"To już się zaczyna”. Bernatowicz o znakach zapowiadających koniec świata
– Ta data zmieni wszystko – mówi Robert Bernatowicz, badacz zjawisk niewyjaśnionych i prezes Fundacji Nautilus. W rozmowie z Gońcem kreśli wizję świata stojącego na granicy załamania: cywilizacji opartej na kruchych łańcuchach dostaw, duchowej pustce i iluzji bezpieczeństwa. Opowiada o tajemniczych znakach pojawiających się na ludzkich ciałach, o końcu świata rozumianym bardzo dosłownie – i o reinkarnacji, którą traktuje nie jako wiarę, lecz logiczną konsekwencję obserwacji rzeczywistości.
Materiał powstał na podstawie programu “Nagi Kadr”.
Tajemnicze znaki pod skórą
W ostatnich miesiącach – jak mówi Bernatowicz – Fundacja Nautilus została zalana zgłoszeniami dotyczącymi tajemniczych, regularnych znaków pojawiających się na ciałach ludzi. Mają kształt przypominający koło sterowe, pojawiają się nagle i znikają po kilkunastu dniach. Co istotne, nie są powierzchniowe.
– To wygląda tak, jakby ten znak był pod skórą, a nie na niej – podkreśla.
Zgłoszenia napływają z Portugalii, Niemiec, Norwegii. Polska stała się centrum ich dokumentowania. Najczęściej dotyczą kobiet, które budzą się z dnia na dzień z wyraźnym symbolem na dłoni, udzie czy ramieniu. Towarzyszy temu lęk i poczucie, że dzieje się coś, czego nie da się wytłumaczyć dermatologią ani przypadkiem.
Bernatowicz odrzuca sceptyczne wyjaśnienia mówiące o poparzeniach czy urazach mechanicznych. Jak twierdzi, przeprowadzono eksperymenty, które wykluczyły takie źródła.
– Moim zdaniem te znaki oznaczają, że zbliża się jakieś wydarzenie, które dotyczyć będzie nas wszystkich. Takie, które zmieni nasze życie – mówi Gońcowi.
I dodaje:
– Nie będzie YouTubeka, nie będzie bułeczki w Żabce, nie będzie autobusu, którym wracam do domu. Ten świat musi się zatrzymać w swoim konsumpcjonizmie.
Innego końca świata nie będzie
Bernatowicz nie mówi o asteroidzie ani biblijnym ogniu z nieba. Koniec świata ma według niego wymiar banalny i przerażający zarazem: wystarczy, że przestaną działać sklepy.
– Żyjemy na wielkiej bombie. Wystarczy, że jutro wszystkie sklepy się zamkną. Po tygodniu jest głód. Po dwóch tygodniach anarchia – mówi w rozmowie z Gońcem.
– Koniec świata będzie wtedy, kiedy nie przyjedzie świeże pieczywo do waszego sklepu ani żadne inne pożywienie.
Wspomina relacje z oblężonego Sarajewa. Opowiada o pieniądzu, który przestaje mieć znaczenie, i o nowej walucie: zapalniczkach, alkoholu, lekach. O sąsiadach, którzy w obliczu głodu przestają być uprzejmi.
– W desperacji człowiek staje się bestią – mówi bez patosu.
Ratunkiem nie jest samotny survival, lecz wspólnota. Grupa. Czuwanie na zmianę. Umiejętność ukrycia tego, co cenne.
– Najbezpieczniejszy jest ten, kto nie wygląda na bezpiecznego – dodaje.
Reinkarnacja jako logika, nie wiara
Wątek zagrożeń cywilizacyjnych Bernatowicz łączy z duchowością. Reinkarnację traktuje jak jedyną sensowną odpowiedź na problem niesprawiedliwości świata.
– Dziecko umierające w hospicjum jest krzykiem, że coś jest nie tak z jednym życiem – mówi. – Gdyby było jedno życie, byłoby to tak niesprawiedliwe, że aż niewyobrażalne.
Według jego koncepcji dusza rozwija się, przechodząc kolejne wcielenia. Zapomnienie poprzednich żyć nie jest błędem systemu, lecz jego warunkiem.
– Gdybyś pamiętała, kim byłaś wcześniej, nie uniosłabyś tego emocjonalnie. To byłby zbyt ciężki bagaż – tłumaczy.
Ta „kurtyna zapomnienia” pozwala przeżywać życie naprawdę: z zazdrością, ambicją, bólem, radością. A to – zdaniem Bernatowicza – właśnie doświadczenie czyni duszę dojrzalszą.
– Nie ma śmierci. Jest tylko zmiana formy – dodaje, przywołując cykl natury: zimę i wiosnę, obumieranie i odradzanie.
Mały rycerz z Malborka
Jednym z najmocniejszych argumentów za reinkarnacją jest dla Bernatowicza historia dwuletniego chłopca, wnuka krakowskiego profesora. Dziecko twierdziło, że było rycerzem, rozpoznawało ludzi i miejsca z „poprzedniego życia”.
Kulminacją była wizyta w Malborku. Chłopiec bezbłędnie wskazywał funkcje pomieszczeń zamku, a na obrazie przedstawiającym polowanie rozpoznał króla.
Po latach okazało się, że zamek rzeczywiście był stanicą łowiecką Zygmunta Augusta.
– To był moment, w którym nie miałem już żadnych wątpliwości – mówi Bernatowicz.
Jeszcze bardziej poruszające są słowa, które dziecko miało skierować do swojej dorosłej krewnej:
– Gizeldo, wróciłem do ciebie. Obiecałem, że wrócę.
Historia bez UFO
Na koniec Bernatowicz opowiada historię osobistą – bez zjawisk paranormalnych, za to z potężnym ładunkiem sensu. Wpis do pamiętnika z 1986 roku. Pseudonim „Nieszczęśliwy maturzysta”. Czterdzieści lat później – spotkanie z synem kobiety, do której ten wpis należał.
Ten sam tekst. Te same słowa. Ta sama klamra.
– To piękniejsze niż wszystkie historie o UFO – przyznaje.
I dodaje zdanie, które spina całą jego opowieść:
– Nie ma problemów. Są tylko przygody.
Źródło: Goniec