Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Nadchodzi kolejna wielka wojna w PiS. "Będą się spychać pod pociągi i strzelać piorunami"
Damian  Popilowski
Damian Popilowski 21.04.2026 15:49

Nadchodzi kolejna wielka wojna w PiS. "Będą się spychać pod pociągi i strzelać piorunami"

Nadchodzi kolejna wielka wojna w PiS. "Będą się spychać pod pociągi i strzelać piorunami"
Nadchodzi kolejna wielka wojna w PiS, fot.EastNews

Nocne spotkanie władz Prawa i Sprawiedliwości z 20 kwietnia 2026 roku miało zażegnać kryzys wokół stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Czy zażegnało? O przyszłość największej partii opozycyjnej spytaliśmy Artura Dziambora, byłego posła i obecnego pełnomocnika rządu ds. innowacji i rozwoju przedsiębiorczości.

  • Nocne porozumienie z 20 kwietnia ma charakter wyłącznie taktyczny, a konflikt frakcyjny pozostaje nierozwiązany
  • Jarosław Kaczyński celowo balansuje między ziobrystami a skrzydłem centrowym, co gwarantuje ciągłą walkę podjazdową
  • Spadek poparcia dla PiS do poziomu 20-25 procent drastycznie zaostrza wewnętrzną walkę o biorące miejsca na listach wyborczych

Walka o centrum czy skrajną prawicę?

Kryzys w Prawie i Sprawiedliwości eskalował, gdy Jarosław Kaczyński publicznie zagroził wyrzuceniem z list wyborczych polityków angażujących się w inicjatywę Rozwój Plus. W odpowiedzi Mateusz Morawiecki oraz jego otoczenie przystąpili do pilnych negocjacji. Zwieńczeniem tych rozmów było nocne spotkanie na Nowogrodzkiej. Nad ranem europoseł Adam Bielan opublikował w serwisie X wspólne zdjęcie z prezesem PiS i byłym premierem, informując o wypracowaniu wspólnego kierunku, a kilka godzin później ustalenia te oficjalnie potwierdził Piotr Müller, deklarując dalsze funkcjonowanie stowarzyszenia.

Istotą wewnątrzpartyjnego sporu jest docelowy kierunek polityczny po utracie władzy. Frakcja Mateusza Morawieckiego stanowczo dąży do otwarcia Prawa i Sprawiedliwości na elektorat centrowy, co stanowi punkt zapalny dla skrzydła skrajnego. Grupa konserwatywna, połączona z politykami Suwerennej Polski, odrzuca łagodzenie przekazu, wymuszając nieustanną i twardą opozycyjność. Publiczne uściski dłoni jedynie maskują strukturalny spór ideowy, który toczy się w kuluarach.

Artur Dziambor zwraca uwagę, że radykalne skrzydło konsekwentnie realizuje własny plan przejęcia pełnej kontroli nad polityką Nowogrodzkiej:

- To jest chwilowe uspokojenie atmosfery. Natomiast te zwaśnione strony, które tam funkcjonują, są naprawdę mocno poróżnione. To nie jest szopka dla gawiedzi. Po prostu wewnętrzna grupa PiS-u, wzmocniona ziobrystami, ewidentnie próbuje przeciągnąć na swoją stronę całą partię i Jarosława Kaczyńskiego, który wciąż pozostaje osobą decyzyjną numer jeden. I do ich wizji ta grupa takich „miękkich” pisowców, którzy chcieliby, żeby PiS był partią centrową, zwyczajnie nie pasuje.

Walka podjazdowa zamiast bezpośredniego rozłamu

W przestrzeni medialnej regularnie powracają spekulacje o rychłym podziale Prawa i Sprawiedliwości na dwa osobne byty. Taki scenariusz odrzuca między innymi rzecznik Konfederacji Wojciech Machulski, jasno wskazując na brak determinacji liderów PiS do ostatecznego rozstania. W tym samym tonie wypowiada się Artur Dziambor, podkreślając, że Jarosław Kaczyński jako główny arbiter świadomie nie dopuści do formalnego pęknięcia, wykorzystując kontrolowane napięcia do utrzymywania władzy nad wszystkimi frakcjami.

Twardym dowodem na fasadowość niedawnego układu jest zachowanie polityków tuż po oficjalnym zawieszeniu broni. Europoseł Tobiasz Bocheński, mimo nocnych komunikatów zarządu o uspokojeniu nastrojów i zgodzie, kontynuuje personalną ofensywę, atakując we wpisach w serwisie X. Ten brak wewnątrzpartyjnej dyscypliny w komunikacji potwierdza, że zarządzanie otwartym konfliktem zastąpiło realne zarządzanie partią.

Dla polityków PiS całkowity podział strukturalny jest po prostu politycznym samobójstwem. Artur Dziambor zaznacza, że relacje na najwyższych szczeblach będą teraz opierać się wyłącznie na drobnych tarciach i ręcznym sterowaniu przez prezesa:

- To nie jest może tak, że za chwilę wybuchnie totalna wojna, a za tydzień panowie znów się rozejdą. Będzie to raczej ciągła walka podjazdowa. Jarosław Kaczyński będzie jeszcze wielokrotnie interweniował – raz po jednej, raz po drugiej stronie. Widzimy to chociażby na przykładzie europosła Bocheńskiego, który mimo oficjalnych komunikatów o tym, że dogadaliśmy się i jest spokój, wciąż atakuje na Twitterze. Dlatego po prostu nie widzę dla tych stron żadnych zysków z takiego prawdziwego rozłamu na dwie partie.

Niskie sondaże i brutalna walka o przetrwanie

Polityka w czasach kryzysu to przede wszystkim sztuka trwania. Współpraca wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości w 2026 roku nie przypomina już drużyny, a szorstki model funkcjonowania radykalnych koalicji, gdzie matematyka i pragmatyzm wyborczy zwyciężają nad sympatią. Dziambor porównuje tę sytuację do modelu działania swojego dawnego obozu politycznego:

- Pod jednym szyldem można funkcjonować, nieszczególnie się lubiąc – czego dowodem jest Konfederacja. W jej skład wchodzi przecież Ruch Narodowy i partia Mentzena, a ludzie z tych dwóch środowisk średnio ze sobą rozmawiają. Osobno są jednak za słabi, więc idą razem pod jednym szyldem. I tutaj, w Prawie i Sprawiedliwości, będziemy mieli podobną sytuację pewnie bardzo długo, jeżeli nie do samego końca. Tego pęknięcia po prostu nie da się zszyć, bo tam każdy ma swoje interesy.

Bezpośrednim zapalnikiem najostrzejszych wojen są nadchodzące wybory parlamentarne i malejąca pula dostępnych mandatów. Obecne sondaże dające PiS poparcie rzędu 20-25 procent zmuszają liderów do rewizji planów. 

Utrzymanie szerokiego aparatu partyjnego przy kurczących się zasobach to dla zarządu wyzwanie krytyczne. Poszczególne frakcje nie walczą wyłącznie o ideowy wektor, ale przede wszystkim o posady i finansowanie dla swojego zaplecza. Artur Dziambor obnaża mechanizm, który zadecyduje o ostatecznej brutalności starć w łonie PiS w nadchodzących miesiącach:

- Każda koteria ma swoją ekipę, którą musi „dokarmiać” odpowiednimi miejscami na listach i uposażeniami wynikającymi z innych funkcji. A po prostu nie ma miejsca dla wszystkich. Szczególnie teraz. Jak spojrzy się na wynik Prawa i Sprawiedliwości z poprzednich wyborów – przecież PiS w 2023 roku te wybory wygrał. Co prawda nie stworzył koalicji rządzącej, bo mandatów było za mało, ale wybory wygrał. A teraz 25%, może poniżej 25%, a może 20%... To znaczy, że kandydaci z miejsc czwartego, piątego czy siódmego już nie znajdą się w Sejmie po raz kolejny; wejdą tylko „jedynki” i „dwójki”. Więc wojna o miejsca biorące będzie się tam toczyć na śmierć i życie. Będą się spychać pod pociągi i strzelać piorunami, żeby tylko dostać te miejsca biorące.

Źródło: Goniec.pl

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji