim dysponować - i pieniędzmi, i sukcesem. Szmal zniszczył karierę wielu zawodnikom, ale mnóstwo jest takich, którym nie zaszkodził. Weźmy sobie naszą Igę Świątek czy Roberta Lewandowskiego. Oni mają niewyobrażalne pieniądze, a funkcjonują normalnie. Pamiętam Igę, jak miała 15 lat, trenowaliśmy razem przez trzy lata. Nic się nie zmieniła, dzisiaj jest taka sama, chociaż ma ogromny majątek. Stąpa po ziemi. 

- Potykać się potrafią rzeczywiście nie tylko zawodnicy. Jaki jest pana największy błąd w karierze trenera?

- Nigdy specjalnie nie zrobiłem czegoś wbrew swojemu zawodnikowi, czy źle go przygotowałem, bo mi się nie chciało. Nie jestem doskonały, ale jeśli trener za dobrze chce, a nie wyjdzie, to nie można na to patrzeć w kategorii błędu. Jeżeli komuś na czymś zależy, jego decyzje są niekiedy pochopne, ale jednak robi się to ze szczerej chęci. Wielu głupców, którzy pobłądzili w karierze - miałem dziesiątki takich przypadków - sprawiło, że zastanawiałem się, co powinienem zrobić inaczej, aby do tego nie dopuścić. Nie jest też jednak tak, że gdyby każdy mnie posłuchał, to na pewno byłby mistrzem. 

- Czy w pana trenerskiej przygodzie zdarzyła się przeszkoda w postaci - na przykład - nieprzychylnego działacza lub zawodnika, która uniemożliwiła panu jakiś sukces?

- Trudne pytanie pan zadał. Chyba się pan zbyt dobrze przygotował do tego wywiadu. Proszę o inny zestaw pytań.  

Zawał serca, przemijanie, emerytura

Czy trener Raubo tego chce, czy nie, świat się zmienia, a boks razem z nim. Dziś na salę treningową przychodzą inne osoby. Dziś boks nie jest mostem do lepszego życia, tylko częścią wszechobecnej “mody na sporty walki”, ugruntowanej najprawdopodobniej przez freak fighty. Niegdysiejsza bokserska piwnica to dziś najczęściej sala fitness, w której na podłodze nie ma krwi i potu - zamiast tego leży smartfon, mata z białym ręcznikiem oraz milion odżywek. 

- Stara szkoła boksu to był zajazd, matura dla charakteru, nauka przez praktykę i pokorna, mozolna praca. Dziś są słuchawki na uszach, ekipa psychologów, kamery na każdym rogu i bezglutenowe posiłki. Czy boks dla młodego pokolenia staje się sportem pozbawionym męskości? Przecież dawniej Andrzeja Gołoty bał się Mike Tyson, sam to przyznał. 

- To nie boks pozbawia męskości - młodzi chłopcy dzisiaj po prostu nie mają jaj. Chcą wszystko szybko, łatwo, a jednak boks na wysokim poziomie wymaga poświęcenia i wielu lat pracy. Dziś brakuje przede wszystkim cierpliwości. Wszystkim się wydaje, że będą Adamkiem, Gołotą czy Włodarczykiem i będą dużo zarabiali, bo będą boksować. Nie. Tu trzeba wysiłku, konsekwencji i cierpliwości. Tego brakuje dzisiejszej młodzieży. Wszystkim Polakom zresztą brakuje cierpliwości, nie tylko bokserom. To dotyczy trenerów, to dotyczy zawodników, to dotyczy działaczy. To dotyczy każdego. Wszystko szybko, teraz, później niepowodzenie i wszyscy się wzajemnie obwiniają.

- A złamał pan kiedyś psychicznie kogoś na sali? Sprawił pan, że któryś z chłopaków przyszedł i już nigdy nie wrócił? Wiem, że szykuje pan zawodników do walki nie tylko fizycznie, ale też mentalnie.

- Wielu osobom do dzisiaj moja osoba nie pasuje, to tacy już nie przychodzą do mnie. Innym pasuje. Nie znam mistrza olimpijskiego, który by nie trenował odpowiednio i został mistrzem w boksie. Nie znam przypadku, w którym zawodnik sterowałby trenerem, zostając później mistrzem świata. Ale znam wielu zawodników, którzy nie patrzyli na to, jak się trener zachował, jak trener krzyczy, tylko po prostu trenowali. Takim żywym przykładem tego jest choćby Usyk, który zasuwa. Nie patrzy, że trening za ciężki - dla niego chyba takie pojęcie “ciężki trening” nie istnieje, bo on na każdym bardzo ciężko trenuje. Dla wielu jest to nierealne do zrobienia, a dla niego to jest normalność, dlatego jest takim fenomenem bokserskim.

- Zawodnicy się nie buntują, gdy rzuca im pan swoje twarde hasła?

- Pewnie, ale zawsze mówię, że jest mnóstwo klubów i mnóstwo trenerów - mają prawo pójść w każdej chwili gdzieś indziej, nikt ze mną cyrografu nie podpisuje. Jeśli ktoś ma przychodzić, to z własnej woli. Wielu zawodnikom w przeszłości moje podejście nie odpowiadało, wielu innym jeszcze nie będzie odpowiadało w przyszłości, ale jak ja miałbym się ku*wa zmienić, bo jakiś kretyn czegoś chce, to by stało się dla mnie za trudne. 

- Czym różni się młody chłopak, który dziś przychodzi na salę treningową, od tego z pana młodości?

- Przepaść. Kiedyś przewrotny na materacach, skok przez skrzynie, przez konia, to była norma. Każdy musiał rzucić piłką do kosza, siatkową, było wychowanie fizyczne. I taki chłopak po szkole podstawowej przychodził na salę, on już był ukształtowany. Dzisiaj wielu nauczycieli wychowania fizycznego boi się poprowadzić ćwiczenia, żeby się dziecku nic nie stało. Dzisiaj dziecko nie może się spocić, te wychowanie fizyczne jest troszeczkę zbywane. 

- Czyja to wina?

- Nie obwiniałbym tutaj samych nauczycieli wychowania fizycznego. Nie daj Boże coś się dziecku stanie, to mama kręci aferę, tata kręci, babcia, bo nauczyciel świnia, że moje dziecko jest gapa i sobie nóżkę skręciło. Wielu nauczycieli boi się konsekwencji. Odpuszczają, później taki dzieciak ma 15 lat i on nie wie co to jest przewrót w przód, co to jest przewrót w tył. Ale w tym wieku jeszcze wystarczy pół roku i już będzie dziecko bardzo sprawne. Trenerzy z dawnych lat mieli ułatwione zadanie, bo młodzież była naprawdę sprawniejsza o dwieście procent. 

To może kogoś zaskoczyć, lecz istnieją bezpieczniejsze formy spędzania wolnego czasu niż walka bokserska. CTE (przewlekłe pourazowe uszkodzenie mózgu) jest często poruszanym tematem w szatniach pięściarzy, choć na zewnątrz zawodnicy przeważnie nie lubią o tym mówić. Towarzyszy im najczęściej wstyd lub zaprzeczenie, że bezpowrotnie utracili jakąś część siebie. Boks przypomina bowiem branie chwilówek - na początku oddajemy tyle, ile wzięliśmy, ale później wracamy po więcej. No i zaczyna się problem. 

Jego skala nie jest dostatecznie poruszanym tematem w Polsce. Kilka liczb, aby ją zobrazować - typowa walka amatorska to przeważnie około od dwudziestu do siedemdziesięciu zainkasowanych uderzeń w głowę. Regularne sparowanie to 1000–2000 ciosów w głowę rocznie. W zależności od siły i kategorii wagowej, jeden przeciętny zainkasowany cios można porównać do uderzenia głową o ścianę, uderzenia o beton przy upadku z trzech metrów lub zderzenia się z autem jadącym około 30km/h.

Nie wspominając już nawet o tych ciosach, które nokautują. Mózg to bardzo delikatne narzędzie, a powikłania pojawiają się nie tylko w boksie - w Wielkiej Brytanii wprowadzono nawet zakazy główkowania piłki u piłkarzy poniżej dwunastego roku życia ze względu na potencjalne uszkodzenie mózgu. 

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]

Zbigniew Raubo ma w tym temacie dość apodyktyczne podejście. 

- W jednym z wywiadów powiedział pan, że boks jest najmniej kontuzjogennym sportem walki, ponieważ nikt nikomu nie każe dostawać po głowie. Nie zgadzam się z tym. Statystycznie nawet najlepsi pięściarze kumulują więcej urazów głowy niż przeciętni zawodnicy w innych sportach walki. W pana ocenie boks jest mniej bezpieczny dla amatora czy zawodowca?

- No wiadomo, że jest walka 12-rundowa, to dostaniesz sto razy więcej w łeb, niż w przypadku walki 3-rundowej. Ale nikt nie każe nikomu inkasować. Usyk jest do dzisiaj ciężki do trafienia, Łomaczenko fenomen, w ogóle nie do trafienia. I o tych się ludziach nie mówi. Głównym atutem Włodarczyka było też to, że nie przyjmował. A nikt mu nie kazał iść na na wojnę. Boks amatorski, boks zawodowy to jest dokładnie to samo, z jedną różnicą - w amatorskim są koszulki, a w boksie zawodowym nie ma. A w łeb tak samo można dostać i tu, i tu. Ja nie widzę różnicy.

- Czy amatorzy, którzy jeżdżą na turnieje, ale nie zarabiają z boksu, powinni pana zdaniem regularnie, mocno sparować? 

- Proszę pana, pan mnie nie słucha. Nikt nie każe dostawać po głowie. Chcesz dostawać? To wystawiaj łeb, ale nie narzekaj, że ktoś tam jest świnia. To jest szermierka na pięści, chodzi tu o oszukanie, nikt nie każe z boksu robić mordobicia, zwłaszcza ja. Będę tego bronił bez względu na to, co inni ludzie mówią na mój temat.
                                                                ***

Zbigniew Raubo nie jest już chłopcem z Siemianowic, który marzy o górnictwie. Nie jest już także zawodnikiem. Jego dawni trenerzy odeszli, podobnie jak spora część gladiatorów, z którymi dzielił ring. To najgorszy rodzaj samotności, na którą niewiele może już pomóc, ponieważ jest symbolem tego, jak rzeczywistość przestaje przypominać znaną nam codzienność. Znikają dotychczasowi sojusznicy, pojawiają się nowi przeciwnicy. 

Egzemplifikacją takiego stanu był dzień, w którym Zbigniew Raubo stanął oko w oko ze śmiercią. Trener przeszedł zawał serca - uratowała go wówczas szybka reakcja podopiecznego, który na czas zawiózł go do szpitala. Ostatecznie obyło się bez powikłań i - jak widzimy - bez zmartwień. 

- Co niby zawał miał zmienić w moim życiu? Milion ludzi jest po zawałach serca i żyją. Główną zmianą jest to, że od trzech lat jem śniadanie. 

- Czyli nie boi się pan przemijania? Nie boi pan się śmierci?

- Ku*wa, jak ja słucham, jak ludzie pie*dolą w telewizorach. No nie, ku*wa. Nie ma co robić, debil, to myśli, ku*wa, o duperelach. Bo życie jest takie czy inne - no ku*wa, na całym świecie ludzie odchodzą. Jest to, ku*wa, naturalne, to mam chcieć żyć dwieście lat? Już teraz nie mogą ze mną wytrzymać, to dwieście lat mam ich wku*wiać? Do setki chciałbym dociągnąć. 

– Wracając, no ku*wa, coś się zaczyna, coś się kończy. Świat jest taki jaki być powinien. A ludzie często nie wiedzą, po co na nim są. Po co się urodzili? Nie po to, żeby się bać. (…) Ja nic nie muszę. Żyję godnie. Staram się robić wszystko jak najlepiej. Wielu głupich rzeczy dzisiaj bym nie zrobił. Moje życie, moje błędy - było tego od groma. Nie żałuję niczego strasznie - no ku*wa, było, no to już czasu nie cofniesz, nie zadręczaj się tym, bo zwariujesz. Mam wielu fajnych znajomych, mam wielu fajnych przyjaciół, mogę na nich liczyć. Na szczęście nie jestem w takiej sytuacji, że ktoś mi musi pomagać. Nie, sam sobie świetnie radzę, żyję godnie. Trenuję innych dlatego, że lubię to robić, a nie dlatego, że muszę. Ja mam wygodną emeryturę. Głodny nie umrę, jeśli przestanę pracować. 

- Z tak potężnym przeciwnikiem, jakim jest czas, nie wygrał żaden zawodnik, nie wygra z nim także trener. Ten etap życia rodzi nowe ryzyko - ryzyko, że któregoś dnia - odpukać - obudzi się pan bez swojej zwyczajowej energii, głos będzie zachrypnięty, nie będzie pan miał ochoty wstawać z łóżka. Czy myśli pan o emeryturze?

- W momencie, kiedy będę obojętnie przechodził wobec porażek moich zawodników, to będzie etap, w którym powiem, że chyba już się ku*wa nie nadaję. Natomiast dopóki będę się wku*wiał na ich porażki, dopóty będę dalej trenował. 

- Z czego jest pan najbardziej dumny? 

- W moim życiu jest fajnie. Ale z drugiej strony - czemu nie może być lepiej? Staram się być jak najlepszym trenerem - nie ma powodu, żebym popadał w samozachwyt.

- Największe marzenie na dziś?

- Zrobić sobie kawę, gdy wywiad się zakończy. A na poważnie, życzę sobie, by nie zabrakło mi cierpliwości i wytrwałości. Tego zresztą wymagam od wszystkich. Jeśli mi tego zabraknie, przestanę być sobą. 

Zbigniew Raubo bez cenzury: Najszybciej pokona się wroga, którego kochamy [WYWIAD]
Zbigniew Raubo jako trener kadry Polski, fot. Bokser.org

Źródło: Goniec.pl, Wikipedia, YouTube, BoxRec, EastNews, Bokser.org

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji