"Narządy po śmierci nie są nam potrzebne. Do nieba idzie tylko dusza". Drugi odcinek programu "MissJa"
Szpital to miejsce, w którym czas biegnie inaczej. Nie wyznaczają go godziny, lecz dźwięk aparatury, wyniki badań i telefon, który może zadzwonić w każdej chwili – albo milczeć przez lata. W najnowszym odcinku programu MissJa spotykają się światy zwykle oddzielone szpitalnym parawanem: rodzice walczący o życie dzieci, biorcy, którzy dostali drugą szansę, i dawcy, którzy podjęli najtrudniejszą decyzję. To opowieść o cudach medycyny, ale też o jej bezradności, bez wsparcia ludzkiej solidarności.
- Transplantologia w Polsce pełna jest paradoksów. Z jednej strony bijemy rekordy liczby przeszczepów
- Z drugiej – blisko dwa tysiące osób żyje “w zawieszeniu”, czekając na organ, który może uratować im życie
- Za każdą liczbą kryje się konkretna historia, często dramatyczna. Dla wielu „jutro” pozostaje pojęciem niepewnym
Przemysław Saleta: „Czy nerka wystarczy, czy trzeba kupić prezent?”
Jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiej transplantologii rodzinnej pozostaje Przemysław Saleta. Były mistrz świata w kick-boxingu w 2007 roku oddał nerkę swojej córce Nicole. Decyzja ta na długo zmieniła społeczne postrzeganie dawstwa narządów w Polsce.
ZOBACZ DRUGI ODCINEK PROGRAMU “MISSJA”:
Dziś Saleta wspomina tamten czas ze spokojem, a nawet humorem, choć tło wydarzeń było dramatyczne. Jego decyzja zbiegła się z kryzysem zaufania do systemu ochrony zdrowia – głośną sprawą doktora G. i paraliżem transplantologii.
– Przez kolejne dwa miesiące nie było w Warszawie żadnego przeszczepu. Wtedy podjąłem decyzję, że oddam nerkę – mówi Gońcowi.
Podkreśla, że atmosfera strachu i politycznej presji w szpitalach przyspieszyła jego działanie.
Choć od operacji minęły lata, temat wciąż budzi ciekawość. Saleta słyszy pytania, które bywają zaskakujące.
– Najczęściej pytają mnie, czy po oddaniu nerki można pić alkohol – śmieje się. – I tak, można. Właśnie o to chodzi, że można normalnie żyć.
Relacja z córką nie stała się – jak podkreśla – ani mistyczna, ani patetyczna. Nie oczekuje wdzięczności. Oddanie nerki traktuje jak oczywisty gest ojca ratującego dziecko. Opowiada anegdotę, która dobrze oddaje dystans obojga.
– Zadzwoniłem do Nicole, umawialiśmy się na świąteczny obiad. Żartem zapytałem, czy muszę kupić prezent, czy nerka wystarczy. Ale prawda jest taka, że ja do tego nie wracam. Nie mam powodów.
Przeszczepiona nerka funkcjonowała siedem lat. Dziś Nicole znów jest dializowana. Saleta nie ma jednak wątpliwości.
– Nawet gdyby ta nerka pracowała rok albo pół roku, i tak byłoby warto. Te siedem lat dało Nicole namiastkę normalnego dorastania.
Mama Zosi – życie w cieniu „tykającej bomby”
Inną perspektywę pokazują rodzice dzieci, które dopiero czekały – lub właśnie doczekały się – przeszczepu. Mama Zosi, dziewczynki oczekującej niemal dwa lata na nowe serce, opisuje ten czas bez metafor, ale z wstrząsającą szczerością.
– Zosia była tykającą bombą. Przez dwa lata. Każdego ranka sprawdzałam, czy się obudziła – mówi, a głos łamie się pod ciężarem wspomnień.
W transplantologii dziecięcej radość z telefonu ze szpitala zawsze splata się z poczuciem winy. Żeby jedno dziecko mogło żyć, inne musi umrzeć. Nie ma sztucznych serc, które mogłyby zastąpić organ na stałe.
– Inne dziecko musi odejść, żeby twoje mogło żyć. To nie jest zwykły zabieg. To operacja, która może się udać, ale może się też nie udać – mówi matka Zosi.
Dziewczynka urodziła się zdrowa, z dziesięcioma punktami w skali Apgar. Dopiero po kilku miesiącach, po zapaleniu płuc, okazało się, że jej serce jest skrajnie niewydolne. Diagnoza: kardiomiopatia rozstrzeniowa.
– Kazali nam jechać karetką. Powiedzieli, że Zosia może nie przeżyć nawet drogi – wspomina w rozmowie z Gońcem.
Dziś, po przeszczepie, Zosia wciąż wymaga szczególnej ochrony. Ze względu na leki immunosupresyjne mama izoluje ją od przedszkola, bo zwykła infekcja może być śmiertelna. Jednocześnie uczy córkę troski o „nowe życie”.
– W swoim krótkim życiu Zosia cztery razy walczyła o życie. Ma pięć lat. Cztery razy – podsumowuje.
Mama Basi: rozdarte serce
Na tym samym oddziale przebywa Basia. Jej mama opowiada o innym wymiarze choroby – rozłące. Gdy jedno dziecko jest w szpitalu, drugie zostaje w domu. Choruje cała rodzina.
– Ta codzienność jest trudna. Mam wrażenie, że połowę serca zostawiłam w domu, przy drugim dziecku – mówi.
Basia jest w szpitalu od maja. Przeszła operacje, cewnikowania, miała porażoną przeponę. Szpital stał się jej światem, personel – „ciociami”.
– Myślę, że Basia trochę się już przyzwyczaiła. Może nawet nie pamięta domu jako miejsca. Ale bardzo tęskni za tatą – mówi matka.
Starsza siostra została z ojcem. Jej urodzinowe życzenie było proste.
– Chciała, żebyśmy wróciły do domu z Basią – opowiada kobieta.
Dziewięć miesięcy do drugich narodzin
W reportażu pojawia się także głos młodego biorcy serca. Dwa lata temu przeszedł transplantację. Przed operacją męczył się przy najprostszych czynnościach.
– Męczyłem się po ubraniu, kąpieli, nawet przy otwieraniu okna dachowego. Między 14. a 15. rokiem życia było już naprawdę źle – mówi.
Czas oczekiwania porównał do ciąży.
– Czekałem dziewięć miesięcy na serce. Lubię tę analogię do rozwoju dziecka w brzuchu mamy.
Wspomina też moment, gdy dowiedział się, że bez przeszczepu może nie przeżyć.
– Usłyszałem, że mógłbym nie dożyć tych dwóch lat, które mnie od niego dzieliły.
Adaptacja do nowego serca nie była natychmiastowa.
– Poczułem, jakby pusta przestrzeń w środku się wypełniła. Ale na początku wypierałem to. Mówiłem: nie, to nie jest moje serce.
Dziś żyje normalnie. Bierze leki, unika grejpfruta. – Niewiele się tak naprawdę zmienia – mówi z uśmiechem.
Jeden dawca – osiem istnień
Lekarze przypominają, że transplantologia to gra zespołowa, w której kluczową rolę odgrywa społeczeństwo. Jeden z nich przywołuje słowa Jana Pawła II:
– Narządy po śmierci nie są nam potrzebne. Do nieba idzie tylko dusza. Narządy możemy zostawić na ziemi i uratować osiem żyć.
Jeden dawca może uratować osiem osób – oddając serce, wątrobę, płuca, nerki, trzustkę, jelita oraz rogówki.
Nowoczesne systemy perfuzji pozwalają dziś transportować bijące serca w warunkach fizjologicznych, wydłużając czas na przeszczep.
– Mamy cztery godziny. Samoloty, helikoptery, karetki. To urządzenie sprawia, że martwię się tylko o pacjenta, nie o narząd – tłumaczy lekarz.
Najważniejsza rozmowa
W Polsce obowiązuje zasada domniemanej zgody, ale w praktyce lekarze pytają rodziny. Brak wiedzy o woli zmarłego bywa dla bliskich nie do uniesienia.
– Jeśli rodzina nie wie, jaka była twoja decyzja, to jest dla niej ogromnie stresująca sytuacja – mówi Saleta.
Dlatego wszyscy bohaterowie reportażu apelują o rozmowę. Za życia.
– Jeśli chcesz pomóc, powiedz to wcześniej. Nie zostawiaj bliskich z tą decyzją w chwili tragedii – podkreśla Saleta.
Mama Zosi nosi przy sobie oświadczenie woli.
– Mnie już się nie przydadzą. Uważam, że gdyby ktoś z mojej rodziny odszedł, oddałby swoje narządy innym.
Rok 2024 był rekordowy dla polskiej transplantologii. Ale listy oczekujących wciąż są długie. Za każdą liczbą stoi czyjeś życie – i czyjaś decyzja.
– Warto – mówi młody biorca serca. – Naprawdę mogą komuś pomóc, jeśli się zgodzą.
Źródło: Goniec