To on zwerbował "Masę". Po latach ujawnia, jak próbowano go zniszczyć
Piotr Wróbel, jeden z najbardziej doświadczonych funkcjonariuszy zajmujących się walką z mafią w latach 90., po raz pierwszy tak otwarcie opowiada o kulisach współpracy z Jarosławem S., ps. „Masa” – najsłynniejszym świadkiem koronnym w historii III RP. W szczerej rozmowie wraca do brutalnych realiów tamtych lat, tajnych spotkań w zaroślach przy warszawskim lotnisku i wieloletniej batalii sądowej o oczyszczenie swojego imienia po oskarżeniach rzuconych przez dawnego informatora.
Materiał powstał na podstawie programu “Nagi Kadr” na YouTube na kanale Gońca.
- Werbunek „Masy” był dziełem przypadku – doszło do niego podczas policyjnego nalotu na prywatną imprezę urodzinową jednego z bossów mafii pruszkowskiej
- Spotkania operacyjne odbywały się w konspiracyjnych warunkach, m.in. w zaroślach w pobliżu lotniska, a relacja funkcjonariusza z informatorem była nieustanną grą psychologiczną
- Oskarżenie Piotra Wróbla o przyjęcie łapówki doprowadziło do półrocznego aresztu i 20-letniego procesu, zakończonego prawomocnym uniewinnieniem
Przypadkowy werbunek gangstera
Piotr Wróbel rozpoczął służbę w 1985 roku, jeszcze w realiach Milicji Obywatelskiej. Jako młody funkcjonariusz patrolował warszawską Pragę Północ, w tym słynny „trójkąt bermudzki”, gdzie przemoc i kradzieże były codziennością. Prawdziwa próba przyszła jednak wraz z transformacją ustrojową i narodzinami zorganizowanej przestępczości.
Trafił do pionu zajmującego się walką z mafią – a tam jego droga przecięła się z grupą pruszkowską, która w latach 90. zdominowała przestępczy krajobraz stolicy.
Werbunek Jarosława S. ps. „Masa” nie był efektem długofalowej operacji. Doszło do niego przypadkiem, podczas policyjnego nalotu na mieszkanie przy ul. Ostrobramskiej, gdzie świętowano urodziny jednego z członków kierownictwa gangu. Funkcjonariusze legitymowali i przeszukiwali wychodzących gości. W pewnym momencie antyterroryści przekazali Wróblowi jednego z nich – „Masę” – do rutynowej rozmowy.
Początkowo kontakt był powierzchowny. Gangster nie ufał policjantowi, a rozmowy – jak wspomina Wróbel – ograniczały się do uprzejmych frazesów. Przełom nastąpił po aresztowaniu „Masy” pod zarzutem gwałtu. Gdy wyszedł na wolność i zorientował się, że koledzy z gangu nie zamierzają za nim stanąć murem, zmienił strategię. Zaczął przekazywać policji informacje, które pozwalały mu – rękami państwa – eliminować rywali wewnątrz własnego środowiska.
Gra pozorów w krzakach przy lotnisku
Współpraca z tak wysoko postawionym gangsterem wymagała szczególnej ostrożności. Spotkania odbywały się w zakonspirowanych miejscach, najczęściej w samochodach. Jednym z nich były zarośla pomiędzy torami kolejowymi a magazynami cargo przy warszawskim lotnisku. Sceneria bywała groteskowa: stary policyjny Polonez stał obok luksusowego mercedesa lub złotego lexusa.
Wróbel podkreśla, że w relacji z informatorem nie było miejsca na zaufanie. Każdą informację należało weryfikować w innych źródłach, by nie stać się narzędziem w gangsterskich porachunkach.
– To była wzajemna parada oszustów. Gra, która potrafiła wciągnąć – mówi dziś były oficer.
„Masa” często unikał odpowiedzi na pytania, które mogłyby go bezpośrednio obciążyć. W takich sytuacjach otwarcie przyznawał, że na dany temat nie może rozmawiać. Wróbel respektował te granice, mając świadomość, że zbyt mocna presja mogłaby zniszczyć źródło. Ta osobliwa równowaga pozwoliła na skuteczną współpracę przez około półtora roku.
Normalni ludzie, brutalny świat
Warszawa lat 90. była areną bezwzględnych wojen gangów – zamachów bombowych, egzekucji i demonstracji siły. Wróbel miał styczność nie tylko z „Masą”, ale także z liderem pruszkowskiej mafii, Andrzejem K., ps. „Pershing”.
– To były normalne rozmowy z normalnym człowiekiem. Bez pozy, bez demonstracyjnego dystansu – wspomina przesłuchania jednego z najgroźniejszych przestępców tamtych lat.
Za tą pozorną normalnością kryła się jednak brutalna rzeczywistość. Wybuchy bomb – jak ten przy ul. Kinowej, wymierzony w „Pershinga” – były elementem codzienności. Funkcjonariusze żyli pod stałą presją. Groźby wobec ich rodzin nie należały do rzadkości. Wróbel pamięta sugestie o możliwości wrzucenia granatu do pokoju dziecięcego jednego z policjantów.
Cena skuteczności
Gdy „Masa” zdecydował się zostać świadkiem koronnym, musiał uwiarygodnić swoją przemianę. Zdaniem Wróbla samo wydanie dawnych kompanów nie było wystarczające. Potrzebna była jeszcze jedna ofiara – „skorumpowany glina”.
Padło na niego.
Jarosław S. oskarżył Wróbla o przyjęcie 10 tysięcy dolarów łapówki w zamian za ostrzeżenie przed innym informatorem. Oskarżenie opierało się wyłącznie na zeznaniach przestępcy, ale wystarczyło, by uruchomić machinę państwa. Wróbel trafił na pół roku do aresztu wydobywczego. Najpierw do celi dla szczególnie niebezpiecznych, później na oddział ogólny.
– Państwo polskie płaciło mi ciężkie pieniądze za to, żebym wykorzystywał takich ludzi operacyjnie – komentował później w sądzie, odnosząc się do zarzutu, że „udawał przyjaźń”.
Proces oczyszczania z zarzutów trwał dwie dekady. Sprawa wielokrotnie wracała na wokandę, sędziowie się zmieniali, a kolejne zarzuty upadały lub ulegały przedawnieniu. Ostatecznie sąd apelacyjny stwierdził, że prokuratura nie miała podstaw do postawienia Wróblowi zarzutów korupcyjnych, a areszt zastosowano bezpodstawnie.
Choć były oficer otrzymał odszkodowanie, jego kariera w policji została definitywnie przerwana. Dziś nie może wrócić do służby – formalnie nie spełnia obowiązujących wymogów.
Mimo to nie żałuje.
– Gdybym miał wybierać jeszcze raz, poszedłbym tą samą drogą – mówi.