Tragedia w szpitalu na Madalińskiego. Nowe ustalenia ws. zachowania lekarza
Sprawa tragicznej śmierci ciężarnej pacjentki w warszawskim szpitalu przy ul. Madalińskiego nabiera nowego biegu. Dziennikarze dotarli do informacji, które rzucają zupełnie inne światło na postawę personelu medycznego tuż po feralnym zabiegu. Kluczowym elementem śledztwa okazał się nieoczekiwany telefon, który jeden z lekarzy wykonał na policję w celu zabezpieczenia dowodów.
- Dramatyczny finał rutynowego zabiegu
- Kluczowy telefon anestezjologa do służb
- Problemy z zabezpieczeniem materiału dowodowego
- Pytania o odpowiedzialność firm serwisowych
Dramatyczny finał rutynowego zabiegu
Sprawa tragicznej śmierci pani Kaliny, o której informują „Gazeta Wyborcza” oraz „RMF24”, wstrząsnęła opinią publiczną w grudniu 2025 roku. Pacjentka w czternastym tygodniu ciąży trafiła na rutynowy, kilkuminutowy zabieg ginekologiczny, będąc w pełni sił i zdrowia. Dramat rozegrał się w momencie podania maski z tlenem, gdy zamiast spodziewanej poprawy parametrów, nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia kobiety.
Mimo natychmiastowej reanimacji i przewiezienia do szpitala przy ul. Wołoskiej, pacjentka zmarła po dziesięciu dniach walki o życie. Lekarze z drugiej placówki stwierdzili nieodwracalne zmiany w mózgu, wykluczając początkowo sugerowany przez szpital na Madalińskiego zator płucny.
Kluczowy telefon anestezjologa do służb
Nowe ustalenia wskazują, że to anestezjolog prowadzący znieczulenie zadzwonił na policję, domagając się niezależnego zabezpieczenia aparatury medycznej. Zgodnie z informacjami medialnymi, lekarz mógł obawiać się próby obarczenia go wyłączną winą za błąd, który mógł mieć charakter systemowy lub techniczny. W środowisku medycznym podkreśla się, że wielu specjalistów pracuje na kontraktach, co komplikuje kwestie odpowiedzialności prawnej między lekarzem a placówką.
Wzywając funkcjonariuszy, medyk chciał, aby podmiot niezależny udokumentował stan kolumny anestezjologicznej przed ewentualną ingerencją wewnętrznego serwisu. To działanie sugeruje, że lekarz niemal natychmiast zorientował się, iż przyczyna zapaści pacjentki leży w wadliwym działaniu szpitalnej infrastruktury gazowej.
Problemy z zabezpieczeniem materiału dowodowego
Do pomyłki doszło prawdopodobnie nie w centralnej instalacji, lecz wewnątrz kolumny anestezjologicznej, gdzie mogło dojść do błędnego połączenia węży przez firmę serwisową. Specyfika zabiegu sprawiła, że pacjentka była znieczulana dożylnie, a tlen podawano jej z dozownika do maski przy wyłączonym monitorze parametrów. W takiej konfiguracji sprzętowej anestezjolog nie miał możliwości natychmiastowej weryfikacji, że zamiast życiodajnego gazu, do układu oddechowego dostarczany jest podtlenek azotu.
Dopiero w momencie wystąpienia bezdechu i konieczności intubacji mechanicznej zorientowano się, że sytuacja jest krytyczna. Eksperci wskazują, że taka ukryta wada techniczna jest praktycznie niewykrywalna dla personelu medycznego w trakcie standardowego przygotowania do krótkiej procedury.
Pytania o odpowiedzialność firm serwisowych
Śledztwo w tej wstrząsającej sprawie prowadzi obecnie Prokuratura Okręgowa w Warszawie pod nadzorem śledczego specjalizującego się w skomplikowanych błędach medycznych. Kontrowersje budzi fakt, że policjanci przybyli na wezwanie lekarza nie zabezpieczyli fizycznie aparatury, tłumacząc się brakiem specjalistycznych uprawnień do obsługi wielkogabarytowego sprzętu.
Ostatecznie salę wyłączono z użytkowania dopiero po interwencji personelu, a oficjalne zawiadomienie o przestępstwie szpital złożył z kilkudniowym opóźnieniem. Obecnie kluczowe dla organów ścigania będzie ustalenie, która z trzech firm serwisujących kolumnę w ostatnim półroczu popełniła fatalny błąd montażowy. Prokuratura analizuje teraz szczegółową dokumentację techniczną oraz logi urządzenia, aby jednoznacznie wskazać osoby bezpośrednio odpowiedzialne.