Rózga dla Jana Urbana za fatalne wybory. Cierpienia reprezentacji Polski
Jan Bednarek robił co mógł, abyśmy nie wygrali tego spotkania, ale na drodze stanęli mu Robert Lewandowski i Piotr Zieliński. Jan Urban chciał Rózgę, to dostał rózgę. Nie trafił dzisiaj ze swoimi wyborami i gdyby nie nasi liderzy, znalazłby się w bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Ostatecznie zwyciężyliśmy 2:1 z Albanią i za kilka dni zmierzymy się ze Szwecją w finale baraży.
- Polacy pokonali Albanię 2:1 na PGE Narodowym i awansowali do finału ścieżki B europejskich baraży
- Decydujący mecz o awans na mundial odbędzie się we wtorek, 31 marca w Szwecji, która w swoim spotkaniu półfinałowym wyeliminowała reprezentację Ukrainy
- Zwycięzca finału baraży trafi bezpośrednio do grupy F zbliżających się mistrzostw świata, gdzie czekają już mocne zespoły Holandii, Japonii oraz Tunezji
Ryzykowne zagranie i polska dominacja
Jan Urban przemówił składem. Wystawiając taką jedenastkę, przekazał: “zamierzamy zagrać w twardą grę Albańczyków i być w niej lepsi od nich. Idziemy na brutalną wojnę, będziemy nieustępliwi, będziemy wysoko pressować”.
Selekcjoner reprezentacji Polski ostudził być może przesadzone nastroje kibiców, którzy oczekiwali od pierwszej minuty Oskara Pietuszewskiego. Podjął przy tym pewne ryzyko - grając kartą nieoczywistą i antagonistyczną względem kibiców, musisz mieć wynik. Jak pokazał mecz, lepiej, aby Jan Urban w najbliższym czasie omijał kasyna.
Pomysł naszego trenera działał przez pierwsze dziesięć minut. Byliśmy jak Witalij Kliczko w starciu z Tomaszem Adamkiem. Raz po raz torturowaliśmy defensywę Albańczyków i wydawało się, że tylko od nas zależy, kiedy wreszcie uda się umieścić piłkę w siatkę. Symptomatycznym zwrotem było to, że pierwszą istotną stratę zanotował nasz kapitan, Robert Lewandowski - to po jego błędzie rywale ruszyli z pierwszą kontrą, a rywalizacja od tamtej pory znacząco się wyrównała.
Warto zatrzymać się na chwilę przy tym, jak poszło w pierwszej połowie temu, na którego postawił Jan Urban kosztem Pietuszewskiego, czyli Filipowi Rózdze. Uprawiał “wesołą piłkę” - biegał, starał się, pokazywał, ale niewiele z tego wynikało. Oddał słaby strzał z niedogodnej pozycji, gdy miał możliwość podania do “Lewego”, który znalazłby się wówczas w znacznie lepszej sytuacji. Jedna, nieudana próba dryblingu, 7 strat przy 22 kontaktach z piłką. Ten mecz pokazał coś, co wielu wiedziało wcześniej: to nie jest piłkarz, który powinien występować w podstawowym składzie.
Apropo tego, co nie działało - Matty Cash w defensywie nie mógł znaleźć dzisiaj chemii z Janem Bednarkiem. Pojawiło się też sporo indywidualnych błędów. Cash to zawodnik dość chimeryczny, po którym nigdy nie można się spodziewać, w jakiej formie pojawi się danego dnia na boisku (przy czym nie ma też szczęścia do tego stadionu). Dziś wylosowała się wersja, która piłkę podawała kibicom na trybunach i kolegom z ławki rezerwowych.
Na ratunek weterani
Na nic jednak starania ofensywne, gdy tracimy głupią bramkę. Nie byłby Jan Bednarek Janem Bednarkiem, gdyby nie tracił wszystkich umiejętności po założeniu koszulki reprezentacji Polski. Cały sezon grał jak profesor w FC Porto, a jego piękny sen zakończył się w 42 minucie, gdy oddał piłkę za darmo rywalowi, pozbawiając Kamila Grabarę czystego konta, kibiców dobrego nastroju, a siebie - reputacji oraz odwagi do końca meczu.
Na drugą połowę Jan Urban znów postanowił przemówić. Tym razem powiedział: “przepraszam, myliłem się” - na boisku po przerwie zameldował się Oskar Pietuszewski, zmieniając Filipa Rózgę. Nierzadko bywa tak, że kibicowski populizm przegrywa starcie z boiskowym realizmem, ale nie w tym przypadku. Od pierwszych minut na boisku młody zawodnik FC Porto przekładał swoje wysiłki na większe konkrety niż jego poprzednik. Pokręcił kilkoma rywalami, zdobywał metry, stwarzał zagrożenie i świetnie podawał. Wywalczył żółtą kartkę dla rywala oraz lepiej rozumiał się z resztą zespołu.
Nie jest to jednak mimo wszystko (jeszcze) Lamine Yamal, więc nie mógł wygrać meczu w pojedynkę. Tu potrzebna była dobra gra całego zespołu, któremu czegoś brakowało aż do 63. minuty, kiedy to przyszło pierwsze wybawienie.
Wybawienie nazywa się Robert Lewandowski. Jak trwoga, to do “Lewego”. Nasz rasowy napastnik zrobił to, co potrafi najlepiej - wykorzystał świetne dośrodkowanie Szymańskiego z rzutu rożnego i pokonał bramkarza strzałem głową, a my wróciliśmy do gry.
“Lewy” otrzymał całe dziesięć minut na cieszenie się ze zdobytej bramki - została ona bowiem przyćmiona niesamowitym trafieniem Piotra Zielińskiego z dystansu. Od początku drugiej połowy szukał swoich szans “Zielu” z dalszej odległości i wreszcie mu się to opłaciło.
Nieśmiertelne polskie cierpienia
To nie był dobry mecz reprezentacji Polski. Miało być ciężko, było jeszcze ciężej. Męczyliśmy się, nie mogliśmy znaleźć sposobu, popełnialiśmy fatalne błędy, miejscami brakowało nam zgrania, niektóre decyzje selekcjonera były po prostu nietrafione.
Na mocniejszych rywali nie wystarczy, to jeszcze nie to. Robert Lewandowski też nie będzie nas ratować wiecznie. Dziś nasi rywale mieli problemy ze skutecznością, raz świetnie interweniował - wyjątkowo dzisiaj energiczny - Kamil Grabara, czasami nasza defensywa zdawała egzamin, ale to za mało.
Nie przystoi już Janowi Bednarkowi robienie takich błędów. To prawie 30-letni zawodnik z doświadczeniem w reprezentacji, który stanowi o sile defensywy swojego klubu. Mieliśmy wielu kadrowiczów, którzy tracili całą moc po ubraniu koszulki z orzełkiem na piersi - nie potrzebujemy kolejnego. W tym wypadku pozostaje mieć nadzieję, że to był kolejny “wypadek przy pracy” i zrehabilituje się przy następnej okazji, być może w bardziej newralgicznym momencie.
Jan Urban może być zadowolony tylko z jednego - dostał sporo materiału do nauki. Ten mecz nie przyniósł mu wiele odpowiedzi odnośnie tego, co działa, ale za to wyjaśnił, jakie obszary wymagają poprawy.
Na koniec warto docenić Sebastiana Szymańskiego. Nie tylko za dogranie do Lewandowskiego. Był dziś zawodnikiem, który przydałby się każdej drużynie. Był wszędzie, pomagał, podawał, notował kluczowe odbiory, a gdy trzeba było ryzykować - ryzykował. W starciu z Albanią stanowił prawdziwy silnik naszego zespołu.
Nie było więc tak, że nie było plusów. Tych plusów było po prostu za mało.
Źródło: Goniec.pl