Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Zanim powstała polska mafia. Były policjant ujawnia sekrety złodziei aut z lat 90.
Daniel Arciszewski
Daniel Arciszewski 31.03.2026 16:13

Zanim powstała polska mafia. Były policjant ujawnia sekrety złodziei aut z lat 90.

Zanim powstała polska mafia. Były policjant ujawnia sekrety złodziei aut z lat 90.
Marek Dyjasz opowiada o kradzieżach samochodów Fot. Goniec

– Zatrzymało się jedną grupę, pojawiały się dwie następne. Zatrzymało się dwie, wyrastały cztery. One się mnożyły, bo na rynku panowało gigantyczne zapotrzebowanie na auta – mówi w rozmowie z Gońcem Marek Dyjasz, były szef Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji i Wydziału Zabójstw.

  • Pranie samochodów: – Legalizacja kradzionych wozów przypomina pranie pieniędzy – podkreśla ekspert.
  • Fascynacja zachodnim luksusem: – Zawsze tęsknie patrzyliśmy na Zachód, Audi i Mercedesy to była całkiem inna klasa niż nasze Fiaty czy Maluchy – zauważa były naczelnik.
  • Złodziejska praca na akord: – Chodziło o to, by zmusić ich do ciągłej pracy, żeby żaden z wykonawców nie leżał bezczynnie w domu – przypomina były policjant.

Polskie marzenia o Audi

W latach dziewięćdziesiątych Polska stała się prawdziwym eldorado dla międzynarodowej przestępczości samochodowej. Tylko w 1999 roku z ulic zniknęło aż 71 tysięcy pojazdów, a w samej Warszawie ich wykrywalność wynosiła zaledwie kilka procent. 

Transformacja ustrojowa i otwarte granice wyzwoliły w Polakach potężny głód luksusu. Na ten popyt natychmiast odpowiedział przestępczy półświatek, budując fundamenty pod zorganizowaną mafię.

– Zawsze tęsknie patrzyliśmy na Zachód, fascynowały nas tamtejsze marki samochodów – mówi Gońcowi Marek Dyjasz. – Audi, Mercedesy, to była całkiem inna klasa.

Zdaniem emerytowanego policjanta walka z tym zjawiskiem przypominała walkę z wiatrakami: – Zatrzymało się jedną grupę, pojawiały się dwie następne. Zatrzymało się dwie, wyrastały cztery. One się mnożyły, bo panowało gigantyczne zapotrzebowanie na samochody.

“Pranie brudnych aut”

Metody działania ówczesnych przestępców opierały się na sprycie i świetnej znajomości mechaniki. Złodzieje kradli korki wlewu paliwa, dorabiali do nich kluczyki, a po udanej kradzieży precyzyjnie przebijali numery VIN. Złodziejski fach błyskawicznie ewoluował. Kradzione pojazdy trafiały do dziupli pod Warszawą, gdzie “zmieniano ich tożsamość”.

– Złodzieje potrafili rozłożyć dobry samochód na części w zaledwie trzy godziny. I to w lesie! Doskonale wiedzieli, jak to zrobić z ogromną precyzją, żeby podczas demontażu absolutnie niczego nie uszkodzić – relacjonuje ekspert.

Dalszy etap wymagał już wiedzy urzędniczej. – Legalizacja kradzionych wozów to klasyczne “pranie pochodzenia”, żeby precyzyjnie zakamuflować ten łańcuszek zdarzeń i stać się nieuchwytnym – tłumaczy Gońcowi Dyjasz. – To działa jak przy praniu brudnych pieniędzy. Ilość tych fałszywych transakcji powoduje, że trudno się połapać. Na końcu są czyste.

Cała rozmowa dostępna na kanale Gońca:

Złodzieje na smyczy

Tzw. "złodziejski uniwersytet" kształcił bezwzględne kadry dla zbrojnych grup przestępczych. Kradzieże zachodnich aut stanowiły poligon doświadczalny, który budował początkowy kapitał dla późniejszych liderów gangów. Szeregowi wykonawcy wcale jednak nie żyli w luksusie – góra celowo dbała o to, by szybko kończyły im się środki i musieli wracać na ulice.

– Nie było tak, że jak złodziej złapał auto, to dostawał walizkę pieniędzy i  przez tydzień bawił się w klubach albo kupował dom i kończył karierę – zauważa były policjant. – Te pieniądze potwornie szybko topniały w rękach, bo chodziło o to, żeby taki człowiek szybko wrócił po więcej.

– Takie było żelazne założenie szefów, którzy organizowali ten proceder. Zmuszano ich do ciągłej pracy, żeby nikt nie leżał bezczynnie – dodaje.

Trudne czasy dla policji

Złote czasy dla przestępców stanowiły ogromne wyzwanie dla organów ścigania. Rodząca się w nowych realiach policja tonęła w logistycznym chaosie. Brakowało dostępu do europejskich baz danych, a utrzymanie odzyskanych aut na depozytach wysysało gigantyczne środki z państwowej kasy.

– W większości przypadków to były prywatne parkingi depozytowe, za które trzeba było słono płacić – zdradza Gońcowi Marek Dyjasz. – To były ogromne koszty, które w połowie lat dziewięćdziesiątych potężnie obciążały budżet państwa, ale też skromny budżet samej policji. Myśmy byli za to wszystko surowo rozliczani przez naszych szefów z góry.

Presja była ogromna. – Przychodziło się rano, a tu w Warszawie ukradli przez noc 60 samochodów. Zaczynały się krzyki: a gdzie jest prewencja?! Za te statystyki też nam się mocno obrywało – podsumowuje funkcjonariusz.

Luksus za kółkiem z braku lawety

Uciążliwe formalności i brak wsparcia ze strony zachodnich producentów sprawiały, że walka ze zorganizowaną przestępczością przypominała orkę na ugorze. Niedobory sprzętu i funduszy zmuszały funkcjonariuszy do mocno improwizowanych, a z dzisiejszej perspektywy wręcz kuriozalnych działań.

– Do przejętych pojazdów nie ściągało się holownika. Raz, że to kosztowało, dwa, że na ten sprzęt trzeba było bardzo długo czekać. Po prostu wsiadało się do tego zabezpieczonego samochodu i jechało, dostarczając go z punktu A do punktu B na policyjny parking – relacjonuje ekspert.

Jak sam przyznaje, miało to swoje nietypowe plusy: – Dzięki temu człowiek mógł chociaż przez chwilę poczuć się jak właściciel i zażyć trochę tego zachodniego luksusu – uśmiecha się policjant. – Z perspektywy czasu muszę przyznać, że ta kradzież to była praca bardzo czysta, schludna i naprawdę przyjemna, jeśli porównamy to do późniejszych mafijnych porachunków.

Źródło: Goniec

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
Wybór Redakcji