USA opuszczą NATO? Radosław Pyffel o amerykańskiej presji i dylematach polskiej dyplomacji
Prezydent USA otwarcie grozi wycofaniem Stanów Zjednoczonych z NATO, reagując na brak wsparcia europejskich sojuszników w konflikcie z Iranem i operacji w cieśninie Ormuz. W wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „The Telegraph” amerykański przywódca nazwał Sojusz Północnoatlantycki „papierowym tygrysem”. Dla Polski, opierającej swoją strategię obronną na gwarancjach waszyngtońskich, to sygnał alarmowy najwyższego stopnia. Jak realne jest to zagrożenie i jak w obliczu globalnego przesilenia powinna zachować się Warszawa? W rozmowie z naszym portalem zastanowił się nad tym specjalista ds. stosunków międzynarodowych, Radosław Pyffel.
- Brak zaangażowania zbrojnego Europy w cieśninie Ormuz wywołał wściekłość amerykańskiej administracji, co stanowi obecnie wygodny pretekst do drastycznej redefinicji sojuszy, włącznie z paktem północnoatlantyckim
- Retoryka i groźby prezydenta USA to w dużej mierze element gry dyplomatycznej oraz celowego stwarzania atmosfery niepewności, a niekoniecznie krok wynikający z precyzyjnego, z góry zaplanowanego harmonogramu
- Obecna polska polityka bezpieczeństwa ma skrajnie ograniczone pole manewru; docelowe rozwiązania i tak zapadną w ramach globalnej rozgrywki mocarstwowej
Amerykańska gra wokół cieśniny Ormuz i groźby Donalda Trumpa
Trwająca od przełomu lutego i marca 2026 roku amerykańsko-izraelska wojna z Iranem doprowadziła do fizycznej blokady strategicznej cieśniny Ormuz. Wobec gwałtownie rosnących na światowych rynkach cen ropy naftowej, Donald Trump zażądał od europejskich członków NATO zbrojnego i fizycznego wsparcia w odblokowaniu tego szlaku żeglugowego. Państwa takie jak Francja czy Wielka Brytania odrzuciły to żądanie. Brytyjski premier Keir Starmer zapowiedział chęć dyplomatycznego szukania rozwiązań, ale kategorycznie odmówił wejścia w szerszą wojnę na Bliskim Wschodzie. Reakcja Białego Domu była natychmiastowa – w wywiadzie dla dziennika „The Telegraph” amerykański prezydent stwierdził, że poważnie rozważa wyjście USA ze struktur paktu.
Tę ostrą retorykę podtrzymują kluczowi urzędnicy nowej administracji. Sekretarz obrony Pete Hegseth oraz sekretarz stanu Marco Rubio publicznie zasugerowali w ostatnich dniach, że po zakończeniu działań zbrojnych w Iranie, Waszyngton podda głębokiej rewizji swoje zaangażowanie w obronę sojuszników. Z perspektywy Warszawy i utrzymania bezpieczeństwa wschodniej flanki rodzi to ogromne obawy. Jak poprawnie odczytywać te sygnały zza oceanu? Radosław Pyffel wskazuje, by analizować problem dwutorowo:
- Można odpowiedzieć na dwa sposoby, czy też podzielić pańskie pytanie na dwie płaszczyzny. Pierwsza to kwestia tego, co zrobią Amerykanie, a druga – co ewentualnie zrobi Polska. Jeżeli mówimy o Stanach Zjednoczonych i planach Donalda Trumpa, tak na dobrą sprawę nikt do końca nie wie, jak to będzie wyglądać. Zależy to zapewne od rozwoju sytuacji w Iranie, ale też na przykład na Kubie i ogólnie na świecie. To jest jedna rzecz.
Globalne przesilenie i strategia chaosu Waszyngtonu
Napięcia na linii Waszyngton-Europa nie są jedynie wynikiem chwilowej frustracji. We wpisach na platformie Truth Social amerykański przywódca nazwał europejskich członków sojuszu „tchórzami” i wprost zasugerował, by samodzielnie zabezpieczali swoje transporty surowców, wymuszając skrajną formę transakcyjnego podejścia do bezpieczeństwa. Obecny Biały Dom celowo i świadomie podważa dotychczasowy porządek, chcąc brutalnie wymusić na państwach europejskich zwiększenie nakładów na własne wojsko oraz branie odpowiedzialności za globalne interwencje.
- Wiadomo, że Trump i jego administracja doprowadzili do globalnego przesilenia. Udowodnili, że nie żartowali, mówiąc w kampanii o tym, iż Stany Zjednoczone są ofiarą świata, który same przecież stworzyły, że są oszukiwane przez nie tylko przez rywali i oponentów, ale także przez partnerów i sojuszników i że należy to wszystko zmienić i poukładać na nowo. Przybrało to proces dosyć chaotyczny, ale czy zaskakujący – o tym można dyskutować, ponieważ Trump zapowiadał to przecież przed powrotem do Białego Domu .
Z punktu widzenia europejskich stolic, oczekiwania Waszyngtonu wykraczają poza ramy prawne. Francuska ministra sił zbrojnych, Alice Rufo, odnosząc się do amerykańskich nacisków stwierdziła jasno, że Traktat Północnoatlantycki nie obejmuje prowadzenia operacji w regionie cieśniny Ormuz, które w opinii Paryża mogłyby łamać prawo międzynarodowe. Starcie tych dwóch wizji powoduje eskalację politycznego zamętu. Analityk zaznacza jednak, że za amerykańską nieustępliwością nie musi stać spójny plan rozbicia NATO:
- Pojawia się teraz pytanie, czy ma on jakiś konkretny plan, jakąś wizję tego jak miałoby to wyglądać. Czy taki plan i wizję ma, tego jednak nikt nie wie. To raczej pytanie do wróżbiarza czy kogoś, kto potrafi przewidywać przyszłość. Co zrobią Amerykanie – to się dopiero okaże. Z pewnością widać, że to wstęp do negocjacji i gry dyplomatycznej, stwarzanie atmosfery niepewności. Nie siedzimy w głowie Donalda Trumpa i nie wiemy, czy ma on jakiś plan, a jeśli tak – to jaki. To się zapewne okaże. I to jest pierwsza płaszczyzna odpowiedzi na pytanie.
Dylematy polskiej polityki bezpieczeństwa w dobie napięć
Drugim, kluczowym z naszej perspektywy elementem tej geopolitycznej układanki jest adekwatna polska odpowiedź na amerykańskie wolty. Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz na bieżąco zmuszony jest reagować na medialne burze wywoływane przez amerykańską dyplomację, jednak twarde realia są dla Warszawy bezwzględne. W sytuacji otwartego, brutalnego sporu między globalnym hegemonem a europejskimi potęgami, decyzyjność państw średniej wielkości ulega niemal całkowitej marginalizacji. Z racji tego, że polska racja stanu jest w pełni uzależniona od amerykańskiego parasola ochronnego USA, nasze możliwości oddziaływania na sytuację są znikome.
- Co zrobi Polska? Moim zdaniem niewiele może zrobić. Pozostaje nam po prostu czekać na rozwój sytuacji, na kroki Stanów Zjednoczonych i obserwować, jak to wszystko będzie się kształtować.
Sytuację pogarsza ponadto wewnętrzny podział kompetencji i nakładające się na siebie prerogatywy organów państwowych w polityce zagranicznej. Brak jednego, spójnego frontu w obliczu administracji, która wymaga jednoznacznych deklaracji i uległości, to czynnik systematycznie obniżający naszą wiarygodność sojuszniczą i elastyczność negocjacyjną. Jak brutalnie, lecz trafnie podsumowuje Radosław Pyffel, to nie w stolicy Polski ważą się teraz losy bezpieczeństwa naszego regionu:
- Pamiętajmy też o tym, że nie mamy obecnie jednej Polski, bo na dobrą sprawę jest ich kilka. Mamy ośrodek rządowy z premierem oraz ośrodek prezydencki. Te dwa ośrodki polskiej polityki zagranicznej zapewne będą miały różne odpowiedzi. To dodatkowo utrudnia odpowiedź na tak postawione pytanie, ponieważ będziemy mieli tu kilka stanowisk, zgodnie z naszą konstytucją z lat dziewięćdziesiątych. Wydaje się jednak, że i tak wszystko będzie rozstrzygać się w rozgrywce mocarstwowej. Piłka jest bardziej po stronie Waszyngtonu i innych mocarstw niż naszych ośrodków władzy w Polsce.
Źródło: Goniec.pl